J.D. OVERDRIVE – ile lasek można poderwać na zbieranie truskawek?

Kto nie lubi alkoholu, nie może czytać poniższego wywiadu… Ok, żartowałem, choć faktycznie, z mocnymi trunkami katowicki ansambl żyje za pan brat. Nie alkoholizują się nałogowo, jednak po wysłuchaniu ich debiutanckiego krążka poczułem się, jak po kilku głębszych. Zainfekowana amerykańskim southern’ rockiem, starym metalem, doom i kłaniająca się gitarowej robocie DOWN i pana Zakka W. muzyka J.D. Overdrive to kopalnia świetnych riffów, energetycznych bitów i rasowych partii wokalnych. Na razie zespół jest na rozruchu, płyta rozchodzi się wśród maniaków sludge/stoner/hardrocka i jeśli wystarczy im determinacji, mogą zajść całkiem daleko. Tyle, że chyba za mało dla nich miejsca w Polsce i będą musieli wyjść ze swoją propozycją poza nasze granice. Czego im życzę, zapijając wódeczką najnowsze dzieło „Sex, Whiskey &Southern Blood”. A na dokładkę słów kilka od samego zespołu. Panowie Suseł i Stempel mają sporo ciekawostek do przekazania…


Po co grać, kiedy można np. zbierać truskawki? Wasza ocena przewagi rzępolenia nad zbieraniem.

Suseł: I z jednego i z drugiego w tym kraju nie wyżyjesz, a jak już mam sobie wybierać hobby, wybiorę granie. Ile lasek można poderwać na zbieranie truskawek?

Stempel: Poza tym przez te ciągłe schylanie się do truskawek można nabawić się dyskopatii czy innych zwyrodnień…

Zamiast historii, bo to nudne, wybiegamy w przyszłość. Nagraliście już 5 płyt, macie za sobą trasę po USA, rozwody i powycinane wątroby. Czy czegoś żałujecie?

Suseł: Zależy od tego, czy piąty album będzie kopał jaja, czy też okaże się popłuczynami wyplutymi przez zmęczonych rock’n’rollem dziadów. Jak dla mnie – jeśli za kilka czy kilkanaście lat dalej będziemy bawić się w nagrywanie płyt, granie koncertów i inne tego typu fanaberie i w dalszym ciągu będzie nam to sprawiało przyjemność, to nie ma czego żałować. Chyba, że całej tej whiskey, której nie udało się przez ten czas wypić.

Jack Daniels. Wódka. Napój czy coś więcej? Dlaczego nie żubrówka?

Suseł: Nie kryje się za tym jakaś głęboka symbolika. Jestem fanem Jacka Blacka, zwłaszcza jego roli w filmie „High Fidelity”. Grał tam cynicznego sprzedawcę w sklepie muzycznym, który gdzieś przy końcu filmu zakłada kapelę o nazwie Kathlyn Turner Overdrive, potem zmienili to na inną. Mi się bardzo ten pomysł spodobał – Cośtam Cośtam Overdrive. Pozostawała tylko kwestia tego „Cośtam”. Olśnienie nadeszło podczas popijawy w barze, kiedy naczelny Metal Hammera, Darek Świtała, wskazał palcem na plakat z Danielsem. Równie dobrze mógł wskazać na Żubrówkę, choć faktycznie z alkoholi twardszych preferujemy łyskacza…

Stempel: A że do tego wszystkiego ja osobiście jestem fanem whiskaczy (nie mieszanych z czymkolwiek!), to zrobiła się nam z nazwy swego rodzaju laurka pochwalana. Żubrówka natomiast odpada – znając nasze porąbane pomysły moglibyśmy tą trawą zrobić sobie krzywdę (śmiech).

Jak to było ze zmianą nazwy – faktycznie zgłosiła się do was korporacja z Ameryki z prośbą o wymianę szyldu, czy też to tylko część mitu, jaki wokół siebie tworzycie?

Suseł: Jedyny mit, jaki niechcący stworzyliśmy to taki, że kiedyś graliśmy jak Coma, he, he, he… Prawda jak zwykle leży pośrodku, bo jak na inteligentnych inaczej ludzi przystało, sami wysłaliśmy do koncernu produkującego Jacka Danielsa pismo z prośbą o możliwość korzystania ze zbliżonej (bo różniącej się brakiem apostrofu – niby pierdoła, ale uznaliśmy, że to nasza tajna broń) nazwy. W odpowiedzi przyszły kolejno dwa pisma z Tennessee, kulturalnie, acz stanowczo domagające się zmiany nazwy. Stwierdziliśmy, że już nie ma co się czarować i w ten sposób pojawiło się „J.D.”. Co ciekawe, przyszło do nas trzecie pismo, w którym miły pan adwokat ubolewał nad zmianą dość mocno kojarzącą się z poprzednią nazwą. Ale jednocześnie było jasne, że pod względem prawnym nic już na nas nie mają, więc sprawę olaliśmy.

Gracie muzykę, która w Polsce ma dość dziwny status. Bo z jednej strony kiedy rozmawiać z ludźmi, to wydaje się, że sporo osób takie granie docenia, kupuje płyty itp., tymczasem w praktyce zespoły maczające palce w post sabbath’owym łojeniu nie mają za bardzo dla kogo grać. Jakie macie przemyślenia odnośnie statusu takiego zespołu jak Wasz w kontekście polskiego fana?

Suseł: Z tą muzyką w Polsce jest o tyle dziwnie, że wiele osób jara się takimi post-sabbathowymi kapelami nie zdając sobie sprawę z tego, że takich kapel jest więcej, że tworzą coś na kształt sceny. Sam patrzyłem ze zdumieniem jak dobrze publiczność odbierała Black River, gdy tamci grali trasę z Behemothem, Hermh i innymi szatanami. Inna sprawa, że osoby siedzące mocno w polskim „środowisku” często nie uznają takich grup jak Black River czy  choćby nas za stoner czy southern (to drugie już chętniej, ale też znajdą się oporni). Ja, jak zawsze w podobnych przypadkach, lubię być pośrodku. Myślę, że przy nas bawić się będzie i kilku maniaków stonera, i kilku maniaków po prostu metalu i rocka. My nigdy nie chcieliśmy zamykać się w jednej stylistyce, sami słuchamy od groma różnej muzyki i dla mnie to np. naturalne, kiedy nasz gitarzysta modli się do Zakka z BLS, jednocześnie masturbując się przy dźwiękach Dream Theater.

Stempel: Dla ortodoksyjnych stonerowców czy southernowców nigdy nie będziemy ‘true’… chociaż tak naprawdę nigdy do tego miana nie aspirowaliśmy/aspirować nie będziemy. Faktycznie w naszej muzyce słychać zdecydowane wpływy południa Stanów, ale nie kryjemy się z naszymi ciągotami w stronę innych gatunków; jeżeli ktoś na naszej płycie usłyszy Godsmacka, Metallicę czy inne Alice In Chains, to tak właśnie jest i my czujemy się z tym bardzo dobrze. Nie zamierzamy wchodzić w dupę tym kilku osobom, które uważają się za bardziej amerykańskich niż sama Ameryka

Wasza muzyka ma bardzo konkretne korzenie, możecie wymienić grupy, wykonawców, którzy na Was wpłynęli?

Suseł: Jak wspomniałem wcześniej, słuchamy różnej muzyki, ale JDO to raczej wypadkowa bardzo dokładnie określonych fascynacji – Down, Black Label Society, Alabama Thunderpussy, Spiritual Beggars… tych wszystkich kapel słuchamy namiętnie i te inspiracje wyraźnie w naszej muzyce słychać. Ale oczywiście każdy z nas lubi dołożyć do mieszanki coś niekoniecznie oczywistego – ot, z miłości do thrash metalu powstała końcówka „No Man’s Land”, a tu i ówdzie powrzucane są patenty wokalne, które bezczelnie zżynałem z Mike’a Pattona, którego wprost uwielbiam.

Dochodzimy powoli do debiutanckiej płyty. Dlaczego znalazły się na niej dwa utwory poprzedniego materiału? Sentyment, brak nowych kompozycji czy jeszcze coś innego?

Suseł: Heh, nawet trzy się znalazły:) To akurat bardzo proste – większość materiału na „Sex, Whiskey & Southern Blood” powstała już w czasach EPki „Pure Concentrated Evil” sprzed 3 lat. Oczywiście część aranży uległa od tego czasu zmianie, ale kiedy przyszło do ustalania zawartości debiutu, nie mogliśmy pominąć tych trzech kawałków z EPki, bo zbyt dobrze pasowały do reszty materiału. Zależało nam na tym, żeby ta płyta była w miarę spójna. Mieliśmy w zanadrzu 2-3 nowe numery, ale one jakoś nie chciały się sparować z resztą kawałków. Tak więc trafią one prawdopodobnie na kolejny album, a na debiucie postanowiliśmy przypomnieć starszy materiał.

Słuchając płyty odniosłem wrażenie, że pomijając fajne riffy, skupiliście się raczej na brzmieniu płyty, jej, że tak to ujmę, plastyce, niż na zgłębianiu aranżacyjnych niuansów. Jakie mieliście założenia związane z Waszym debiutem?

Suseł: Hmm, pod względem muzycznym, więcej w temacie powie Stempel, ja tylko mogę dodać, że mimo wszystko chcieliśmy, aby aranże były dość zróżnicowane. Słyszałem już sporo płyt z nurtu southern czy po prostu metalowych, na których utwory wydawały się cholernie do siebie podobne i tego bardzo chcieliśmy uniknąć. Mam nadzieję, że się udało:) A co do brzmienia, od początku mieliśmy jasno ustalony cel: ma to brzmieć na tyle nie-polsko, na ile to możliwe.

Stempel: Nasza muza, to nie prog-metal, żeby zagłębiać się w delikatne smaczki, które usłyszy może 5% słuchaczy. To jest pieprzony rock’n’roll – ma być ostro, melodyjnie, bez zbędnego przebierania palcami po gryfie. W tej muzie nadmiar nut raczej się nie sprawdza, więc wolałem się skupić na innych aspektach przy komponowaniu. Wiesz – to jest mój ukłon w stronę Black Label Society. Pamiętam jak dzisiaj moment, w którym kumpel zaraził mnie dokonaniami wuja Zakka i spółki. Grałem wtedy pokręcony metal core z wpływami thrash metalu i pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy po przesłuchaniu „The Blessed Hellride”, to był zachwyt prostymi aranżami i kilkoma dźwiękami trafionymi idealnie w punkt! Do tego miażdżące solówki i wychodzi kawał zgrabnego przypierdolu. Oczywiście nie aspirujemy do tego, aby zostać polskim BLS, niemniej ta prostota bardzo mnie urzekła i nadal to robi z powodzeniem!

Zawsze odnosiłem wrażenie, że muzyka jaką i Wy gracie, dość mocno związana jest ze stylem życia. Kiedy widzę zespoły typu Crowbar, Superjoint Ritual czy Eyehategod, zauważam przede wszystkim mocno steranych życiem gości, którzy swoje już przeżyli i grają to, co kołacze w ich sercach. Nie boicie się oskarżeń, że za waszymi, dobrze skonstruowanymi dźwiękami, nie stoi to doświadczenie, życiowe zaplecze, predestynujące do grania takiej muzy?

Suseł: Nie boimy, bo już dostajemy sygnały, że nie jesteśmy „tru” (śmiech). Wiesz, idąc tym tokiem myślenia wychodziłoby na to, że takiej muzyki nie ma prawa wykonywać nikt, kto nie urodził się w przyczepie gdzieś na bagnach Luizjany. W naszym przypadku to granie wyszło bardzo spontanicznie – spotkało się kilku gości, którzy chcieli założyć zespół, zaczęli jammować i wyszły im właśnie takie dźwięki, więc tym tropem postanowili pójść dalej. I tak doszliśmy do momentu, w którym mamy nagraną płytę, a ludzie na koncertach nie obrzucają nas jajkami tylko zajebiście bawią się do tej muzyki. Czy fakt, że żaden z nas nie siedział jeszcze w mamrze ani nie był na odwyku naprawdę coś zmienia? Ja jestem realistą – wiem, że taka muzyka, jaką gramy ma promować mocno rock’n’rollowy styl życia i niektórzy pewnie spodziewają się po nas takiej postawy 24 godziny na dobę. Ale niestety życie to nie ciągła popijawa, na chlanie trzeba zarabiać, do zarabiania trzeba mieć pracę, a do tego dochodzą inne, często trywialne obowiązki. Na próbach czy na scenie mamy namiastkę takiej hedonistycznej wolności, ale często następnego dnia trzeba się obudzić o siódmej i zapierdalać grzecznie w garniaku do biura. Ot, rzeczywistość.

Mieliście okazję zagrać z tzw. dużymi bandami – czy obserwując tych starszych kolegów na scenie, wyciągnęliście z tego jakieś wnioski i uwagi dla siebie, swojego zespołu?

Suseł: Chyba najważniejsze, czego można się nauczyć od większych bandów, to „profesjonalizm ponad wszystko” – nieraz widziałem zmęczonych trasą muzyków, których ostatnim pragnieniem na świecie było zagranie koncertu, ale kiedy już wychodzili na scenę – zmieniali się w pierdoloną maszynę do zabijania. Tak ma Down, tak ma BLS – nieważne jakie są okoliczności, na scenie te zespoły dają z siebie wszystko. Patrzysz na to i myślisz „kurwa, my też tak będziemy robić”.

Osiągnęliście już pewien etap kariery, jakie zadania stoją teraz przed wami, kiedy jesteście już „rozdziewiczeni” debiutanckim albumem?

Suseł: Cóż, pierworodnego na pewno jeszcze przez jakiś czas będziemy promować, wszak to dopiero jego pierwsze kroki. Jak na razie zagraliśmy release party w Katowicach i dwa bardzo udane koncerty w Warszawie i Wrocławiu. Teraz robimy sobie wakacyjną przerwę (nikt i tak nie chodzi w lecie na koncerty…), a we wrześniu chcemy powrócić z jakąś konkretniejszą trasą po Polsce. Jest od cholery miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Oczywiście pracujemy też nad teledyskiem do „Ballbreakera”, obrazek jest już właściwie na ukończeniu i myślę, że z początkiem lipca będzie miał swoją premierę. Więcej szczegółów nie zdradzę, niech to będzie niespodzianka, he, he. Inne plany? Powoli rzeźbimy już materiał na następny krążek, tym razem nie chcemy z nim czekać trzech pieprzonych lat…

Co uważacie za swój największy atut – czy są jakieś cechy, które wyróżniają Was z tłumu?

Suseł: I co ja Ci tu mam napisać, że wszyscy mamy kutasy do kolan? Gramy to, co nam się podoba i nie boimy się łączyć pewnych inspiracji. Robimy muzykę, która ma mieć pierdolnięcie i ma bujać. Posłuchajcie sami, czy „Sex, Whiskey & Southern Blood” to folklor dla Was…

Zespół miał kilka zmian w składzie – z czego wynikały i co jest cementem, trzymającym aktualną ekipę w kupie?

Suseł: Perypetie były różne, przeważnie wiązało się to z osobistymi decyzjami muzyków, np. nasz pierwszy perkusista miał wówczas jeszcze jedną kapelę i w pewnym momencie przestał mieć dla nas czas, z kolei nasz pierwszy basista dostał fajną ofertę pracy i musiał się przeprowadzić… Ogólnie zawsze były to takie życiowe historie. Z każdym z naszych ex-muzyków jesteśmy w dobrej komitywie, nikt nigdy nie był wypierdolony ze składu czy coś takiego…  A obecny skład to już niejedna flaszka whiskey razem obalona, mogę spokojnie powiedzieć, że jesteśmy wszyscy dobrymi kumplami i lubimy spędzać ze sobą czas na scenie i w barze. Muzyków sesyjnych u nas nie uświadczysz:)

Pojawiły się pierwsze recenzje nowej płyty – jaki wnioski z nich płyną – dla Was?

Suseł: Z recenzjami zawsze trzeba ostrożnie, bo to zawsze tylko opinia jednego człowieka, a opinie często są różne. Jak na razie płytka jest bardzo fajnie przyjmowana, na zachodzie mamy póki co średnią ocen w okolicach 7/10, w Polsce dostajemy przeważnie pozytywne noty. Wyjątkiem jest recka na stronie Gitarzysty, gdzie recenzent pojechał po nas jak po burej suce, hehe. Ale co my możemy zrobić? Nie podoba mu się to, co gramy i my to szanujemy, to jego opinia. Co do wniosków, tu też trzeba być ostrożnym, bo w moim odczuciu muzykę powinno się tworzyć przede wszystkim dla siebie, a nie wedle oczekiwań innych (no chyba, że grasz pop). Dla jednych jakiś pomysł może być dla świetny, dla innych – gówniany. I skąd wiedzieć kto ma rację? My mówimy „pierdolić to” i gramy to, co NAM się podoba.

Płyta wydana jest przez dużą wytwórnię – czy wraz z MMP przygotowujecie jakieś ruchy promocyjne?

Suseł: MMP naprawdę fajnie radzi sobie z promowaniem naszego krążka, są reklamy w prasie, w radiu, daliśmy już kilka wywiadów, płytka została też wysłana do kilkudziesięciu mediów polskich i zagranicznych. Nie mamy na co narzekać. Sami też chcemy wspomóc tą promocję – będzie klip, o którym już wspominałem, koncerty… Nie obraziłbym się np. gdyby kawałek z „Sex, Whiskey & Southern Blood” trafił na jakiś ciekawy soundtrack, najlepiej do horroru (mój ulubiony gatunek filmowy), chociaż może niekoniecznie polskiego, bo te są chujowe okrutnie…

Kilka przekleństw na koniec…

Suseł: To już nie było ich wystarczająco dużo? Kurwa….

Stempel: …mać!

Rozmawiał i pstrykał: Arek Lerch