INEVITABLE END – d – beat zamiast blastów…

Inevitable End to brzydkie kaczątko metalu. Z zespołu grającego dość wtórny, powiedzmy, deathcore przemienił się w potwora, wgniatającego w ziemię nowymi, zasyfionymi hymnami. „The Oculus” to jedna z najfajniejszych płyt, jakie świat zobaczył w tym roku. Jeśli lubicie death metal ale także brudnego crust punka, jeśli nie gardzicie eksperymentem a wasze uszy jeszcze znoszą dystorcyjny hałas, „The Oculus” spełni oczekiwania. Szwedzka załoga zamieniła metal na szkaradnego punka, blasty na d – beat i stworzyła kawał niekiepskiej muzyki, która może z powodzeniem stanąć obok „III” nieodżałowanego Cursed. Inevitable End świata nie zbawi, ale solidnie wstrząśnie jego małą częścią. Tą mniej głuchą… Przed Wami gitarzysta tej zacnej formacji  – Marcus Bertilsson…

Nie uważacie, że bardzo szybko udało wam się wyskoczyć na najwyższy poziom – dobry kontrakt, nowa, znakomita płyta, sporo koncertów?

Kiedy nagraliśmy pierwszą płytę, mieliśmy zamiar wydać ją sami. Nie liczyliśmy na wytwórnie, chcieliśmy mieć płytę i zacząć koncertowanie. To było dla nas duże doświadczenie. Dobrze, że zanim sami zabraliśmy się za wydawanie płyty, rozesłaliśmy materiał do kilku wytwórni. I właśnie Relapse zareagowali najszybciej. Nie spodziewaliśmy się, że ze strony takiej wytwórni padnie propozycja… To było prawie nierealne. To było dzień po Bożym Narodzeniu 2007 roku. Cholernie dobry, świąteczny prezent…

Kto jest kim w zespole – krótkie przedstawienie na potrzeby naszych czytelników…

Ja nazywam się Marcus Bertilsson, gram na gitarze i czasami robię dodatkowe wokale. Andreas Gerden to wokalista i czasami perkusista, Johan Wold Ylenstrand to basista operujący przy okazji potwornym growlem, no i pozostał jeszcze Joakim Malmborg, bębniarz. Joakim to jedyny oryginalny muzyk Inevitable End, tyle, że na początku grał na gitarze…

Jak zaczęła się Wasza przygoda z muzyką? Co było tym znaczącym impulsem, co wpłynęło na wasz muzyczny punkt widzenia?

Byłem szóstym z siedmiorga rodzeństwa w mojej rodzinie. Cała rodzina była  zaangażowana w różne, muzyczne przedsięwzięcia na przestrzeni kilku generacji. Może nawet przez setkę lat? Kiedy byłem mały, moi starsi bracia mocno zaangażowali się w scenę metalową. Coś w stylu Van Halen i tym podobne rzeczy. Tak więc miałem okazję liznąć bardzo różnej muzyki.. Moja pierwsza, prawdziwa miłość to lata 1998 – 99 i zespół Death. Gdzieś w 2002 roku odkryłem hardcore i całkowicie odleciałem na punkcie tej sceny, jej solidarności i niesamowitej energii. Inna sprawa, że w tym czasie słuchałem też całkiem sporo rzeczy z lat 70 – tych, np. Zappy, odkryłem też klasykę – Strawińskiego, Dvoraka i Bartoka… Także ze sceny jazzowej porwało mnie kilku wykonawców, np. Miles Davis czy Charlie Parker. A ciekawostką jest, że kiedy dołączyłem do Inevitable End w 2006 roku, ponownie nawróciłem się na death metal (śmiech…).

Czuliście jakąś presję podczas prac nad waszą drugą płytą “The Oculus”?

Dzisiaj mogę powiedzieć, że “The Oculus” wyszedł nam zdecydowanie bardziej naturalnie, także pod względem pracy nad tym materiałem. Wszystko przebiegało sprawnie i bez stresu. Zaczęliśmy pisać ten materiał gdzieś w listopadzie 2009 roku. Ja mieszkałem wtedy w innym mieście, więc spotykaliśmy się raz w miesiącu na jamy aż do czasu, kiedy wróciłem do Goteborga w lipcu 2010 roku. Wtedy też zrobiliśmy przez miesiąc ponad połowę płyty. Oczywiście, zawsze jest pewien rodzaj presji. Chcesz przecież zrobić jak najlepszy materiał. Chcesz się rozwijać.  Mieliśmy w głowach to brzmienie, chcieliśmy zrobić chaotyczną, prawdziwą muzykę, pełną energii z surową, punkową postawą i myślę, że to właśnie udało się nam zrealizować.

Właśnie – jestem bardzo zaskoczony tym materiałem to moim zdaniem jeden z lepszych tegorocznych ciężkich albumów – czy to jest koniec waszej ewolucji, udało się znaleźć równowagę między hałasem i brudnym  dźwiękiem?

Dzięki, stary! Zawsze miło usłyszeć jak ludzie z zewnątrz doceniają naszą muzykę. Nie myślę o tym, że nasza ewolucja już się zakończyła. Myślę, że każdy album, jaki nagramy będzie kolejnym krokiem,  zmianą i rozwojem. Ale oczywiście, jestem przekonany, że nowy album jest na dzień dzisiejszy zdecydowanie prawdziwym obliczem Inevitable End, na pewno bardziej niż nasz debiut. Na tej płycie czuć wolność, wolność w wyrażaniu naszych emocji. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy wrócić do grania klasycznego, technicznego death metalu ale, będąc szczerym, sam jestem ciekawy, co się wydarzy. Może następny album będzie jeszcze bardziej chaotyczny albo pójdziemy prosto w stronę country popu, kto wie…

Jakie są największe różnice między debiutem a “The Oculus” z Twojego punktu widzenia?

Piosenki z “The Severed Inception” są długie, mają wyraźnie zaznaczone refreny, jest sporo blastów.  Z kolei utwory z “The Oculus” są zdecydowanie dziksze i bardziej niebezpieczne. Zastąpiliśmy blastbeats d – beatem (śmiech…). Forma nowych kawałków jest zdecydowanie mało piosenkowa. Poza “Of Sublime Dimensions” nie znajdziesz tu zwrotek, mostków czy refrenów…

No to jak w tych układach możecie krótko zdefiniować swoją muzykę?

Myślę, że to taka mikstura grind core’a, punka, crusta, hardcore’a z różnymi dodatkowymi naleciałościami. Myślę też, że ciągle zachowujemy gdzieś tam w środku taką death metalową wibrację. To miejsce, z którego przyszliśmy i  chcemy, żeby nasi fani o tym pamiętali.

Opowiedz coś o procesie nagrywania płyty. Jak udało Wam się wydobyć tak monstrualne brzmienie? Te dźwięki są bardzo bliskie temu, co słychać na “III” Cursed…

Eksperymentowanie, mój przyjacielu… eksperymentowanie. Gram na ośmiostrunowej gitarze, w której opuszczam strojenie tak, że brzmi jak gitara basowa. Te wszystkie chaotyczne partie, hałasy generowane są przez szereg efektów, których używamy razem  z Johanem. W wielu miejscach na płycie tak zaaranżowaliśmy poszczególne partie, że brzmienia gitary zamieniają się z basowymi, chodzi bardziej o role tych instrumentów. Takim przykładem niech będzie utwór “Memento” – Johan gra melodię na basie podłączonym do efektu wah-wah a ja gram partie basu na gitarze, używając basowych przesterów i… smyczka od skrzypiec. I takie różne dziwactwa pojawiają się na tym materiale…

A co na dzień dzisiejszy Was inspiruje, kto ma największy wpływ na muzykę i wasze działania?

Zapytaj każdego z nas i będziesz miał kilka absolutnie różniących się od siebie odpowiedzi, tak myślę… Mamy otwartych wiele furtek, którymi możemy podążać. Spotykamy się razem na sali prób i zaczynamy grać jakieś bezsensowne rzeczy. Jamujemy i testujemy różne pomysły, dźwięki. Potem każdy pracuje w domu nad tymi pomysłami, dodaje do nich swoje wpływy i własny feeling a potem znowu staramy się to wszystko połączyć w całość. Dla mnie ten proces tworzenia, komponowanie jest najbardziej inspirującym czasem, jaki mogę przeżywać. Tworzenie czegoś nowego, co wcześniej nie istniało. Coś absolutnie własnego…

Skoro jesteście tak blisko sceny punk/hc, wasze teksty muszą także stąd czerpać całkiem sporo. Czy identyfikujecie się z tą sceną pod względem ideologicznym?

Na pewno nie piszemy żadnych bzdur w stylu gore. Poważnie, teksty są dla nas istotną częścią. Ale nie chciałbym też mówić, że teksty z “The Oculus” są mocno związane z ideologią punk/hardcore. To raczej osobiste przemyślenia Andreasa i moje. To są piosenki na temat ucisku i mentalnego niewolnictwa. Piszemy o dysfunkcyjnym społeczeństwie i znienawidzonym przemyśle mięsnym. Ale na płycie znajdziesz także utwory traktujące o doświadczeniach związanych ze śmiercią, bardzo osobistych, o reinkarnacji i religii. To bardzo zróżnicowana płyta. Czy tego chcesz a może nie chcesz, znajdziesz na tej płycie rzeczy, które gdzieś tkwią w twoim wnętrzu. Czerwoną nitkę…

Macie jakieś plany koncertowe na ten rok?

Na tę chwilę nie planujemy tras, za to zagramy różne pojedyncze koncerty. Mamy nadzieję, że uda nam się zorganizować jakieś lepsze trasy niż te, które graliśmy po wydaniu pierwszej płyty, więc jeśli czytają to jakieś agencje koncertowe, to jesteśmy otwarci. No i chętnie przyjechalibyśmy do Polski, bądźcie z nami w kontakcie! Kupcie nasz nowy album i pojawcie się na koncertach!

Czym zajmujecie się poza zespołem – macie rodziny, dzieciaki i stałe zajęcia czy raczej stronicie od takiego drobnomieszczańskiego stylu życia?

A dlaczego mielibyśmy stronić, jesteśmy normalnymi ludźmi. A więc Johan i Andreas są żonaci, oczywiście nie ze sobą (śmiech…), Johan ma już syna, z kolei ja jestem zaręczony. Mamy prace, uczymy się i gramy jeszcze w innych zespołach, więc raczej jesteśmy ciągle zajęci. Ale najważniejsze jest chyba to, że ciągle jesteśmy kreatywni i jeszcze takie życie w ciągłym biegu nam się nie znudziło.

Rozmawiał Arek Lerch

10 płyt wszechczasów by Marcus Bertilsson…

Deep Purple “Machine Head

Frank Zappa  “Hot Rats”

Kent Nagano “The Rite of Spring (Igor Stravinskij)

The Mars Volta “Frances The Mute”

Miles Davis “Bitches Brew”

Entombed “Morning Star”

Silver “World Against World’

Ephel Duath “The Painter’s Palette”

Woven Hand “Mosaic”

Emperor “Anthems to the Welkin at Dusk”