IRON TO GOLD – życie zaczyna się poza planszą

Nie ma w tym kraju hardcorowca, który kiedyś nie zdarł gardła na koncertach Sunrise, a jeśli nawet nie zdzierał to zna i pamięta na sto procent. Potem było Daymares, teraz jest Iron To Gold. Trzy różne nazwy, trzy trochę inne kierunki muzykowania, pozostające jednak w szufladzie zwanej hardcore/punk, ale ten sam wokalista – Patryk Bugajski. Poniżej „złote myśli” człowieka – legendy; będzie nieco o muzyce, o tym i o tamtym zespole, ale także o jego niepodważalnej postawie od X lat. Lecimy tutaj!

Patryk, powiedz nam kim jesteś? Czym się zajmujesz w życiu itd.?

Elo, mam na imię Patryk, mieszkam w Warszawie i bardzo to lubię.

Przypomnij, ile to już lat gracie z Iron To Gold?

Pierwszy koncert zagraliśmy w listopadzie 2010, więc jak ktoś jest niezły z matmy, to już wie.

Przez ten okres mieliście kilka zmian kadrowych, jak to się obecnie przedstawia? Sytuacja już się ustabilizowała na dobre?

Zmieniali się tylko basiści. Przez pierwszy rok koncerty grał z nami Adam aka Kudłis, potem zagrał z nami jeden gig Marcin aka Borsuk, a Marcin aka Czaja wyskoczył z nami do Szwecji. Odpat2 początku 2013 gra z nami na stałe Arek aka Kajto, który prowadzi Last Warning Records – wytwórnię do której ITG przyspawano od pierwszego demo. Reszta od początku jest ta sama: Zee Boo, Piotrek i Michał. I ja.

Wydaliście właśnie nowy materiał In The Zone, co to oznacza? Jaki jest jego przekaz?

Nie planowałem tego, ale kawałki ułożyły się w takiej kolejności, że jeden wynika z drugiego – akurat spojrzałem teraz na wkładkę, żeby mi się łatwiej odpowiedziało na to pytanie. Mam szczęście znać naprawdę inspirujące osoby. Jak mnie coś jara, staram się przenieść to do swojego życia.Widziałem naprawdę ogromne zmiany, dokonane przez ludzi, którzy mieli do tego takie same predyspozycje jak i ja. Jestem świadom jak bardzo sam się zmieniłem. W tych tekstach nie ma żadnego sci-fi. W życiu udaje się tylko to, w co wkłada się 100% siebie, dla czystej przyjemności, bez oczekiwań, bez wątpliwości. Robisz to i tyle, pochłania Cię to, nie myślisz jaki będzie tego finał. Jeżeli robisz cokolwiek fizycznego dla siebie i nie lubisz każdej sekundy, gdy się pocisz, to zapomnij o końcowym efekcie, nie przejdziesz przez to. Wyrzeczenia to strata życia. Najlepsze rzeczy pochodzą od tych, którzy mają pomysł i nie przejmują się, jak zostanie to odebrane. Nie udają, że coś robią, żeby uspokoić sumienie i nie podpierają się kim były. Takie osoby wystają z tłumu. Lśnią. One nie są, one cały czas stają się sobą po raz kolejny. Recenzenci, krytycy i obserwatorzy analizują i oceniają. Zanim wybrzmią ich ostatnie, niezwykle, kurwa, ważne w ich mniemaniu, opinie, świat nagle zmienił się, przez tych wszystkich, których uznawano za naiwnych dziwaków. Oczywiście, po drodze, tych kilkoro dzieciaków się gubiło, miało szalone fazy, ale część z nich wyciągnęła z tego, tyle ile mogła. Możliwości mamy nieograniczone, z każdym rokiem tylko się w tym utwierdzam. Dlatego też tak bardzo lubię scenę hardcore, bo to kopalnia indywiduów, ludzi zagubionych, z różną przeszłością, różnymi problemami, którzy przechodzą przez gówno i wyrastają na mocne persony. Oczekuje się od nas grania w grę, a życie zaczyna się poza planszą.

To kolejna w Waszej dyskografii ep-ka nie odbiegająca za daleko od wcześniejszych poczynań. Myślicie żeby jakoś urozmaicić kompozycje? Pójść może trochę w inną stronę? Pytam trochę z tego względu, że Twój poprzedni zespół Sunrise muzycznie mocno ewoluował na przestrzeni kilku albumów, które wydaliście.

Gramy hardcore, w którym za dużo nowego nie wymyślimy. Chodzi raczej o to, żeby się nam podobało, było zwięźle i intensywnie. Ma to jebać. Nie mamy ambicji stworzyć nowego sub-genre w core’ze. Sunrise istniał tyle czasu, że mógł obdzielić swoimi fazami z 5 zespołów. Dużą część tego czasu byliśmy dzieciakami, które odkrywały jakiś styl i dokonywały stylistycznej wolty.

życie zaczyna się poza planszą

życie zaczyna się poza planszą

Mówiąc o Sunrise, dlaczego po wydaniu długogrającej płyty dla zagranicznej, całkiem nieźle prosperującej wytwórni, postanowiliście zakończyć działalność?

Przez to, że non stop mieliśmy kłopoty ze składem, to było dużo okresów (zwłaszcza w pierwszej połowie istnienia), kiedy właściwie nie funkcjonowaliśmy i dopiero w ostatnich latach udało się zrobić, to co było do zrobienia z tym zespołem – stałe próby, wydanie płyty w stylu, w którym chcieliśmy wydać, dużo gigów, tour etc. Formuła się wyczerpała, część z nas miała inne pomysły na granie, część inne sprawy na głowie.

Nie kusi Was czasem żeby zagrać reunion? Teraz to całkiem zwyczajna sprawa. Największe zespoły, o których świat już prawie zapomniał, grają całe trasy koncertowe. Jak się na to zapatrujesz i co myślisz o tego typu wydarzeniach?

Outbound na Straight Edge Fest w klubie 1500 zagrał cover Sunrise (i to z demo), co było zajebiście miłe i zaprosili mnie, żebym zaśpiewał z nimi ten kawałek, ale nie dałem rady. To na maksa spoko z ich strony, dobre z nich typy i miło, że coś, co się nagrało 15 lat temu, ktoś nie tylko zna, ale i gra. Czułem się jak szmata, odmawiając im tego, ale nie wyobrażam sobie siebie w tych kawałkach. W Sunrise grało trochę typa, prawie wszyscy są ze sobą w kontakcie, ale nikt nigdy miał takiego szalonego pomysłu, żeby ruszać trupa. Totalnie zamknięty rozdział, dawno temu i na zawsze. Jeżeli chodzi o reuniony innych zespołów – nie moja to sprawa. Nie targa mną nostalgia i nie marzę, żeby zobaczyć zespoły, na które się nie załapałem bo miałem wtedy 5 lat i nie tylko nie posiadałem wizy do USA, ale nawet nie wiedziałem, że są inne kraje niż Polska. Wszystko co się dzieje, jest przypisane do swoich czasów i dlatego jest tak dobre, bo trafia w ten właśnie moment i specyficzne okoliczności. Te ostatnie są teraz zupełnie inne niż za czasów Reagan’a, jest inaczej niż w dziewięćdziesiątych, więc myślenie z rozrzewnieniem o tych czasach przypomina mi mentalność typu “komuno wróć”. Widziałem kilka reunionów, były ok. Widziałem też kilka smutnych.

Padły może takie propozycje?

Jeden spoko kolega, który robi spory fest, zadzwonił do mnie z taką propozycją. To jest dobry chłopak bardzo, ale oczywiście odmówiłem.

Niegdyś byliście rozpoznawalną marką w Europie; czy jako Iron To Gold mieliście dzięki temu jakieś możliwości? Wiesz, dojścia, kontakty, koncerty, wytwórnie płytowe.

Od początku staraliśmy się, aby to nie było ex-Sunrise. W Polsce oczywiście znamy wielu ludzi, których poznaliśmy przez granie w tamtym zespole i kolejnych, i te przyjaźnie kontynuować będziemy bezapelacyjnie do samego końca (mojego lub jej). Wiem, co w trawie piszczy, wiem o czym wierzby szumią, więc wsparcie kumpli było do początku – Łukasz Nowak zrobił pierwszy gig, wręcz zmuszając nas, żeby się ten zespół uformował na dobre i np. miał nazwę, Kajto jeszcze przed tym gigiem zaproponował wydanie kasety, Czaja nagrywał, Kotek nam narysował okładkę do demo, Borsuk był w chórkach, Pacior nas woził, Michał zrobił wywiad do zine’a itd. Ogólnie wszyscy ziomowie od początku full support. Z tymi typami była łączność, więc wiadomo, że nie byliśmy nigdy sami. Fajnie jest robić coś, co Cię jara, ale jak dostajesz wsparcie, to jest to – dostajesz skrzydeł. Przez czas istnienia ITG, poznaliśmy też bardzo dużo nowych, najczęściej młodszych dzieciaków, obczailiśmy nowe zespoły, z którymi graliśmy gigi. Na koncerty poza Polską zapraszali nas ludzie, którym nazwa Sunrise chyba nic nie mówi, więc raczej nie musimy się podpierać przeszłością.

Ciągle masz zajawkę na ten hardcore’owy klimat? Wyjazdy, granie za zwroty, dzieciaki śpiewające Twoje teksty? Jak to wygląda? Czy może jest to po prostu odskocznia od rzeczywistości?

Iron To Gold, Ćwiara i jego van

Iron To Gold, Ćwiara i jego van

Nie wyobrażam sobie, żebym był w hardcore’ze z innego powodu niż zajawka. Hardcore był dla mnie odskocznią od szarej rzeczywistości tak ze 20 – 15 lat temu. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym nie miał wtedy tego wszystkiego. To było moje paliwo, żeby przetrwać w codziennym gównie. Teraz robię wszystko, co mogę, aby moja codzienna rzeczywistość była jak najmniej szara i szczerze mówiąc, to nie potrzebuję żadnej odskoczni. Hardcore jest mi potrzebny jako jeszcze jedna, zajebista rzecz, coś co dodatkowo napędza, coś czym mogę się ciągle bawić. Ostatnio wyskoczyliśmy na jeden gig do Szwecji, gdzie było tak fajnie, że gadaliśmy o tym z typami z zespołu przez tydzień. Mega dobry vibe, dużo fajnych ludzi, fajne rozmowy, dużo fajnych zespołów. Znaleźliśmy za rogiem spoko falafel i Wilku zrobił nam tam fotę do epy. Wszystko się zgadzało. Parę tygodni później zagraliśmy dwa koncerty, przy okazji wydania nowej ep-ki, które zrobili Nowak w Kolbie i Maras RTL w Warszawie. Wszystko ogarnięte perfekcyjnie organizacyjnie, masa znajomych, crème de la crème PLHC, gites zespoły, nowe zine’y, dobre jedzenie. Ja to cały czas doceniam, jak scena hardcore jest wyjątkowa, jak inna od wszystkiego i jak dobre rzeczy można na niej robić. Lubię iść na dobry gig, na który ktoś ma fajny pomysł, od zestawu zespołów po plakat. Lubię odsłuchać nowe dobre demo i być świadkiem chaosu pod sceną. Lubię jak coś głupiego powiedzianego pomiędzy kawałkami przez kogoś z publiki staje się klasyką. Wprost mówię, tu jest tak i tak i nie chcę nic udawać. Interesuje w sumie mnie ta cała rap gra i kto tu kogo sunie, to tu u mnie nie zagadka.

Lata, lecą nieubłaganie, czy myślisz, że nadejdzie taki czas, że będziesz chciał jak Batman przejść na emeryturę i zostawić pisanie tekstów/robienie muzy innym?

ITG działa tak, że może się skończyć w każdej chwili. Zazwyczaj jest tak, że wydajemy coś, gramy gigi i nie mamy planów na kolejne miesiące. Chłopie, ja nawet nie jestem muzykiem, żeby to zostawiać. Batimanem też nie jestem. Lubię pisać teksty, lubię to potem nagrać do muzy, którą się jaram i wyskoczyć na gig. Akurat zespół działa w takich odstępach czasu, że pojawiają się nowe pomysły i ochota. Jest świeżo. Najważniejsze jednak – to jak wygląda hardcore jest kreowane przez jego najmłodsze pokolenie, tylko wtedy to jest ciągłe żywe, najbardziej osadzone w swojej epoce. Cieszę się, że mam z tym wszystkim kontakt dzięki istnieniu tego zespołu.

Od wielu, wielu lat jesteś vegan/Straight Edge, zapewne nie każdy z czytelników będzie wiedział o co chodzi? Mógłbyś wyjaśnić, co to dla Ciebie oznacza w tych czasach?

Tyle samo, co w tamtych – nie używam alkoholu i innych narkotyków, nie jaram szlugów. Żeby tym zaszpanować, na gigach maluję sobie X’y na dłoniach i bardzo to lubię. To, co jem na co dzień, oparte jest całkowicie o rośliny – zdrowiej, smaczniej i bez sponsorowania rzeźników i im podobnych typów, których obecność w 2013 r. jest co najmniej nieporozumieniem.

aby moja codzienna rzeczywistość była jak najmniej szara

aby moja codzienna rzeczywistość była jak najmniej szara

Pamiętam jak większość dzieciaków mocno zwracała uwagę na przekaz na koncertach, na dodatek Ty byłeś jakby mentorem polskiej sceny. Jak to widzisz z perspektywy czasu? Jak myślisz, czy teraz każdy ma to zwyczajnie gdzieś, treść poszła w las i chodzi wyłącznie o odbiór muzyki?

Myślę, że teraz dzieciaki tak samo zwracają uwagę na przekaz na koncertach. Nie oczekują, że ktoś zacytuje im list do Koryntian, albo swój szalony polityczny manifest. Na większości gigów, na których jestem, większość wokalistów mówi, co im leży. I widzę, że publika nie ma tego w dupie. Dla mnie nawet może ktoś mówić średnio składnie – tym nawet jaram się często najbardziej, nawet gdy nie do końca się zgadzam – zajebiste jest być świadkiem tego momentu, gdy ktoś pod presją publiczności próbuje wyrzucić to, co ma w bani. Nie lubię typowych gadek, które wypada, aby się pojawiły na danym gigu, które zapewnią kurtuazyjne oklaski. Wolę, gdy Ćwiara (Reality Check) dissuje swój własny kawałek.

Jak widzisz nasze hardcore’owe podwórko obecnie? W/g mnie idea zeszła trochę na plan dalszy, jest wszędobylska moda na bycie hardcore, ekipy, tatuaże, firmy odzieżowe, można nawet na tym zarobić. Uważasz, że dużo się zmieniło? Na lepsze? Na gorsze?

Obserwację mam taką, że 2-3 ostatnie lata poznałem mnóstwo nowych ludzi, którzy mają zespoły, robią gigi, jeżdżą pół Polski, żeby oszaleć przez 15 minut, gdy grają ich ziomowie. Myślę, że to zaangażowanie na maxa. Zaproszenie zespołu z Ukrainy na trzy gigi i jeżdżenie za nimi po Polsce, przyprowadzenie do chaty 15 typa, mimo, że mama dostała info, że będzie spało tylko 6, organizowanie gigu dla 15 czy 200 osób, z taką samą zajawką i tak samo gołym cycem. Przeczytałem przez te parę lat kilkanaście zine’ów, takich czasem kilkustronicowych, gdzie od chuja błędów. Z tych zine’ów uderza mnie jedno – totalna niepewność, co będzie jutro i zajebista więź z całą hordą underdogów, docenianie tego, co się ma i jaranie się tym, w czym się uczestniczy i zero mazgajenia się. Jest dużo naprawdę dobrych pomysłów, duży poziom ogarnięcia i najczęściej dość zabawnie. Wszystko wydaje się być bardziej przy ziemi, co mi odpowiada o wiele bardziej niż nastolatki poobrażane na siebie o sprawy, o które się nawet nie otarły (dosłownie). Hardcore jest hardcore’em, życie jest życiem. Kiedyś trochę dużo osób szukało tutaj miejsca na to, aby być kontrowersyjnym albo odbić sobie niepowodzenia w budzie i pracy. Teraz o wiele łatwiej wszystko zorganizować. Komunikacja jest łatwa, Pacior i Ćwiara mają vany, są tanie linie lotnicze, merch robi Karol, Czaja dorobił się właśnie studia, okładki rysują typowie, którzy mają światowe skille. To jest coś, co odróżnia hardcore od całej reszty muzycznych nisz, scen, czy jak to tam nazwiesz – ludzie potrafią działać z takim zaangażowaniem, jakby mieli dostać za to million dolarów, a często dostają co najwyżej sms’a o blokadzie telefonu, spowodowanej nieuregulowanymi należnościami. Poza tym wszyscy teraz robią lepsze żarcie niż kiedyś, co jest chyba najważniejszym wskaźnikiem, że jest lepiej.

Czego w ogóle słuchasz na co dzień? Nie sądzę żeby był to wyłącznie szwedzki old school death metal. Co aktualnie znajduje się w Twoim przenośnym odtwarzaczu?

Właściwie to szwedzkiego old school death metalu nie słuchałem od lat. Nie licząc Entombed, który odpaliłem na fb, gdy Pacior wrzucił ostatnio jakiś kawałek z “Morning Star” – dalej to rządzi, ale raczej nie mam ochoty na taki stuff. Słucham znacznie mniej muzyki niż kiedyś, ale ciągle jest to często hardcore, który mi towarzyszy od lat – ciągle gdy usłyszę “Values Here”, “In Defense of Reality”, “Godhead”, “Better Way”, “Eyes of Tomorrow”, “Silent Tears”, “Windows”, “Disengage”, “Hold Your Ground”, “Look back and laugh”, “Hate Mantra”, “Where it went”, “Soulcraft”, “By A Thread” i im podobne przeboje, to mnie może ponieść. Ostatnio (non-hardcore) słucham: The Roots, Elliphant, Vinnie Paz, ProEra, Fashawn, Numb, DGE, Diamond Youth, Basement. Paradoksalnie, gdy słucham Immortal Technique, dead prez, Nasa/Marley’a, Mos Def’a itd., to aż mnie nosi, żeby coś nagrać nowego z ITG.

Core nigdy się nie kończy. Core wstępuje do nieba.

Core nigdy się nie kończy. Core wstępuje do nieba.

Co zatem z hc? Wychodzi teraz tego tyle, że niekiedy ciężko jest się w tym wszystkim połapać. Masz coś godnego polecenia?

Bywają okresy, że podoba mi się bardzo mało nowego hardcore’a. Ogólnie wszystko jest na wysokim poziomie, ale często wpada jednym uchem, a drugim wylatuje, albo zlewa mi się w jeden nudny riff w średnim tempie. Przez ostatnie miesiące akurat trochę fajnych rzeczy usłyszałem. Polecam nowe nagrania: Desperate Times, Death Threat, Guidance, World Collapse, Down and Outs. Down To Nothing jest ok. Old Yorke. Vigilante. Lubię ostatnią epę Gov Flu. Gdy pojawił się Sai Nam, to bardzo się zajarałem, ale z całej ich długiej płyty wyszłaby raczej zajebista ep-ka. Zwróćcie uwagę na fiński zespół Bolt, który istnieje całkiem długo, ale dowiedziałem się o jego istnieniu miesiąc temu – dobre, tłuste beat’y, ciężki hardcore zagrany bardzo lekko. Z tego samego kraju daje też radę Foreseen, pierwszorzędny thrash metal/crossover.

Biorąc po uwagę, że jest to wywiad dla serwisu niekoniecznie hardcore’owego, co chciałbyś dodać na koniec? Jakaś złota myśl?

Core nigdy się nie kończy. Core wstępuje do nieba.

Rozmawiał Sam Tromsa

Zdjęcia: archiwum zespołu / foty koncertowe: Janek Fronczak (JB-Foto)