IN TWILIGHT’S EMBRACE – Muza ponura a wilki młode

Trudno powiedzieć, czy In Twilight’s Embrace ze swoją trzecią płytą staną u bram (khem, khem) sławy wszechświatowej. Muzykę mają świetną, pomysł na siebie – coraz wyraźniej sprecyzowany i nagrywają raz na ruski rok, ale za to rzeczy znakomite zamiast rozdrabniać się na byle co i „budowanie wizerunku”. Cyprian opowie p.t. czytelnikom o tym, jak nagrał dobry metal, jak rozliczył się z głupimi ideologiami i pouczy, że warto kupować płyty.

Po wydaniu „Slaves To Martyrdom” opisywaliście swoją twórczość jako „archaiczną” – zbyt melodyjną dla metalowca, zbyt metalową dla hardcore’owca, nie wpadającą ani w piwniczne bulgoty, ani w skoczny grzywka-core. Co z tego pozostaje aktualne po nagraniu „The Grim Muse”?

To niezłe pytanie, bo wydaje mi się, że pod każdym względem zaliczyliśmy nie jeden, a ze trzy kroki do przodu. Z jednej strony dopracowaliśmy melodie – jest ich więcej, są bardziej różnorodne i dużo bardziej wyraziste. Z drugiej to nasza zdecydowanie najbardziej agresywna płyta. Tak się złożyło, że po wydaniu „Slaves to Martyrdom” paru z nas mocno przewartościowało się życie, a zespół funkcjonował w lekkiej próżni – graliśmy niewiele koncertów, niektórzy nawet dziwili się, że wciąż istniejemy. Myślę, że właśnie te doświadczenia zaważyły na tak radykalnym charakterze tego materiału. W międzyczasie doszedł do nas Dawid, nowy perkusista i w tym składzie zaczęliśmy robić nowe utwory. To, że „The Grim Muse” ma chwilami taką gwałtowną dynamikę to w dużej części jego zasługa. Pamiętam, że na początku sam byłem mocno zaskoczony, że idziemy w takim pierwotnym kierunku. Przy okazji, z równania chyba definitywnie wypadł hardcore, choć od dłuższego czasu spodziewaliśmy się takiego obrotu spraw. Został death metal zagrany po naszemu.

„The Grim Muse” nie ma chyba wiele wspólnego z tym, co graliście na pierwszej płycie… Ile zostało hardcore’a w In Twilight’s Embrace? Lubicie tamten materiał?

Pod względem muzycznym nie ma go już wcale. I wyszło to nam zdecydowanie na dobre, bo stojąc przez dłuższy czas w rozkroku można co najwyżej wywinąć jakiś niezgrabny szpagat albo zarobić między nogi. Albo jedno i drugie. Pod względem tekstów też jest inaczej, bo nie znajdziesz na nowej płycie „społecznych”, „zaangażowanych” ani „politycznych” manifestów na wałkowane od lat przez hardcore’owe kapele tematy. Nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, śpiewając po raz osiemdziesiąty ósmy o walce z nazizmem czy ekologii, jeśli nie ma się w tych sprawach nic nowego do powiedzenia, albo – co gorsze – bawić się w scenową dydaktykę wśród osób, dla których to, co mówisz, to totalne oczywistości. Skłamałbym, gdybym powiedział ci dzisiaj, że słucham naszego pierwszego albumu jakoś wyjątkowo często. Jestem o dziesięć lat starszy, jest dużo innych, bardziej wciągających pod względem zawartości płyt. Jak choćby „The Grim Muse”. „Buried in Between” traktuję więc dziś bardziej jak pamiątkę po fajnych, dość beztroskich czasach, w których przyszło nam ją tworzyć.

Muza ponura wilki młode

Muza ponura wilki młode

Kwestia „przynależności scenowej” takiej kapeli jak In Twilight’s Embrace jest dość niejednoznaczna – wywodzicie się z hc/punka, którego w sensie muzycznym nie graliście, a ostatnie dwie płyty to metal pełną gębą. Gdzie czujecie się „u siebie” – na skłocie czy na Dark Fest?

Niedawno potwierdziliśmy dwa pierwsze koncerty po premierze nowej płyty. Pierwszy – na 21. urodzinach poznańskiego Rozbratu, dosłownie trzy dni po premierze, gdzie zagramy m.in. z The Stubs. Drugi – na początku grudnia z Dead Congregation i kilkoma innymi hordami, które raczej nie kochają Pana Jezusa. Kwestia złożonej przynależności scenowej – jak to ładnie nazwałeś – dotyczy więc nas w dalszym ciągu. Nie postrzegam jej jednak w kategoriach problemu. Lubię grać dla różnej publiczności, tak jak sam staram się chodzić na różne koncerty. Czujemy się u siebie wszędzie tam, gdzie ludzie są nas ciekawi. A że jedni machają głowami pod sceną, drudzy uderzają w pogo, a jeszcze inni podpierają ścianę i po prostu słuchają? Jest mi z tym bardzo dobrze.

„The Grim Muse” to także mocny skręt w blackmetalową szwedziznę – tę nową i tę sprzed 20 lat. Skąd się wam wziął ten black metal? Słuchaliście Ildjarn? Biliście się na Allegro o pierwsze wydania Bathory z żółtym kozłem?

To w sumie zabawne, bo Bathory, Mayhem i Dissection słuchałem jeszcze jako szczyl w podstawówce, na kilka lat zanim w ogóle zainteresowałem się sceną hc/punk. Do dziś mam jeszcze „Blood on Ice” i „Grand Declaration of War” na kaseciakach. Jako że przy okazji poprzedniej płyty obraliśmy jednoznacznie metalowy azymut, który słusznie kojarzy się z muzyką, w której dwie dekady temu wyspecjalizowali się nasi sąsiedzi zza Bałtyku, nie chcieliśmy też popaść w jakąś infantylną, przepitoloną konfekcję. No i jakoś tak intuicyjnie wróciła mi moja młodzieńcza fascynacja black metalem, która udzieliła się też reszcie zespołu. Uwielbiam wszystkie płyty Dissection właśnie za modelowe podejście do melodii w muzyce ekstremalnej. To nie żadne melodyjki, tylko melodie zagrane bardzo serio. Do dziś uwielbiam też Bathory, i to zarówno w tej bezczelnej, mocno rock’n’rollowej odsłonie z pierwszych płyt, jak i z późniejszego, epickiego okresu. Nie mamy jednak zamiaru zaklinać rzeczywistości i udawać zespołu BM, którym nigdy nie byliśmy. Nie będę pisał tekstów o lucyferiańskiej iluminacji, tak jak nie będziemy robić sobie zdjęć z kadzidłem i grymuarem. Słucham wielu kapel które to robią, ale zdecydowanie wolę przepuszczać to, co mnie inspiruje przez własny filtr, niż kopiować jeden do jednego. A jedynkę Bathory z żółtym kozłem widziałem kiedyś za równowartość naszych 40 zł w komisie płytowym w Göteborgu. Do dziś żałuję, że nie jej nie kupiłem.

Dziwnym nie jest. Leszek Wojnicz-Sianożęcki uznaje „Bathory” tylko na winylu z żółtym kozłem. A propos okładek i nośników – to jest dla was jakoś szczególnie istotne, aby „The Grim Muse” ukazał się na placku w pięciu kolorach i kolekcjonerskim limicie? Czy w zakresie wydania CD wystarczy i zaspokoi gigantyczny popyt rzesz rodzimych fanów melodeathu?

Nie wiem, kim są rodzimi fani melodeathu, ale za samo to określenie należy się prewencyjny but na twarz. Ono z automatu deprecjonuje tę muzykę. Brzmi to jak „przyjazny pedofil” albo „miły nowotwór”. Jeśli ktoś w ten sposób opisuje to, co gra, to doprawdy winszuję. Skoro zaś pytasz o nośniki, to póki co „The Grim Muse” ukaże się na CD, choć oczywiście myślimy o wersji winylowej i gdy nadarzy się okazja, by ją wypuścić, to nie zawahamy się z niej skorzystać.

Wiadomo, że taki album jak „The Grim Muse” nie może brzmieć jak brazylijski crust. Jaką mieliście koncepcję, aby wypośrodkować nieodzowną surowość i „żeby wszystko było słychać”?

Zabrzmi to pewnie jak truizm, ale plan był taki, by jak najlepiej przygotować się do tej sesji, a wszelkiej maści patenty postprodukcyjne ograniczyć do absolutnego minimum. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu, bo „The Grim Muse” jest płytą zrobioną praktycznie bez żadnych polepszaczy smaku. Żeby nagrać bębny, na cztery dni zaszyliśmy się w poznańskim Klubie u Bazyla, dzięki czemu mają one naturalny atak i głębię. Wokale nagrywałem z mikrofonem w ręku, a nie stojąc na baczność przed statywem. Finalne brzmienie to jednak zasługa naszego basisty Marcina, który doskonale umiał przełożyć nasze koncepcje na praktykę i zarwał niejedną noc w swoim studiu Left Hand Sound.

Rozumiem gościnny udział Rambo z Bloodthirst i prof. Przemka Bartoszewskiego z The Dead Goats – to artyści w kwiecie wieku i u szczytu sił twórczych… ale Tompa Lindberg? Podziękował wam chociaż za to, że od lat nie śpiewał na tak dobrej płycie?

Z Tompą poznaliśmy się na wrocławskim koncercie Disfear w 2008 roku. Jako że jestem totalnym fanem praktycznie wszystkich płyt, które nagrał, to nie mogłem sobie odmówić tego, by zagaić idola. Spontaniczna gadka przerodziła się w wywiad, który później opublikowałem na łamach „Metal Hammera”. Na przestrzeni lat widywaliśmy się jeszcze wielokrotnie i utrzymywaliśmy kontakt mailowy. Myśl o tym, by zaprosić go do nagrań na nową płytę In Twilight’s Embrace nie dawała mi spokoju jeszcze zanim zaczęliśmy pisać numery na „The Grim Muse”, ale oczywiście wstydziłem się mu to zaproponować. Bałem się, że się ośmieszę, a Lindberg – będący w relacjach z ludźmi totalnym dyplomatą – będzie w niezręcznej sytuacji . W końcu, siedząc z nim na piwie podczas którejś edycji festiwalu Brutal Assault, wypaliłem prosto z mostu. Nawet nie wiesz, jak mnie zamurowało, gdy w odpowiedzi usłyszałem proste „sure, I’m up for that”. Kiedy materiał był gotowy, podesłałem mu numery z tekstami. Napisał, że podoba mu się ich nieco surrealistyczny styl i że w to wchodzi. Dwa tygodnie później nagrywał już swoje partie w Göteborgu.

Czy to przyjacielskie tête-à-tête stanie się waszym selling point? Trudno mi sobie wyobrazić „The Grim Muse” z paskudną naklejką „featuring”…

Chcieliśmy, by Tomas zaśpiewał na tej płycie i dumni jesteśmy z tego, że się udało, ale nie będziemy tą naszą współpracą epatować. Oczywiście, nie omieszkaliśmy poinformować o tym przy okazji jednego z numerów promujących płytę, w którym akurat się udziela. Nie rozsyłamy jednak do mediów odrębnych newsów tylko o tym, że zaśpiewał u nas Tomas Lindberg z At the Gates, nie wpisujemy tego w rubrykę „selling points” w notce prasowej, ani tym bardziej nie będziemy robić cyrku w postaci jakichś specjalnych naklejek na płytę. To w końcu przede wszystkim płyta In Twilight’s Embrace.In-Twilight's-Embrace-photo-03-WEB

Skoro „scenowych i politycznych manifestów” na „The Grim Muse” nie znajdę, to o czym śpiewasz? Czy to będzie ten magiczny moment każdego wywiadu, w którym wokalista zadeklaruje, że „to jego najbardziej osobiste teksty”?

Tak, i jeszcze dodam nieśmiertelne „każdy może je interpretować według własnego widzimisię i na pewno znajdzie w nich coś dla siebie”. Żarty żartami, ale ktoś kto doszukuje się jakichś uniwersalnych prawd objawionych może mieć z tekstami na „The Grim Muse” problem. Bo sporo uwagi na nowej płycie poświęcam temu, że wszystkie wielkie narracje – i to zarówno te z jednej, jak i drugiej światopoglądowej mańki – może kusząco wyglądają na papierze, może i świetnie brzmią w ustach dobrych mówców, ale w zderzeniu z rzeczywistością sypią się w cholerę. W sytuacjach najbardziej krytycznych człowiek zdany jest wyłącznie na siebie, często działa instynktownie, bo dociera do niego nagle słabość abstrakcyjnych idei, które zdawały się porządkować mu życie od a do z. „The Grim Muse” to płyta powstała pod wpływem kilku takich kryzysowych sytuacji; to w ogóle rzecz o kryzysie mojego zaufania ideologiom, o rozczarowaniu nimi. Z czasem człowiek zaczyna dostrzegać odcienie szarości, staje się bardziej powściągliwy w ocenach, ma coraz więcej wątpliwości. Z drugiej strony, sporo w nowych piosenkach pierwotnych emocji, jak nienawiść czy pogarda dla słabości własnych i cudzych. Nagromadzenie tego wszystkiego naraz sprawiło, że pisanie tekstów na tę płytę, choć mozolne i żmudne, było totalnie oczyszczającym procesem. Słuchając jej niedawno czułem się, jakbym upuścił z siebie co najmniej wiadro żółci.

Czy cały ten „melodyjny death metal”, z którym jesteście kojarzeni, faktycznie wciąż jest dla was inspiracją? Ciągle mielicie te wszystkie At The Gates, The Haunted czy inne Amon Amarth?

Niezbyt. Wraz z początkiem XXI wieku ten gatunek się zajebiście spłycił, strywializował. Nie kupuję tych wszystkich klawiszowych Soilworków, Scar Symmetry, ani tego, co od kilkunastu lat robi In Flames. Amon Amarth po „Versus the World” powtarza się praktycznie z każdą płytą. The Haunted zaprzepaścili moim zdaniem ten szaleńczy potencjał z płyt „The Dead Eye” i „Unseen”, grając dziś z metra cięty thrash, z którego niewiele wynika. Nawet jeśli chodzi o At the Gates, to znacznie częściej niż „Slaughter of the Soul” wybieram „With Fear I Kiss the Burning Darkness”, na którym ta muzyka była jeszcze nienasycona, dzika i fermentująca. Podobne pierwiastki słyszę za to w tym, jak gra Tribulation – to w pewnym sensie spadkobiercy tamtego kierunku, a przy tym jeden z nielicznych dzisiaj naprawdę wizjonerskich zespołów w metalu. Ale jako że to wciąż raczej wyjątek w morzu przeciętności, to faktycznie częściej wybieram starocie. Przy czym zamiast Ablaze My Sorrow i A Canorous Quintet sięgam po płyty Sentenced, Dissection, Edge of Sanity czy nawet polskiej Armii.

Ja też, bo Armia to tytani melodyjnego death metalu z Polski, jak Demise i Enter Chaos! Podczas sesji „The Grim Muse” powstał zresztą kower „Opowieści Zimowej”, który na płytę nie trafił. Pomysł doskonały, bo numer i płyta, z której pochodzi są oczywiście wspaniałe, ale jednak odległe od tego, co Wy robicie, muzycznie i mentalnie… a może wcale nie?

A bo to można sięgać wyłącznie po utwory tych, z których twórczością najłatwiej jest skojarzyć twoją? Proszę cię (ależ wodzu, co wódz… to ja przepraszam – przyp. B.). Armia to najbardziej unikatowy polski zespół, który od dzieciaka imponował mi tym, że nigdy nie dawał się zawłaszczyć, upupić i łatwo sklasyfikować. Bo choć wylazł ze sceny punkowej, to zamiast rzucać polityczne klisze, niepokoił apokaliptyczną poezją Budzyńskiego. Zresztą do dziś uważam, że to, co udało się tym gościom zrobić na „Legendzie” ma w sobie więcej ciemności niż połowa black metalu, jaki kiedykolwiek powstał na świecie. Obcowanie z tą muzyką i słowem to jest właśnie to spojrzenie w pieprzoną otchłań. Tak się jakoś złożyło, że nikt dotychczas jej nie coverował. Na płaszczyźnie czysto estetycznej, nagranie „Opowieści zimowej” było dla nas przebiciem skorupy, zrzuceniem powłoki, w którą od lat próbuje się nas wciskać. Przewidujemy takich kroków więcej.

Wiem też, że jesteś wielkim fanem twórczości wybitnego wokalisty, poety, performera i fashionisty – Piotra „Glacy” Mohameda. Wolisz Sweet Noise czy My Riot? Który gatunkowo transgresywny udział gościnny uważasz za najciekawszy?

Za najbardziej transgresywny uważam niedawny akces w szeregi My Riot członków poznańskiej kapeli Satori. Kiedy dowiedziałem się, że te tworzące wcześniej wesoły, studencki heavy metal z piosenkami o juwenaliach chłopaki akompaniują teraz Glacy przy „tworzeniu przekazu” i przebierają się w stroje rodem z budżeIn-Twilight's-Embrace---The-Grim-Muse-front-WEBtowej wersji filmu „X-Men” kręconej na potrzeby Polsatu, wpadłem w niemałą konfuzję. Imponuje mi finezja, z jaką Piotr kreuje wrażenie bycia światowcem – te wszystkie projekty z basistą Toola, sesje w studiu Michała Wiśniewskiego oraz skandowane z amerykańskim akcentem słów „ciągnij mi druta” na ukrytej ścieżce z płyty „Czas Ludzi Cienia”. Tak na marginesie, nasz basista chyba ma jeszcze w domu piracki egzemplarz tego albumu Sweet Noise, któremu w jakiejś zapewne azerskiej tłoczni nadano tytuł „Czas ludzi ceni”. To się nazywa rarytasik (śmiech).

Wyobraźmy sobie, że wehikuł czasu wyciąga ci z 1995 Jona Nödtveidta i Anitę Lipnicką. Które z nich zapraszasz do ficzuringu na płycie In Twilight’s Embrace?

Oboje, i to najlepiej w jednym numerze. Nie wiem tylko, czy Anita w stylizacji z teledysku do „Tokyo”, czy bardziej z „Piosenki księżycowej”.

Marzy ci się reaktywacja Varius Manx z Anitą na potrzeby nagrania soundtracku do trzeciej części „Młodych Wilków”? Wolałbyś zagrać Cichego czy Prymusa? Stosowne uczesanie już masz.

Miałem to szczęście, że widziałem Varius Manx z Anitą w poznańskiej Arenie. To był bodajże ‘94 albo ‘95 rok, miałem 7 albo 8 lat, a moja mama załatwiła skądś bilety. Z kolei kaseta z soundtrackiem do „Młodych Wilków” była chyba jedną z pierwszych, jakie kupiłem za własne pieniądze. Choć o potencjał tandemu Lipnicka – Janson, gdyby do niego faktycznie doszło, byłbym w pełni spokojny, to aż strach pomyśleć, co mogłoby być w kolejnej części filmu Jarka Żamojdy. Myślę, ze mógłby on spokojnie nosić tytuł „Młode Wilki 33 i 1/3”, tyle że w odróżnieniu od trzeciej „Nagiej broni” stężenie sucharów osiągałoby tu rekordowe poziomy na sekundę filmu. Ale jako odwieczny fan Jarka „Puchacza Gold” Jakimowicza, oczywiście pisałbym się na rolę Cichego. Bo trzeba żyć szybko i mocno, póki się jest młodym. A jak cię złapią na kradzieży za rękę – trzeba mówić, że to nie twoja ręka.

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Erik Witsoe