JACEK LACHOWICZ/L.A.S. – Niemen alt popu

Chcąc nieco wkurwić czytelników, którym nazwa portalu nie pasuje do niektórych treści tu prezentowanych, przedstawiam artystę, który powinien być znany tym starszym fanom hałasu (Ścianka), miłośnikom dzieł Smarzowskiego („Wesele”), zaś aktualnie może spodobać się młodzieży w wąskich gaciach, hołubiącej indie popowe gwiazdki. Jacek Lachowicz, multiinstrumentalista i kameleon, ciągle poszukujący nowych wrażeń, powraca, tym razem pod nazwą Lachowicz Audio System z solową płytą „Szum”, na której po swojemu interpretuje muzykę popową, przy użyciu głównie instrumentów przyciskanych, szumiących (sic!) i buczących. Wychodzi z tego coś co nazwałbym alternatywnym popem dla myślących. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości i nie poczuł się dość obrażony – zapraszam na rozmowę z Twórcą.

Chciałbym, żebyś wyjaśnił, co dla Ciebie oznacza słowo „pop”?

„Pop” jest szerokim pojęciem i to w dwojaki sposób. Bo gdzieś kojarzy się z czymś popularnym w sensie socjologicznym i kulturowym, a co za tym idzie, czymś nieprawdziwym bo stworzonym na potrzeby rynku. A z drugiej strony Beatlesi czy Shakespeare też są popularni, ale czy możemy zarzucić im czystą kalkulację? Choć z jeszcze innej strony „pop” z lat 80-tych dziś obrabiany jest przez wykonawców alternatywnych i już wtedy zupełnie tracimy kontekst popowy. Myślę, że ten temat jest bardzo dobry na długą rozprawę i szerokie ujęcie bo nie jest to jednowymiarowe zjawisko. Ale chciałbym podkreślić, że nie boję się popu i pewnej łatwości przekazu. To chyba kwestia indywidualna. Każdy kto coś wymyśla, kreuje, chciałby znaleźć swój prosty język na wyrażenie siebie a rynek sam zweryfikuje, niezależnie czy będzie to popowe czy bardzo artystyczne. Jedno drugiemu nie zaprzecza.

Ok, czy zatem w tym kontekście, który nakreśliłeś, Twoja nowa płyta „Szum” może być uważana za „popową”?

Nie mam nic przeciwko temu. Poza tym, paradoksalnie, etykieta popowa otwiera szersze spektrum słuchaczy, którzy nie zamykają się na nowe gatunki. Myślę, że jest to moja najbardziej popowa płyta…

No właśnie, zastanawiam się nad tym, bo o ile narzędzia, jakimi się posługujesz, są jak najbardziej popowe, o tyle pewien kontekst tekstowy i brzmieniowy predestynuje płytę do zdecydowanie działki z muzyką alternatywą. Taką „bezgitarową”

Hmmm… nie chciałbym używać szufladek, żeby określać samego siebie. To już wasza rola dziennikarzy. Ja też za mocno nie myślę o tym jakie to jest. Wymyślam, pracuję, pracuję i chcę uzyskać jak najlepszy efekt. Alternatywę noszę na czole jak znamię, które w kontekście tej płyty trochę nie działa. Staram się używając banalnych słów i zwrotów dojść do czegoś głębszego. Myślę, że trzeba popytać ludzi jak oni to słyszą. Ja nie mam dystansu.szum_digipack3B

Podoba mi się pewna hipnotyczność tych utworów, doskonałe dobranie brzmienia i rytmiki, która wciąga w fajną, nierealną przestrzeń – czy komponując ten materiał, skupiałeś się na tym aspekcie muzyki, czy po prostu pisałeś piosenki?

Najpierw zacząłem od muzyki-melodii na małej gitarce a potem włączyłem syntezator i postanowiłem zagrać to na syncie. Trochę pokierowałem się podobną zasadą jaką wyznawali synthpopowcy – dobra piosenka, dobra melodia… a teksty przyszły później. I przyznam się, że najłatwiej mi się je pisało, jak do tej pory. Chciałem wyjść z tych moich meandrów znaczeniowych bo trochę byłem zmęczony. Prostota – to mi przyświecało. Hipnotyczność na tej płycie zależy od powtarzalności. Ale tym rządzi się muzyka elektroniczna.

Często w tej rozmowie pojawia się „synth pop”, czyli ukochane, sentymentalne odkrycie sceny indie rockowej. Twoje podejście jest z jednej strony dosłowne, bo płyta stworzona została głównie na syntezatorach i nie transponowałeś popu na język rockowy, jednak muzyka L.A.S. – u ma wszystkie cechy charakterystyczne dla rockowego drajwu. Miałeś zakusy, żeby przełożyć na koncercie płytę na bardziej tradycyjne instrumentarium?

Oczywiście, ale nie odchodziłbym od syntezatorów… one robią to „coś”. Ale np perkusja… trzeba pomyśleć. Powiem więcej, myślałem nawet o takich alternatywnych, w sensie innych koncertach, żeby pokazać ludziom jak te utwory zostały wymyślone i zgrać je tylko na malej gitarce.

Słuchając płyty, nagle przyszło mi do głowy porównanie – „Niemen alt popu”. W takim kontekście, że rehabilitujesz popowy – często nadal kojarzony z tandetą – format do rangi sztuki. Na czym bardziej Ci zależy – na stworzeniu muzyki ambitnej, czy też masz nadzieję na wylansowanie przeboju, który będzie „latał” w eterze?

No to masz już świetny tytuł tego wywiadu. Jestem od lat fanem Niemena… to bardzo miłe, bo strasznie go cenię ze wszystkimi wadami. A wracając do pytania – zależy mi na jednym i na drugim; tak jak wspominałem przy pierwszym pytaniu – na czym mi nie zależy? Na tworzeniu po to, by za wszelką cenę wrzucić coś w eter. Staram się by mój słuchacz czuł się dobrze, ale żeby to nie był odpoczynek ani młockarnia. Coś razem musimy ze sobą przeżyć. Ja szukam dreszczy podczas wykonywania na koncertach a słuchacze powinni się ze mną zabrać na tę przejażdżkę. Wtedy jest sukces.

Właśnie koncerty – promujesz już płytę na żywo – opowiedz, jak wyglądają Twoje sztuki, w jaki sposób zapewniasz publiczności dobrą zabawę? Czy to coś w rodzaju teatru jednego aktora, czy może na scenie pojawiają się też dodatkowi muzycy?

To koncert solowy z wizualami przygotowanymi specjalnie przez grupę Eden. Do tej pory raz na koncercie pojawiła się Ania Brachaczek, z która zaśpiewaliśmy utwór „Opada mgła”. Ale generalnie jestem sobie sam na scenie i tym razem jest to naprawdę przeżycie bo czasami mam po prostu tremę .

Nie, no, nie wierzę, że po tylu projektach i z takim bagażem możesz mieć tremę – kokieteria?

Absolutnie… ta trema związana jest z tym, że jesteś sam na scenie i musisz sam wytworzyć energię. Obawa jest, czy to się uda no i czy wszystko odpali.

Niemien alt popu

Niemien alt popu

Jaki powinien być zatem DOBRY koncert L.A.S. – u? Co składa się na występ, z którego będziesz w pełni zadowolony?

W sensie muzycznym satysfakcjonuje mnie, kiedy pojawia się coś w powietrzu, czego nie możemy określić. Trochę to tak jakby wszyscy na chwilę zapomnieli gdzie są co robią… Wtedy mam wrażenie, że muzyka jako medium działa najpełniej bo nijak nie przystaje do naszych przyziemnych spraw tylko unosi nas w powietrze. I to też jest ciekawe, że mnie najbardziej w ogóle interesuje pozbycie się aspektu ludzkiego, żeby coś powiedzieć o ludziach. W sumie jestem przecież człowiekiem. Mam nadzieję, że w miarę czytelnie to wyjaśniłem, bo ten temat od dłuższego czasu za mną chodzi i może jeszcze niezbyt dobrze potrafię go przedstawić. Oczywiście, jest jeszcze sfera technologiczna koncertu, ale to jest raczej przyziemne. Zabawki same nie zagrają, trzeba je umieć włączyć.

Podoba mi się tytuł płyty – „Szum”. To fajne słowo, które kojarzy mi się z szumem włączonych, instrumentów/wzmacniaczy, synonimem określającym zmasowany przekaz informacji i właśnie – z muzyką elektroniczną. Są jeszcze jakieś inne znaczenia tego słowa, istotne w kontekście Twojej płyty?

To słowo jakoś w polskim języku w sensie tytułów płyt nie miało dużego wzięcia. Mnie też szum kojarzy się z szumem, z kakofonią wygenerowaną przez urządzenia elektryczne. Angielski „noise” jest właśnie takim synonimem. „Szum” może być jaki chcesz – piosenkowy, elektroniczny, transowy, ambientowy… Myślę, że można znaleźć na tej płycie wiele gatunków szumów. Zależało mi przede wszystkim, by był na tyle inspirujący by po niego wracać.

Może będzie to strasznie pretensjonalne pytanie – ale czy jest coś takiego jak przekaz werbalny, idea, która spaja teksty na „Szumie”?

Nie wiem. Nie myślałem o tym. Coś pewnie jest coś w rodzaju zawoalowanego sceptycyzmu, ubranego lekką formę piosenki. Jestem fanem twórczości Lema i inspiruje mnie mocno jego myślenie. Takie np. „Solaris”, które uważane jest za książkę szalenie humanistyczną, jest w rzeczywistości opowieścią o czymś nieludzkim co nas zjada i czego nie potrafimy nazwać. Czujemy tylko obecność. I to wcale nie musi być kosmiczne w sensie technologicznym bo my czy te chcemy czy nie, jesteśmy częścią kosmosu i nie musimy być zaraz robotami czy astronautami. Mam coś takiego w głowie, że czasem chciałbym mieć umiejętność uniesienia się kilkadziesiąt metrów nad ziemię, żeby stracić kontakt z tym ziemskim szumem i doświadczyć czegoś więcej. Moralność istnieje tu u nas, ale czy to jest prawo kosmiczne? Chyba nie.

Wszystko, co robimy musi/powinno mieć jakiś cel. Czy w kontekście swoich poprzednich dokonań i muzycznego portfolio, możemy uznać, że znalazłeś swoją niszę, w której pozostaniesz na dłużej, czy to po prostu kolejny projekt, który jest tylko krokiem w stronę… no właśnie – czego?

Wydałem na świat kolejne dziecko, które dosyć dobrze sobie radzi. Co z niego wyrośnie, ciężko przewidzieć. Teraz jest jego czas. To co jest fajne, to płodozmian i staram się tego trzymać. „Szum” jest zupełnie inny od reszty, więc dajmy mu szansę. Mnie generalnie interesuje muzyka i pewna nieprzewidywalność jaką niesie. Teraz wszystko podporządkowałem L.A.S. – owi, ale może już za chwilę wpadnie do głowy inny pomysł.

Ok, abstrahując nieco od Szumu, muszę zapytać Cię o dwie, w sumie bardzo ważne dla mnie sprawy – zacznijmy od płyty, która – chyba nie tylko mnie – swego czasu sponiewierała, czyli „Dni Wiatru” – jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz ten album? Cały czas uważam, że o ile krytyka przyjęła go entuzjastycznie, to ludzie do końca nie zrozumieli jego idei. Co ciekawe, dzisiaj smakuje ta płyta dużo lepiej i chyba dopiero teraz jestem w stanie zaakceptować w pełni jej dobrodziejstwo…

To dobra płyta, a czas działa na jej korzyść. To był konkretny komunikat. Krytycy pocmokali, pogłaskali się po brodach i powiedzieli, że to jest „dobre”, ale ludzie też mają uszy i słuchają. Trudno mi pisać o tym w perspektywy konsumenta muzyki. Cieszę się, że coś się przegryza przez lata. Nie wracam już do przeszłości muzycznej. Mogę coś powiedzieć na ten temat, ale to mnie już nie interesuje. Miałem swoje „5 min” w tej konstelacji i poleciałem na inną planetę…Sam na scenie

Druga i ostatnia sprawa „z przeszłości” – czyli „Wesele”. Mam tylko jedno pytanie w tym temacie – mimo, że od samych twórców słyszałem takie czy inne wyjaśnienia, nie wierzę, że na planie nie „pękła” ani jedna butelka wody ognistej. Prawda to, że całość była nagrywana absolutnie „na sucho”??

Tak, to prawda. To była ciężka praca i jakby trzeba było pić alko to raczej nic z tego by nie wyszło. Opiliśmy się wody i tyle. Ale to była świetna przygoda. Jak dla mnie to tym filmem Wojtek Smarzowski dużo zagarnął i przemielił. Bardzo go cenię i lubię. Fajny koleś.

Na koniec miłej pogawędki, udajmy się na tę planetę, na której teraz jesteś. Zdradź, co czeka słuchaczy, którzy udadzą się tam za tobą. I owo „co czeka” zamknijmy może w najbliższych miesiącach.

Jestem w trakcie trasy koncertowej. Mam ochotę zagrać na kilku festiwalach letnich. Zaraz, mam nadzieję, rozpoczniemy pracę na kolejnym teledyskiem L.A.S.- u. Pewnie powtórzę trasę na jesieni. Generalnie lubię pracować nad muzyką i tak też spędzam życie. Ci którzy chcą ze mną w tym uczestniczyć, mam nadzieję, że dobrze się pobawią, ale też coś zostanie po tej zabawie. Ten materiał można tańczyć – słuchać – śpiewać. Wystarczy „tylko mieć ochotę” – jak mówili klasycy polskiego big beatu.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum/M. Pruska