INTER ARMA – koty na piersi i zwykłe piosenki

Inter Arma to kolejny zespół, który w katalogu Relapse mieści się niemal idealnie. Dlaczego? Może dlatego, że nie można do końca określić, jaką gra muzykę? Bo mamy tu do czynienia z ponadgatunkowym namieszaniem, gdzie pierwszoplanową rolę odgrywa monumentalny klimat, choć można się doszukać wpływów zarówno Neurosis jak i SWANS. Nie powiem, że Inter Arma w tym kontekście jest w 100% oryginalny, potrafi jednak przykuć uwagę, prowadząc muzykę niczym długą, ciekawą gawędę, ma sporo do powiedzenia i potrafi to oddać dźwiękami. Może nie jest to najbardziej optymistyczny album, jaki pojawił się w tym roku, jednak nie samą radością człowiek żyje. W tajniki historii o nazwie „Sky Burial” wprowadzi nas gitarzysta Trey Dalton.

 

Zawsze interesuje mnie geneza nazw zespołów – co powodowało ludźmi, że decydują się na taki czy inny szyld. Jak było w waszym przypadku?

To cytat z Cycerona. „Inter arma silent leges”. To znaczy „wśród szczęku oręża milczą prawa”. W sumie to nie wiem, dlaczego wybraliśmy taką nazwę. Nie było mnie w zespole, kiedy zapadała ta decyzja, wiem, że nie chodziło o jakiś konkretny przekaz, raczej o brzmienie tych słów. Ale myślę, że nieźle do nas pasuje…

No to przejdźmy do historii zespołu – jak to w przypadku Inter Arma wyglądało?

Zespól został założony przez pałkera TJ oraz wokalistę Mike’a i gitarzystę Stevena, potem dołączyłem ja i basista Joe. Początkowo nie chodziło o nic wielkiego, po prostu chcieliśmy razem grac. Nie było żadnych gigantycznych planów, założeń czy celów. Uważam zresztą, że takie „planowanie” to pierwszy krok do tego, żeby zespół szybko się rozpadł a to dlatego, że raczejInter Arma Logo rzadko takie założenia się sprawdzają a życie boleśnie je weryfikuje. Lepiej nic nie planować. W naszym przypadku reszta to ćwiczenie, szlifowanie formy i kształtowanie się stylu. Klasyka, nic wielkiego. W sumie proste historie są najlepsze…

Zastanawiam się, czy muzycy, którzy sami w pewnym sensie tworzą historię sceny słuchają nadal swoich idoli z młodości. Czy sięgniecie po instrumenty zmienia stosunek do płyt, które kiedyś as kręciły?

Hmmm… to w sumie ciekawe pytanie… I tak i nie. Ja na przykład kiedyś, jako małolat wpadłem po uszy w dźwięki Morbid Angel, to było już całkiem dawno temu. Dzisiaj jednak nadal uważam, że „Covenant” to najlepsze, death metalowe dzieło wszechczasów. Tak samo bardzo lubiłem Radiohead, Foo Fighters i Panterę, kiedy byłem młodszy i dzisiaj z przyjemnością słucham tych nagrań. Może nie jest to już ta fascynacja, nieczęsto do nich wracam, ale nie straciły nic ze swojego uroku. Pierwsze płyty tych kapel były niesamowite, może poza Panterą (śmiech). A jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to na przykład dzisiaj nie podobają mi się płyty Dream Theater, dla mnie straciły swój urok. Czy jako muzyk mam inne postrzeganie dźwięków? Może coś w tym jest, wydaje mi się jednak, że nadal potrafimy zachwycić się nowymi, ciekawymi zespołami, nieszablonowymi dźwiękami, których wokół jest pełno. Może nie ma w tym już takiej dziewiczej radości z odkrywania nowego świata, jednak to akurat nie dziwi.

Zespoły pokroju Inter Arma stąpają cienką ścieżką między klimatem a techniką. W zasadzie nie zawsze wiadomo, czy bardziej zależy Wam na technicznym aspekcie, czy stworzeniu specyficznego klimatu?

Nie tworzymy muzyki po to, by się popisać. Być może są pewne rejony ekstremalnej sztuki, gdzie umiejętności są na eksponowanym stanowisku. Np. sama nazwa „techniczny death” o czymś świadczy…  Czasami jednak faktycznie są zespoły, które niepotrzebnie się popisują. Najlepsza muzyka powstaje jednak wtedy, kiedy technika pełni służebną rolę w procesie wydobywania dźwięków na światło dzienne. Ważny jest dobry pomysł. Czasami taki pomysł, nawet źle zagrany może zdziałać więcej niż perfekcyjne wykonanie skomplikowanych aranżacji. Chyba nie odkryję niczego nowego, jeśli stwierdzę, że napisanie dobrej piosenki jest trudniejsze… no tak, sumie to przecież my mamy długie kompozycje, które raczej do radia się nie nadają. Ale na pewno można powiedzieć, że liczy się klimat samej kompozycji.

Inter Arma

Inter Arma

Na „Sky Buriaal” można zauważyć wpływy wielu muzycznych stylistyk, co od razu nasuwa pytanie – ile jest w tym umiłowania do popieprzonego eklektyzmu a ile skończonej formuły. Napisałem w recenzji, że wasz multi – styl jest w pewnym sensie symptomatyczny dla Relapse…

Mój punkt widzenia jest taki – jest wiele zespołów, które tworzą np. tylko doom albo sludge czy black metal, post metal i psychodelic rock. Dlaczego nie połączyć tych wszystkich składników? Nie interesuje nas granie muzyki jednowymiarowej, którą można przypisać do jednej szufladki. Jeśli jeden z nas pisze ciężki, metalowy riff a drugi melodyjny i przestrzenny, dlaczego nie mielibyśmy skorzystać z obu? Tylko dlatego, że należy przestrzegać czystości gatunkowej? Nas to nie interesuje, bo dzisiaj to właśnie na poziomie międzygatunkowym powstaje coś nowego.

Ale takie międzygatunkowe grzebanie prowokuje zupełnie inny sposób komponowania muzyki, bo przecież o wiele łatwiej grzebać w jednej stylistyce i na takim poziomie kształtować kompozycję.

Być może jest tak dlatego, że muzyka, jaka znalazła się na „Sky Burial” powstawała na przestrzeni kilku lat, dlatego jest zróżnicowana, bo gdyby tworzyć ją tu i teraz, np. w ciągu dwóch miesięcy, byłaby bardziej spójna. Z drugiej strony to rozciągniecie w czasie spowodowało, że wiele rzeczy ukształtowało się właśnie tak a nie inaczej. Chodziło o pewien katalizator a nie skupianie się na jednym pomyśle. Nagraliśmy demo z częścią tego materiału tak, by nasz inżynier dźwięku mógł oswoić się z muzyką i wybrać najlepszy sposób jej nagrania. To było bardzo ważne, bo zważywszy na rzeczy, które nas inspirowały, ciężko było ubrać je wszystkie w jednolitą szatę, bez utraty owego eklektyzmu. Myślę, że czas był w tym przypadku naszym sprzymierzeńcem. Jak widzisz, wpływ na płytę miało wiele czynników, ale w naszym przypadku to chyba oczywiste.

Skoro przy nagraniach jesteśmy, warto podkreślić fajny, naturalny dźwięk – jako, że technika ciągle idzie do przodu, zdradź, czy jest to efekt zabaw nowoczesnymi zabawkami, czy raczej jesteście kolejnym zespołem, który korzystał ze starych, archaicznych urządzeń w studiu?

Inter LiveNagrywaliśmy równolegle dźwięk w formacie cyfrowym, nowocześnie, jak to ująłeś, i na analogową taśmę. Dzięki temu zachowaliśmy ciepły, naturalny, „taśmowy” dźwięk, mając też nieograniczone możliwości edycji cyfrowej. Dużo czasu poświęciliśmy na dobre zagospodarowanie przestrzeni do nagrań, odpowiedniego ustawienia mikrofonów. To miało znaczenie szczególnie w brzmieniu bębnów, które miały być tłuste i bardzo potężne. Myślę, że prawie się udało. Pamiętam, że by osiągnąć odpowiednią przestrzeń, odsuwaliśmy mikrofony, niektóre były umieszczone w odległości nawet 30 stóp od zestawu perkusyjnego. Takie zabawy są zdecydowanie bardziej owocne, niż kręcenie gałkami i edytowanie za pomocą programów komputerowych. Myślę, że udało nam się zachować równowagę, choć mamy też sporo przemyśleń odnośnie następnej sesji nagraniowej. Co do samych nagrań „Sky Burial”, nie był to szczególnie trudny czas. Momentami było wyczerpanie, ale to chyba norma. Studio w Nashville było jakieś 12 godzin drogi od miejsca, w którym mieszkamy. Siedzieliśmy tam dwa tygodnie, 10 do 12 godzin pracy dziennie, nagrywania, ustawiania, kombinowania. Nagrywaliśmy w domowym studiu Mikey’a Allreda, praktycznie spędzaliśmy cały czas razem. Zaprzyjaźniliśmy się z jego dwoma kotami, do tego stopnia, że zdarzało się mi budzić w nocy z dwoma zwierzakami śpiącymi na mojej piersi. To było fajne. Mniej fajne było to, że koty, jako zwierzaki lubiące ciepło i urządzenia elektroniczne, miały zwyczaj ładować się np. na magnetofony dokładnie wtedy, kiedy chcieliśmy nagrywać. A my z szacunku nie mogliśmy ich tak po prostu zrzucić.

Napisałem w recenzji, że płyta jest zapisem czegoś w rodzaju walki ciszy z hałasem. Myślisz, że udało się dzięki takiemu balansowaniu odkryć istotę tego, czym jest Inter Arma?

Uważamy, że dynamika jest bardzo istotnym elementem muzyki, który decyduje o jej charakterze. Można oczywiście napierać cały czas na full, ludzie lubią takie masakrujące, energetyczne jazdy, jeśli jednak wpuścimy do nich trochę powietrza, pobawimy się dynamiką, okaże się, że słuchacz dostaje w tamach tego samego czasu dużo więcej ciekawych dźwięków, które stają się muzyką wielorazowego użytku i to jest dla mnie najważniejsze. Choć na pewno trzeba się więcej nagimnastykować, żeby osiągnąć taki a nie inny efekt.

Inter Arma w żywiole

Inter Arma w żywiole

Takim utworem, który prezentuje chyba wszystkie oblicza Inter Arma jest dwuczęściowy „The Long Road Home” – czy można uznać ten kawałek za szczególnie istotny dla waszego zespołu?

TJ stworzył tę zagrywkę wiele lat temu. W sumie to próbował chyba napisać coś w stylu hendrixowskiego „Little Wing”. Na szczęście, nie brzmi to podobnie, ale i tak jest bardzo fajne. Mogę się z Tobą zgodzić, że jest ten numer czymś w rodzaju kamienia milowego dla Inter Arma. Była to pierwsza kompozycja, jaką stworzyliśmy, kiedy już dołączyłem do zespołu. Można powiedzieć, że termin „jam” w swojej tradycyjnej formie dobrze opisuje to co dzieje się w tym utworze, cieszę się też, że udało się podzielić go na dwie części, bo wydzielenie tego instrumentalnego intra nadaje kompozycji dodatkowego, niemal monumentalnego charakteru. Nie jest to na pewno zwykła piosenka.

Myślisz, że Inter Arma, nawet z nowym kontraktem, nadal może uważać się za zespół niezależny? Co dla Ciebie oznacza ten termin?

Trudno powiedzieć… Może trochę tak a może nie… Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli uważasz, że każdy zespół, który podpisuje kontrakt z dużą wytwórnią traci status niezależności, w myśl takiej teorii nie jesteśmy takim zespołem. Choć na pewno się nie sprzedaliśmy. Jeśli jednak uznać, że niezależność oznacza, że zespół nadal dobrze bawi się na trasach, lubi nagrywać i robi to co chce, może jednak jesteśmy niezależni. Duża wytwórnia jaką jest niewątpliwie Relapse zapewnia nam maksimum swobody i nie ma opcji jakiegokolwiekIA ingerowania w naszą wizję artystyczną.

Jak wygląda strona tekstowa albumu – Czy to jakiś koncept, czy nie przykładacie do tego szczególnej wagi?

Chyba nie powołujesz się na nasze teksty, zresztą, ja też nie mogę się wypowiadać za Mike’a. Postaram się jednak coś powiedzieć – wiele z tych liryków dotyczy przezwyciężania strachu przed śmiercią. Jest tu kilka różnych elementów, mizantropia, odrzucanie tradycji. Są też konkretne pomysły, np. „Destroyer” dotyczy wewnętrznej walki, jaką toczył ze sobą Robert Oppenheimer podczas konstruowania bomby atomowej. 

Zastanawiam się, czy ktoś taki jak Ty, jest kolekcjonerem płyt, czyli czegoś, co dzisiaj z różnych powodów jest uznawane za anachronizm.

Cóż, czasy się zmieniają. Ja akurat nie nazwałbym siebie kolekcjonerem a raczej maniakiem muzyki, choć moje fascynacje są bardzo od siebie odległe. Może to Cię zaskoczy, ale lubię Kate Bush i Petera Gabriela. Nie mam jakichś specjalnych, wybranych rzeczy, których jestem fanem. Po prostu jeśli coś mi się spodoba, wtedy tego słucham. Teraz np. cały czas słucham takich wykonawców jak Frank Ocean i Kendrick Lamar.

Dzięki za wywiad – ostatnie słowo pozostawiam Tobie…

Również dziękuję za zainteresowanie naszym zespołem, teraz chcemy jak najszybciej znaleźć się w trasie i mamy w planach Europę, dlatego zobaczycie nas szybciej niż myślicie. 

Rozmawiał Arek Lerch