INTER ARMA – Musisz ewoluować…

Do tej pory Inter Arma ciężko było zaliczyć do pierwszej ligi post-metalu czy sludge metalu. Za sprawą „Paradise Gallows” pochodzący z Richmond w stanie Virgina zespół udanie przeskoczył do wyższej klasy rozrywkowej. Tegoroczny album amerykańskiej grupy zbudowany jest z podobnych elementów co poprzedni Sky Burial, jednak tym razem muzykom udało się podkreślić to, w czym są najlepsi – czyli przede wszystkim w kreowaniu unikalnej, bardzo gęstej atmosfery – oraz zatuszować większość mankamentów. Z tej okazji postanowiłem zadać chłopakom parę pytań na temat ich najnowszego dokonania. Co prawda panowie są niewiele bardziej wygadani od Ireneusza Krosnego, ale ich zdawkowe odpowiedzi rzuciły jednak nieco inne światło na moje postrzeganie „Paradise Gallows”, a także na samych twórców. Co jak co, ale Inter Arma to doprawdy zgraja gości, którzy kompletnie nie przejmują się zdaniem innych.

Trzecia płyta w karierze Inter Arma to nie jest raczej wydawnictwo dla każdego. „Paradise Gallows” to album bardzo mroczny i ciężki, o atmosferze tak gęstej i dusznej, że można by ją kroić piłą łańcuchową. Utwory takie jak „An Archer In Emptiness” czy „Primordial Wound” ociekają wręcz skrajnie mroczną aurą. Jak powszechnie wiadomo, prawdziwa sztuka rodzi się w cierpieniu. Słuchając najnowszego dokonania Inter Arma, strach pomyśleć, co mogło się wydarzyć w życiu muzyków… Okazuje się jednak, że prawda wygląda zupełnie inaczej, a przyczyny grania takiej, a nie innej muzyki są bardziej przyziemne: Cóż, nie sądzę, by ktokolwiek z nas przechodził w ostatnim czasie przez jakieś życiowe zmiany czy ciężkie doświadczenia, które mogłyby być przyczyną pisania takiej właśnie muzyki. Wszyscy dorastaliśmy w stosunkowo ustronnych miejscach, otoczeni przez dosyć zacofaną społeczność. Jestem pewien, że to doprowadziło w nas do narastania pewnej frustracji i gniewu. Poza tym, wszyscy jesteśmy miłośnikami ciężkiej muzyki, a ta z reguły jest przecież bardzo mroczna. Muszę przyznać, że spodziewałem się raczej opowieści o walce z uzależnieniem, zdradach żony lub chociaż o śmierci złotej rybki. Rzeczywistość okazuje się jednak często dużo bardziej płytka.

Oprócz utworów o zdecydowanie jednoznacznym, mrocznym charakterze, „Paradise Gallows” oferuje także kompozycje, które cechuje większa ilość przestrzeni i mniej czerni, a czasem – jak w przypadku „Where The Earth Meets The Sky” – obdarzone niemalże balladowym charakterem. Zapytani o rolę lżejszych utworów na płycie, muzycy Inter Arma odpowiadają krótko: Nie każdy utwór musi od razu nosić miano “najcięższego utworu na świecie”. Bardzo szybko zrobiłoby się to strasznie nudne. Te delikatniejsze, cichsze fragmenty nie służą tylko przełamaniu monotonii, ale mają także za zadanie kontrastować z głośnymi, ciężkimi partiami. I choć tego typu rozwiązania Amerykanie zastosowali już na wydanej trzy lata temu płycie „Sky Burial”, na tegorocznym albumie obecność tego rodzaju kompozycji ma jakby więcej sensu i jest bardziej naturalna. Wszystko to sprawia, że twórczość Inter Arma nabiera nieco progresywnego charakteru, staje się mniej surowa i nieokrzesana – To wyraz naturalnego progresu. Z każdym kolejnym wydawnictwem staramy się coraz bardziej rozwijać. Musisz ewoluować – w innym wypadku będziesz w kółko nagrywać identyczne płyty.

Musisz ewoluować...

Musisz ewoluować…

„Paradise Gallows” nie byłaby tak dobrą płytą, gdyby nie fantastyczne brzmienie, idealnie podkreślające niewesoły przecież charakter muzyki Inter Arma. Sound jest mglisty, ciężki, a każdy dźwięk ciągnie się niczym rozgrzana smoła. Amerykanie pod tym względem nie eksperymentowali i postawili na sprawdzonych ludzi: Płytę po raz kolejny nagrywaliśmy z zaufanym Mikey’em Allredem, który wykorzystuje mnóstwo old schoolowych technik nagrywania. Lubimy, gdy muzyka brzmi bardzo naturalnie, ale wykorzystaliśmy także sporo niecodziennego dla nas instrumentarium, jak gitara lap steel, theremin, kontrabas czy harmonijka ustna.

Bohaterowie niniejszego tekstu za nic mają sobie ból głowy, z którym muszą zmagać się wszyscy recenzenci chcący jasno zakwalifikować Inter Arma do jednej kategorii. Muzycy sprawnie łączą w swojej twórczości elementy black metalu, sludge’u i post-metalu w proporcjach bardzo elastycznych i rzadko spotykanych. Traktować to można właściwie tylko jako zaletę, co – poprzez swoje luźne podejście – zdają się potwierdzać sami zainteresowani: To nic dla nas nie znaczy. Gramy to, co chcemy, a jeśli ludzie mają problem, żeby nas zakwalifikować, jest to tylko ich problem. Gatunkowy puryzm oznacza muzyczną śmierć – rozwijaj się lub umieraj. To naturalne. Czy ta gatunkowa hybryda wynika z wielu źródeł inspiracji, czy też może jest po prostu najlepszym odzwierciedleniem emocji twórców? Muzycy Inter Arma odpowiadają: Wszystko naraz. Słuchamy wielu bardzo różnych gatunków muzycznych i z pewnością jest to słyszalne w tym, co sami tworzymy. Dodatkowo, aktualna sytuacja polityczna i wszystko, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, również ma odzwierciedlenie w naszej twórczości, zwłaszcza w niektórych tekstach.dsc_4190

Bardzo sugestywny klimat „Paradise Gallows” może na różnych ludzi oddziaływać na wiele sposobów. W swojej recenzji tegorocznego wydawnictwa Inter Arma pisałem: jeśli z jakichś powodów się nienawidzicie, słuchanie najnowszego dokonania Inter Arma będzie wyjątkowo intensywnym doznaniem. Jak się jednak okazuje, wywołanie aż tak skrajnych emocji wcale nie było celem Amerykanów: Możemy czuć złość, wywołaną wszystkim tym, co aktualnie dzieje się na świecie, ale z pewnością nie chcemy, by ktokolwiek się nienawidził. Mamy raczej nadzieję, że nasza muzyka może dać komuś poczucie wolności lub być dla kogoś źródłem życiowej inspiracji, natomiast na pewno nie chcemy pogłębiać u nikogo nienawiści do samego siebie. Cóż, sądzę, że chłopaki wzięli sobie moje słowa chyba zbyt dosłownie…

Na końcu zapytałem, jak zespołowi układa się współpraca z Relapse Records. Słynąca z otwartego i niezwykle eklektycznego katalogu wytwórnia wydaje się labelem wprost stworzonym dla Inter Arma. Panowie wypowiedzieli się jednak o swoim wydawcy w iście telegraficznym skrócie: Relapse to świetna wytwórnia. Są dla nas olbrzymim wsparciem, a oprócz tego to po prostu świetni goście. Hm… Właściwie nic, czego nie wiedzieliśmy lub nie moglibyśmy się domyślić, ale może po prostu chłopaki nie mają w zwyczaju nikomu specjalnie włazić w tyłek?

W każdym razie, jeśli jeszcze nie mieliście okazji słuchać „Paradise Gallows”, czym prędzej nadróbcie braki. O ile członkowie zespołu sami w sobie nie należą do szczególnie otwartych, to grana przez nich muzyka przemawia za nich bardzo głośno i bardzo ciężko, nie wspominając już o tym, jak fantastycznie paskudnie przemawia do wyobraźni.

Michał Fryga

Zdjęcia: archiwum zespołu