J.D. OVERDRIVE – Obrzydliwi realiści

Dżek jest dziki, dżek jest zły, dżek ma bardzo ostre kły. W dodatku ma wreszcie idealną produkcję, idealną grafikę i posiał gdzieś wesołkowatość, która podskórnie przewijała się na poprzednich wydawnictwach. Jeśli lubicie poważną, a może nawet nieco „zmęczoną życiowo” muzykę, The Kindest of Deaths przypadnie Wam do gustu. Zdecydowanie najciemniejsza i najbardziej wściekła płyta J.D. Overdrive przekonuje, że chłopaki grają swoją muzykę z przekonania i mają na tym polu coś do powiedzenia. W temacie samej płyty odsyłam do recenzji, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś od samych muzyków, zapraszam na rozmowę z wokalistą Wojtkiem „Susłem” Kałużą i gitarzystą Michałem „Stemplem” Stemplowskim.

Obserwuję Waszą karierę niemal od początku i cieszy mnie, że ciągle idziecie do przodu. Zdradźcie co liczy się najbardziej, oczywiście, na własnym przykładzie – żelazna konsekwencja, dobre znajomości czy szczęście?

Wojciech „Suseł” Kałuża: U mnie to będzie wszystkiego po trochu. Zdaję sobie sprawę, że dzięki pewnym okolicznościom, takim jak np. praca w MMP, kilka rzeczy przyszło nam łatwiej niż innym zespołom. Ale mam też świadomość, że jak już dostało się szansę, to dobrze byłoby jej nie spieprzyć. Wbrew pozorom to, co do tej pory osiągnęliśmy nie przyszło samo, za tym stała i cały czas stoi ciężka praca i kupa kasy, którą rok w rok wkładamy w zespół. No i tak – mamy dużo szczęścia, nie zaprzeczam. Bardziej martwię się, kiedy się skończy… Zresztą, ile już było kapel „ze znajomościami”, o których po roku nikt nie pamiętał, bo paniska osiadły na laurach i zapomniały chyba, że podejście „mnie się należy” w dzisiejszych czasach po prostu już nie działa.

Michał „Stempel” Stemplowski: Chyba wszystko po trochu ma wpływ na to, gdzie teraz jesteśmy. Żelazna konsekwencja to nasza muzyka – robimy to, co chcemy, w taki sposób, na jaki2_fot_by_Marta_Lebiocka - drugi my mamy ochotę. Robiąc kawałki nigdy nie zastanawiamy się nad tym, czy wpadną ludziom w ucho i czy je zagrają w radiu. Osobiście mam to w dupie i jestem pod tym kątem egoistą. To mnie ma się numer podobać, a jeśli przy okazji ludzie to doceniają… żyć nie umierać. A znajomości i szczęście tylko w tym wszystkim pomagają.

Poruszono tu niewątpliwie drażliwy temat na muzycznej scenie -KASA. Jak jest to jest dobrze, ale tu i ówdzie pojawi posądzenie o komercję. To pewnie będzie zaglądanie do sypialni, ale i tak się wpieprzę – dokładacie do interesu, wychodzicie na „zero” czy przedsiębiorstwo J.D. Overdrive już na siebie zarabia?

M: Jeżeli odejmiemy od całego bilansu koszty nagrania każdej płyty, to wychodzimy na lekkim plusie. Wtedy jednak bilans będzie niepełny, więc tak – dokładamy do tego biznesu. Na szczęście, coraz mniej. Oczywiście, nie wliczam tutaj kosztów, związanych z instrumentami, wynajmem sali prób, etc. J.D.O. to przede wszystkim nasze hobby, a w każde hobby chyba trzeba inwestować.

W: Ja zawsze powtarzam tę samą mantrę: jedni jeżdżą do ciepłych krajów, inny inwestują w wypasioną brykę albo nowiutki sprzęt narciarski, ja mam zespół rockowy. Każdemu jego cyrk i jego małpy.

Zauważam ostatnio wśród organizatorów tendencję do zwalania finansów dla zespołów na tzw „bramkę”. Z jednej strony powinniście się cieszyć, jako piewcy bądź co bądź amerykańskiej muzyki, że ten pomysł rodem z USA przywędrował do raju, ale macie też pewnie jakieś ramy: trzymacie się sztywno ridera, który ma odsiewać plewy od ziarna (w sensie organizatorów niewypłacalnych od wypłacalnych)?

W: Wiesz co, my jesteśmy obrzydliwymi realistami, wiemy jaką mamy pozycję na tzw. rynku i raczej nie mamy kosmicznych oczekiwań. Są miasta i kluby, gdzie możemy spokojnie grać za bramkę i zarobić na tym jakieś pieniądze. Są też miejsca, gdzie nie dość, że nie jesteśmy pewni frekwencji, to musimy jeszcze z tej bramki odpalić klubowi działkę np. za akustyka. I bywają takie koncerty, na które przychodzi 40-50 osób, co nawet nie pokrywa nam kosztów transportu. Ale przeważnie znamy ryzyko i mamy je wpisane w koszty. Czasem zdarzy nam się oferta za gażę, jeśli jest sensowna to ją przyjmujemy i mamy pieniądze, żeby np. wtopić je w koncertową wycieczkę nad morze. A co do samego procederu, o dziwo nie jestem przeciwny – niektórym polskim kapelom przydałby się taki kubeł zimnej wody…

Zapewne na takie dictum, wielu muzyków zamruczy pod nosem – no tak, koneksje z MMP i jako zespół i prywatnie, to mają łatwiej. Ok – jest łatwiej z powodu tego że Wojtek pracuje w MMP, który jest też wydawcą płyt Waszych, czy wręcz przeciwnie? Bilans plusów i minusów jak wychodzi?

M: MMP wydaje nasze płyty. Natomiast umówmy się – gdyby pierwsza była kiepska i słupki nie podniosłyby się ponad poziom opłacalności, to nikt w MMP nie dałby nam kredytu zaufania do wydania drugiej płyty. Dokładnie tak samo zadziało się w przypadku „The Kindest…”, więc chyba nie jest z naszą muzą tak najgorzej. Poza tym mamy fory w postaci możliwości zagrania gigu przed gwiazdą zza wielkiej wody średnio raz, dwa razy do roku i fajną promocję. To z pewnością pomaga nam dotrzeć do większej ilości ludzi i przekłada się na jakiś tam sukces. Natomiast gdybyśmy chuja grali, to dalej siedzielibyśmy w garażu. Niemniej nie zrezygnowałbym z tego wsparcia, bo tylko idiota mógłby to olać.

W: W wielu aspektach jest oczywiście łatwiej. Nie wyrzucamy siana na wydanie płyty, przez co możemy sobie w tym aspekcie trochę pofolgować (co zresztą zrobiliśmy przy nowej płycie), nie musimy się martwić o dystrybucję, co więcej, mamy ją zapewnioną w Europie i USA, czego sami – umówmy się – byśmy na takim poziomie nie ogarnęli. Możemy liczyć na pomoc przy promocji, czyli wywiady, puszczanie muzyki w radiu, itd. Oczywiście, w ramach gatunku; nie usłyszysz nagle „Crippled King” o 10:00 rano w RMF-ie. Wszystko to jednak ma swoją cenę, a jest nią zrzeczenie się praw autorskich na rzecz wytwórni, co oznacza mniej więcej tyle, że nasza muzyka nie jest już nasza i jeśli będziemy np. chcieli wydać nowy album na winylu (nie chcemy, ale jako przykład), musimy to uzgodnić z wytwórnią i dostać od nich pozwolenie. Wyjątkiem była kaseta „Fortune Favors the Brave”, ale to tylko przez „dziurę w umowie” – ten nośnik po prostu nie był w niej wymieniony. Bilans plusów i minusów każdy musi obliczyć sobie sam – nam, póki co, pasuje taki układ.

M: Małe sprostowanie – chodzi oczywiście o autorskie prawa majątkowe. Muzyka ciągle pozostaje nasza, ale nie my za nią kasujemy hajs…

To teraz futurystycznie i głupawo – jeśli mielibyście ocenić stan zaawansowania kariery JD, jesteście na początku, gdzieś w środku czy…? Coś w tym kraju możecie jeszcze „ugrać”? Są rzeczy, jakie chcielibyście osiągnąć Tu, czy może spozieracie poza granice?

M: Zawsze może być lepiej, ale czy z taką muzyką można grać headliner’owe trasy po Stanach? Nie sądzę. Szkoda tracić czas na zastanawianie się nad tym, czy możemy zrobić więcej czy już nie. Trzeba skupić się na muzie i na graniu koncertów. Reszta sama przyjdzie, jeśli karma będzie sprzyjać. A jeśli nie przyjdzie – trudno; w mojej opinii i tak osiągnęliśmy dużo.

W: Nie sądzę, żeby za granicą ktoś specjalnie na nas czekał, bo tam zespołów grających jak my, czy wręcz lepiej są setki. A ktoś kiedyś dobrze powiedział, że nie powinno się wozić drewna do lasu. W Polsce dalej jesteśmy chyba trochę ewenementem i to jest z jednej strony fajne, choć z drugiej – ilość kapel grających u nas taką muzykę jest znikoma nie bez powodu…GŁÓWNY

Czyli skupiamy się na tu i teraz. Nowa płyta. Kolejny odcinek. Najbardziej dosadna rzecz? Finał poszukiwań własnego brzmienia?

W: Najbardziej przemyślana rzecz, to na pewno. I chyba naturalny rozwój. Zdecydowanie najlepsze dotychczas brzmienie, ale też nie mieliśmy o to obaw, skoro miksem i masteringiem zajął się Piotrek z Thaw. I jeszcze powiedziałbym, że to chyba dla nas pewne potwierdzenie, że wiemy już, jaką muzykę chcemy grać. Jedynka to był czas poszukiwań, na „Fortune…” wydawało mi się, że to znaleźliśmy, ale dopiero „The Kindest” umocniło mnie w tym przekonaniu.

M: On też doradzał nam w kwestiach finalnego soundu płyty, jak i brzmienia poszczególnych instrumentów Opłaciło się to w 100%, bo teraz wszystko gada bardzo organicznie i analogowo. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego soundu dla naszej muzyki na ten moment.

Na pewno schodzicie coraz głębiej do pieczary. To Wasza najbardziej ponura i zwarta płyta. Zero uśmiechu, wściekłość, taka po linii wczesnego Down. Bliżej Anselmo niż Zakka. Mam rozumieć, że znaleźliście Graala?

W: Bardzo dziękuję za te słowa. Mamy już pomysł, teraz jestem cholernie ciekawy, jak uda nam się go rozwinąć. Nowa płyta dopiero ujrzała światło dzienne, ale mnie już korci popracować nad nowym materiałem, dowiedzieć się, gdzie zajdziemy tym razem.

M: Miód na serce z tym Anselmo i wczesnym Downem! Jak lubię i szanuję Zakka za umiejętności, tak muzycznie wolę inne rzeczy. I tutaj chyba w mojej głowie zrobił się mały przewrót. Prostolinijność BLS i to szaleństwo dalej do mnie trafia, ale wolę, kiedy muza gdzieś tam wpada w trans i jakoś się rozwija, pracuje, a nie tylko naciska na wpierdol. Praca nad „The Kindest…” była tym, co zawsze chciałem osiągnąć. Fajnie, gdyby to poszło jeszcze dalej.

Jako kolejni wychwalacie Satanic Audio. Przed studiem ustawia się coraz dłuższa kolejka. Myślicie, że będzie to kolejny po np. Hertz przybytek, do którego będą walić wszystkie zespoły, które chcą zabrzmieć… inaczej?

M: Na pewno! Słyszałeś ostatnie nagrania Belzebonga? Przecież ten sound urywa tak bardzo, że to jest totalny koniec. Pójdźmy dalej. Nowy Weedpecker? To samo! A to wszystko spod paluchów Piotrka z Satanic Audio. On po prostu czuje tę muzę. Nic więcej, nic mniej.

W: Myślę, że za kilka lat będzie u Piotrka strasznie ciężko o wolny termin. Pracuje szybko, sprawnie i – co najważniejsze – robi to z niesamowitym wyczuciem, rozumie, co chcą osiągnąć kapele, które nagrywa. My mamy dodatkowo ten atut, że jest cholernie blisko. Kiedyś zadzwonił do mnie Perła z propozycją nagrania płyty, ale po podliczeniu kosztów nagrania plus pobytu przez 3 tygodnie pod Poznaniem, doszliśmy do wniosku, że to po prostu ponad nasze siły – surowa rzeczywistość nie pozwala na takie szaleństwa. No i podziękowaliśmy. A tutaj myk w samochód i po 15 minutach nagrywamy. Kolejny przykład szczęścia, które serio kiedyś nam się skończy…

Działanie – skutek. Taka zasada. Działacie swoją nową muzyką. Dobrą muzyką. Jaki ma być skutek? To banalnie brzmi, ale jakiś cel, założenie sobie stawiacie, coś, co determinuje wasze działania akurat w kontekście tego materiału?

M: To raczej muzyka jest skutkiem naszej determinacji i chęci tworzenia. Ja osobiście nie zastanawiam się nad tym, jakie ona ma powodować skutki. To jest już poza mną.

W: Chyba wiem, o co Ci chodzi, choć może się mylę. Kiedyś zrobiłem listę płyt, o których 99% moich znajomych nie miało pojęcia, że istnieją, ale ja je uwielbiałem, nie dlatego, że były przełomowe, ale coś w sobie miały. Długo szukałem wspólnego mianownika i w końcu znalazłem – wszystkie te płyty były dla mnie dziełami kompletnymi. Podobała mi się muzyka, okładka, książeczka, cały koncept idący za tymi płytami. W dupie miałem, czy ktoś to zna, sam niejeden z takich albumów kupowałem w komisach za grosze, a kapele, które je nagrały, już dawno się rozpadły, bo nie obchodziły psa z kulawą nogą. I powiem szczerze – za każdym razem chciałbym nagrać taką płytę. Kompletną. Mającą to „coś”. Przy „The Kindest…” Mam wrażenie, że cholernie blisko się do tego zbliżyliśmy…

4_bw_fot_by_Marta_Lebiocka - główny

To wszystko wiąże się jednak ze słowem, które już dzisiaj padło: determinacja. Bez niej nic by nie było. Zatem pytanie: gdzie dla Was znajduje się granica takiej determinacji?

W: Mnie się wydaje to proste. W momencie, kiedy przestaniemy mieć radochę z grania muzyki, rzucimy to wszystko w pizdu. Do tego czasu będziemy robić wszystko, żeby tej radości nie zabić. Teraz czuję, że nagraliśmy najlepszy album, jaki mogliśmy, a mimo wszystko już myślę o następnym. Kiedy jest motywacja, to chyba determinacja nie jest już tak bardzo potrzebna…

Na wesoło – kiedyś za sprawą korporacji z Tennessee musieliście zmodyfikować nazwę. Było grubo. Czy w ostatnim roku wydarzyło się coś o podobnym formacie? Coś, co będziecie wspominać jako dziadkowie?

M: Chyba tylko to, że Michałowi Szpakowi podobał się nasz występ przed Europe w maju ubiegłego roku… Tylko że jest to śmiech przez łzy. Przecież po tym incydencie prawie zespół rozwiązałem!

W: Ja chyba do końca życia będę wspominał występ przed Philem Anselmo i Illegalsami w Warszawie, kiedy w trakcie 3 numeru spojrzałem w bok sceny, a tam stał Król z założonymi rękami, kiwając z aprobatą głową. Stał tam ponoć od początku naszego gigu. A Ty, Stempel, jakieś Szpaki wyciągasz, idź pan.

M: Poza tym to, że udało nam się wydać własne piwo w kooperacji z browarem Reden jest mistrzem świata! Duma i splendor mnie rozpierają!

W: Behemoth już pichci swoje, ale teraz mogę wyłożyć się w fotelu jak kubański narkotykowy lord i powiedzieć: „byliśmy pierwsi”. Kiedyś serio myśleliśmy o szklankach do whiskey, ale granice wiochy zostałyby chyba zdrowo przekroczone. Piwo mi się mieści jeszcze w kontrolowanej strefie obciachu. Red Fang mieli swoje piwo, a nie powiesz mi przecież, że to banda klaunów. Zresztą, lepsze to niż sprzedawanie swoich zdjęć z autografem a’la Gosia Andrzejewicz!

W temacie piwa – wybaczcie, przyjaciele, złośliwość – stringi też będą?

M: Stringi niech robi Victoria’s Secret albo inny Triumph. My skupimy się na muzie i alkoholu.

I zupełnie na koniec, z zaskoczenia, zamiast gadek w stylu, „co będziecie robić, jak chcecie promować”, zupełnie inaczej – wyjaśnijcie mi, dlaczego wasz perkusista gra w rękawicach?

M: Jooras gra w rękawicach, bo mu się lepiej pałę trzyma! Badum-tsss! I mówię całkiem serio. Po prostu pałka mu z ręki nie wypada. No… tak zwyczajnie, dobrze w dłoni leży (sorry Jooras)!

W: Nasz perkusista to wcielenie pragmatyzmu, więc szuka wszelkich sposobów, by usprawnić swą technikę. I gubi pałki przy okazji jak ostatnia łamaga, ja już ze dwa razy w łeb oberwałem. Kolejna tajemnica rock n’ rolla okazuje się gówno warta.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marta Lebiocka