INCARNATED – To co tygrysy lubią najbardziej

Niewiele jest w naszym kraju zespołów, które pamiętałyby czasy tak odległe jak rok 1992. A właśnie wtedy, właściwie to w prehistorii, kształtowały się pierwsze dźwięki i koncepcje Incarnated. Jednocześnie w tamtym czasie powoli gasła już siła pierwszej fali szwedzkiego death metalu, która eksplodowała pod koniec lat 80-tych. Klasyczne bandy w rodzaju Nihilist czy Carnage wywarły na Incarneted wpływ na tyle silny, że dziś, na swojej trzeciej płycie, zespół ten po raz kolejny wraca do korzeni szwedzkiego brzmienia. Try Before Die to bardzo udana próba wskrzeszenia skandynawskiego trupa, dlatego też naciągnąłem Pierścienia na garść zwierzeń w temacie nowej płyty, inspiracji i tego co ostatnio działo się w Incarnated…

Siemasz Pierścień! Incarnated wraca do gry po kilku latach milczenia; wiele osób postawiło już na Was przysłowiowy krzyżyk a tu proszę bardzo lada chwila ukaże się premierowy LP. Jaki jest główny powód tego, że Incarnated nie składa broni? Co porabialiście w czasie, gdy o Incarneted było cicho? Nie uważasz, że Twoje zaangażowanie w Dead Infection sprawia, iż Incarnated schodzi na dalszy plan?

Witam. Powód jest bardzo prosty, robię to, co lubię i nie wyobrażam sobie bym tego nie robił. Incarnated nigdy nie złożyło broni i jeszcze długo tego nie zrobi, dopóki zdrowie pozwoli. Fakt, dość długo nic nowego nie wypuściliśmy na przysłowiowy rynek, ale nie siedziałem bezmyślnie przed telewizorem. Pracowałem w Bloodline Studio, nagrywałem i koncertowałem z Dead Infection, czasami graliśmy z Incarnated. Zawsze coś się działo. Moje zaangażowanie w D.I. Nie ma wpływu na pracę z Incarnated, są to dwa równorzędne projekty i jeszcze się nie zdarzyło, aby był jakikolwiek konflikt interesów.Inc live2

W 2006 roku wydaliście moim zdaniem cholernie niedoceniony krążek, czyli „Pleasure of Consumption” – nie uważasz, że trochę wyprzedziliście powrót mody na old school death metal? Gdyby płyta ta ujrzała światło dzienne dwa lata później sądzę, że Incarnated byłby dziś w zupełnie innym miejscu…

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. W tamtym okresie tak właśnie wyobrażałem sobie nasz materiał i to wszystko. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Od początku powstania Incarnated nie kierowałem się żadną modą i trendami panującymi na tzw. rynku. Tworzę to, co lubię. Nie wyobrażam sobie by było inaczej. Jeżeli to, co robię jeszcze się komuś spodoba to zajebiście, a jak nie to trudno. Tworzenie czegoś tylko dla uznania lub pieniędzy w dłuższej perspektywie zawsze wyjdzie bokiem.

Pamiętasz jeszcze jak zaczęła się Twoja przygoda ze szwedzkim death metalem? Jaka była pierwsza produkcja tego sortu jaką słyszałeś? Dlaczego szwedzki death a nie na przykład amerykański, równie klasyczny, równie wielbiony… W czym Twoim zdaniem tkwi wyjątkowość bandów takich jak Nihilist, Grave?

Pamiętam bardzo dobrze wszystkie moje „pierwsze zespoły”. Pierwszy raz ze szwedzkim death metalem zetknąłem się w 89 roku. Wtedy chyba wysypała się cała tamtejsza scena. Miałem dwie domówki Nihilist i „Anatomia Corpore Hunami” Grave. To było mocne i do dzisiaj pozostaje. Wyjątkowość? Hmm… to jest to, co tygrysy lubią najbardziej! Dlaczego szwedzki death metal? Należałoby zapytać, dlaczego europejski? Dlatego, że w Europie gra się sercem i duszą. Czego nie da się zrobić, nadrabia się zaangażowaniem i dotyczy to wszystkich rodzajów metalu. Amerykanie postawili jednak na szeroko pojętą technikę i matematykę, która bardzo mi przeszkadza. Muzyka i serce gdzieś zostały z tyłu. Weźmy np. Mantas i pierwsze dwie płyty Death. Do tej pory jak słucham tych nagrań mam gęsią skórę, a co było potem to już wiemy. W tej chwili wszyscy prześcigają się w łamanych rytmach, kto zagra szybciej blasty, kto wstawi więcej riffów w kawałku nie licząc wszechobecnej wirtuozerii, a gdzie jest zwrotka, gdzie jest refren? Pytam się, gdzie…?

Inspiracje muzyczne to jedno a jak wiemy zajmujesz się realizacją dźwięku w swoim Bloodline Studio. Spodziewam się, że równie mocno inspirujesz się starymi produkcjami szwedzkiej sceny. Gdybyś miał wskazać na absolutny majstersztyk szwedzkiego brzmienia, na jaki album padłby Twój wybór? W Bloodline korzystasz z jakiegoś wyjątkowego sprzętu?

Oczywiście, że czerpię dużo inspiracji z tego gatunku. W pierwszej kolejności jestem fanem szeroko pojętej muzyki a dopiero potem muzykiem i realizatorem. Wiele nagrań z Sunlight Studio jest niedoskonałych, można by nawet pokusić się o stwierdzenie słabych, ale to schodzi na dalszy plan przy tym, co one ukazują. W każdym nagraniu słychać serce i tą moc ludzi, którzy to stworzyli. Ja staram się wyciągnąć podobne rzeczy. Często bywa tak, że zespoły, które wchodzą do studia gubią się podczas realizacji nagrań i kończy się to nagraniem kopii jakiegoś innego zespołu. Tu jest właśnie wielka praca realizatora, który wyciągnie z muzyki to COŚ, a nie odhaczy sobie kolejny zespół na liście. Każdy zespół jest inny, i każdy ma coś innego do przekazania. Co się tyczy moich brzmieniowych faworytów to trochę ich jest, utwór „Mourning”- Nirvana2002, na pewno album „Dark Recollections”- Carnage, i mój namber łan to gitara zagrywająca w utworze „Left Hand Path”- Entombed z 2.32 min !!! Bloodline to zwykłe studio posiadające standardowe zabawki potrzebne do realizacji nagrań….Inc live

„Try Before Die” nowy krążek Incarnated, którego premiera już za chwilę, to w moim odczuciu najmocniejsza rzecz, jaką stworzyliście do tej pory. Materiał jest owocem pracy ostatnich miesięcy czy może powstawał na przestrzeni lat? Nagrywanie swojej muzyki we własnym studio spowodowane jest waszym wygodnictwem czy może po prostu sami wiecie jak ma brzmieć Incarnated?

Pierwsze pełne nagranie zostało zrealizowane w 2010 roku, ale poszło do kosza, nie byłem zadowolony z efektu końcowego. „Try Before Die” w takiej postaci to faktycznie efekt pracy ostatnich miesięcy. Własne studio ma swoje plusy i minusy. Oczywiście, że jest to bardzo wygodne, ale też może doprowadzić do pewnego rozleniwienia podczas pracy. Brak tzw. deadline-u to bardzo zła rzecz. Dochodziło już do tego, że potrafiłem tydzień czasu kręcić gałkami przy nagłośnieniu floor tom-a (śmiech). Tylko twórca wie jak ma brzmieć jego dzieło resztę zweryfikują słuchacze. Kiedyś przy pewnej sesji nagraniowej gitar (w pewnym studio w Gdyni) dwa dni zajęło nam wytłumaczenie realizatorowi, co to znaczy „więcej mięsa”, „mniej śniegu z deszczem” lub „piaskowy dziadek”. Teraz można się z tego śmiać, ale wtedy czas leci, kasa leci a koleś nie kumaty (śmiech).

Nie obawiasz się, że zamykając proces tworzenia płyty całkowicie w obrębie zespołu nie dopuszczacie obiektywnego spojrzenia z zewnątrz?

Nie, nie obawiam się. Jak już wspomniałem, w pierwszej kolejności jestem słuchaczem i wiem, jakiej muzyki chciałbym słuchać i jaka mi się podoba, dopiero potem podchodzę technicznie do sprawy. Co jakiś czas podrzucałem moim kolegom „metalowcom” różne próbki do odsłuchania z wymyślonymi tytułami i nazwami kapel tak by ocenili to, co robię najbardziej obiektywnie. Póki co, to się sprawdza.

W moim odczuciu dziewięć hitów zawartych na „Try Befeore Die” to wypadkowa brzmień znanych z wczesnych produkcji Dismember, General Surgery, Carnage – uważasz, że tworząc muzykę tak totalnie old school’ową można zachować oryginalność?

To zależy, o jakiej oryginalności mówimy. Muzycznej, technicznej czy image. Dla laika wszystkie kapele metalowe grają tak samo, każdy muzyk ma długie włosy i krzyż najlepiej odwrócony i do tego prawosławny, a tak poważnie to w Incarnated skupiłem się na kierunku, w którym podążam a nie na konkretnym zespole, który chciałbym skopiować. Porównanie i klasyfikacja pomaga słuchaczowi wychwycić z wielu zespołów to, co go akurat interesuje. Wiele zespołów popełnia błąd wybierając jednego wykonawcę, którego chce być odbiciem, kopią, nie podchodzą do tematu szerzej. Nawet, jeżeli kopia będzie lepsza od oryginału to i tak zostanie tylko kopią. Tak, można być oryginalnym.

Tytuły utworów z nowego krążka mogłyby wskazywać na zainteresowanie horrorami. Jesteście w Incarnated fanami kina grozy? Podziel się proszę z nami tytułami filmów, które zmasakrowały Cię w ostatnim czasie? Wolisz zombie z filmu Lucio Fulci’ego („Zombie” 1979) czy nowsze produkcje w rodzaju bardzo modnych „The Walking Dead”?

Czy jesteśmy fanami, to mocno powiedziane. Po prostu lubimy dobrą na swój sposób sztukę. Incarnated to trzech ludzi, którzy mają odmienne gusta, często skrajne i to właśnie nas napędza (a czasami nie – śmiech). Osobiście, nie podoba mi się serial o zombie. Długi, akcja rozciągnięta na potrzeby serialu. Wolę stare, sprawdzone rzeczy. Z tzw. nowości przypadł mi do gustu „28 dni później” i „28 tygodni później” i ta mroczna muza przez cały czas trwania filmu. Daje radę!!!Inc live 3

Po raz kolejny interesy zespołu powierzyliście Selfmadegod Records – czego oczekujesz po działaniach wytwórni? Label będzie was wspierał w organizacji koncertów? Planujecie w ogóle przypomnieć o sobie publiczności i zaatakować kilka scen w Polsce?

Selfmadegod jest bardzo dobrą i prężnie działającą firmą. Współpraca przebiega bardzo sympatycznie i szczerze polecam każdej kapeli takiego wydawcy. Bez nacisków, bez presji i jakichkolwiek niedomówień. Do promocji płyty niezbędne są również koncerty. Część organizuje SMG inne bezpośrednio przez naszego menadżera Alcoholic Butcher Promotion. Plany są, a czas to wszystko zweryfikuje. Na ten moment jestem bardzo zadowolony ze współpracy.

Dzięki za rozmowę! Na zakończenie chciałbym Cię jeszcze zapytać o plany zespołu na najbliższy czas i te bardziej długofalowe, co będzie się działo w Incarnated w najbliższych miesiącach i latach?

W tej chwili promujemy nasz nowy materiał który ukarze się lada dzień. Promocja w internecie, pisanie standardowych listów (właśnie tak, standardowych, na papierze, śmiech) do prasy i mediów (radio). Trochę nam to zajmie, więc koncerty odkładamy na czas jesienny. W następnym roku planujemy zagrać kilka festiwali dla większej liczby ludzi i oczywiście kolejne wydawnictwa. Jest co robić… Dziękuję za zainteresowanie się twórczością Incarnated i do zobaczenia i usłyszenia na koncertach!

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Adam „Nudik” Nudrzewski