INCANTATION – Magia i chemia

Jeszcze niedawno wszystko wskazywało na to, że wydany w 2006 album „Primordial Domination” będzie ostatnim w karierze Amerykanów. Założyciel i niekwestionowany lider kapeli John McEntee, kilka lat temu zwerbował jednak ponownie do zespołu niezniszczalnego bębniarza Kyle’a Severna, starego kumpla z Goreaphobia gitarzystę Aleksa Bouksa i basistę Chucka Sherwooda z Blood Storm. Jesienią 2012 roku ekipa z Pensylwanii niespodziewanie jak bombę, zrzuciła swój dziewiąty studyjny album. „Vanquish In Vengeance” okazało się być jednym z najmocniejszych deathmetalowych nagrań roku, obok „Torture” Cannibal Corpse czy „Deathhammer” Asphyx. O tym, jak do tego doszło opowiedział Alex Bouks.

Co się właściwie wydarzyło, że zdecydowaliście się nagrać nowy album?

Dobre relacje między nami i chemia, która pojawiła się w ostatnim czasie przeważyła w tej kwestii. Od kilku lat naprawdę świetnie grało się nam na żywo, doskonale się dogadywaliśmy, inspirowaliśmy się nawzajem. W zasadzie pierwszy raz od wielu lat Incantation miało stały, stabilny skład, gdzie każdy był równie mocno zaangażowany i zapalony do grania. Każdy z nas miał pomysły na nowe kompozycje i chciał, żeby nie skończyło się tylko na gadaniu i planach. Jak nigdy przedtem doceniliśmy możliwość wspólnego grania i pisania nowych numerów. Mieliśmy jedną, niezakłóconą wizję, tego jaki album chcemy stworzyć i tak się stało.

„Vanquish In Vengeance” odniosło sukces, wszędzie słychać znakomite reakcje na ten materiał. Czy w takim razie bierzecie pod uwagę napisanie kolejnego albumu?

Zdecydowanie tak! Jesteśmy w trakcie pisania i tworzenia nowych kompozycji na przyszły album. Mieliśmy tak wiele dobrych pomysłów, których nie dało się wykorzystać przy okazji „Vanquish In Vengeance”, że teraz pracujemy na tych riffach i na ich bazie powstają premierowe kompozycje.

Dołączyłeś do zespołu w 2007 roku, ale przez Incantation przewinęło się już tylu muzyków, że można spodziewać się wszystkiego. Cały czas czujesz się jak nowy czy masz już Incantation w swoim DNA?

Na pewno nie czuję się jak ktoś nowy. Incantation mam we krwi i kościach od dłuższego czasu. Głównie dlatego, że koleguję się z Johnem od pierwszych dni tego zespołu, czyli mniej więcej od 1989 roku. Zawsze działaliśmy na tym samym podwórku, graliśmy w tych samych klubach i trzymaliśmy się w tym samym gronie przyjaciół. Bycie częścią Incantation jest dla mnie tak naturalne, jak to tylko możliwe.

Twoja macierzysta kapela Goreaphobia, podobnie jak Incantation pochodzi z Pensylwanii i zaczynała w tym samym czasie, a może nawet chwilę wcześniej. Jak wspominasz Wasze początki?

Tworzyliśmy jedną, dużą, silną grupę znajomych. My, Incantation, Immolation, Mortician i Profanatica. Zawarliśmy diabelski deathmetalowy pakt i wypowiedzieliśmy wojnę fałszywemu metalowi. Oddaliśmy swoje życie death metalowi i wspólnie wyruszyliśmy na krucjatę, którą kontynuujemy po dziś dzień.

Magia i chemia

Magia i chemia

Zamykający „Vanquish in Vengeance” utwór „Legion of Dis” to 11-minutowy kolos. Walcowate, doomowe kawałki to nie novum na płytach Incantation, ale death metal z reguły jest nastawiony na szybkość. Czy ten numer powstał tak samo jak inne?

To jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Pierwszy szkic utworu John napisał dosłownie w kilka minut, ale później w studio było przy nim trochę kombinowania. Kyle miał pewną wizję, którą podchwyciliśmy. Kawałek był dopracowywany na gorąco w trakcie sesji nagraniowej i w pewnym stopniu jest rezultatem improwizacji. Nie uznajemy reguł, co do pisania numerów. Raz tworzymy w ten sposób, raz zupełnie inaczej. To luźny proces, podczas którego nie ograniczamy się żadnymi przykazaniami.

Granie death metalu to jedno, a bycie jego maniakalnym słuchaczem to drugie. Masz jeszcze ochotę sprawdzać nowe zespoły?

Zapewne już nie tak intensywnie i systematycznie, jak pod koniec lat 80-tych. Najczęściej koledzy podsuwają mi nowe płyty, jeśli sądzą, że mogę być nimi zainteresowany. Po prostu wiedzą, co lubię. Z reguły kiedy jakiś zespół spodoba mi się na żywo to sięgam po jego albumy. Tak było choćby ze szwedzkim In Solitude. Kilka lat temu widziałem ich na festiwalu, wpadli mi w ucho i stałem się fanem.

Czy sprzęt, na którym nagrywaliście pierwsze płyty na przełomie lat 80-tych i 90-tych różni się radykalnie od tego, czym dysponujecie w tej chwili?

Cały czas bazujemy na niezawodnych wzmacniaczach lampowych. To jest podstawa. Same gitary i głośniki moim zdaniem nie zmieniły się drastycznie. Najważniejsze wciąż pozostają umiejętności. Jeśli przez dwadzieścia lat nie nauczyłeś się porządnie grać, nie pomoże ci nawet najdroższy, najbardziej wyszukany sprzęt.

Na początku lat 90-tych takie kapele, jak Obituary, Morbid Angel czy Deicide podpisały duże kontrakty i stały się bardzo popularne. Masz poczucie, że zespoły które dostały się w tamtym czasie na pokład Roadrunner czy Earache były rzeczywiście najlepsze?

To były magiczne i niepowtarzalne czasy. Każda kapela, która odniosła sukces podążała swoją oryginalną i odrębną ścieżką. Nie było zrzynania i ciągłego kopiowania, które w ostatnich latach osiągnęło groteskowe rozmiary. W latach 90-tych kapele miały coś ważnego do powiedzenia, chciały tworzyć coś własnego i interesującego. Nie zważały na to, co robią inni, tylko dawały z siebie 100%. To była prawdziwa siła tej sceny.

Którzy perkusiści, z którymi grałeś, zrobili na Tobie największe wrażenie?

Nie będę owijał w bawełnę. Uważam, że aktualny bębniarz Incantation Kyle Severn to wybitny muzyk. Podobnie Jim Roe, który był w kapeli w jej pierwszym okresie, a teraz gra ze mną w Goreaphobia. Na początku działalności grał z nami też Craig Smilowski z wczesnego składu Immolation. Jammowanie z nim na próbach to zawsze była duża przyjemność. Niedawno zacząłem grać w nowym projekcie z Rustonem Grosse, to także utalentowany człowiek. Nie mogę oczywiście pominąć Shawna Eldridge’a, związanego z Disma i Funebrarum. Każdy z nich to świetny perkusista. Granie z nimi to czysty przywilej.

 Rozmawiał Adam Drzewucki