IN TWILIGHT’S EMBRACE – Bynajmniej nie słomiany zapał…

Historia In Twilght’s Embrace nie jest może przepełniona zwrotami akcji rodem z filmów, w których wrogów śmiało kopał Steven Segal, ale mimo tego o twórczości zespołu i niemałym wkładzie w to co szumnie zwykło nazywać się sceną można rozmawiać całkiem długo. Przez niektórych nazywani pionierami metalcore na ziemiach polskich, przez innych tymi, którzy melodyjny „szwedzki” death metal wprowadzili pod polskie strzechy po kilku suchych latach zaliczają znaczącą zwyżkę formy i zwrot ku bardziej klasycznemu death metalowemu graniu (oczywiście ze „Szwecją” w tle). Po świetnym lp The Grim Muse w ostatnich tygodniach przypominają o tym, że nadal płonie w nich zapał za sprawą niezłej ep-kę Trembling. Na okoliczność tego wydawnictwa rozmawiałem z dobrze znanym czytelnikom, nie tylko Violence, Cyprianem Łakomym…

Złośliwcy mówią, że o muzyce piszą frustraci, którzy chcieli być muzykami, ale niestety, zabrakło im talentu nawet do tego by nauczyć się grać na kobzie. Jesteś człowiekiem żywo zaangażowanym w dziennikarstwo muzyczne (nie mówię dziennikarzem gdyż tych podobno w Polsce mamy tylko dwóch) i czynnym muzykiem. Łączenie tych aktywności to rzecz naturalna wynikająca z osobistych fascynacji, pasji? A może Cyprian pismak nie może przestać analizować dokonań Cypriana wokalisty i cierpi przez to nie kończące się katusze?

Być może cię to rozczaruje, ale odpowiedź jest prostsza, niż może się wydawać. Ja po prostu, kurwa, kocham muzykę. Kocham ją grać, kocham o niej gadać, czasem też lubię o niej pisać. To jest absolutne sedno. Jeśli takim stwierdzeniem uniemożliwiłem ci dalsze drążenie, odarłem siebie i swój zespół z jakiejś wielkiej tajemnicy, albo zamknąłem drogę do dalszych domysłów, to przykro mi. Albo nie, wcale nie jest mi przykro. Bo za mało dziś w tym naszym metalu i naokoło niego bezpośrednich komunikatów, a za dużo udawania i jasełek.

Z  tą tajemnicą tak bardzo bym nie przesadzał, w końcu ITE to nie Batushka… In Twilght’s Embrace to już całkiem duże dziecko. Jeśli dobrze liczę to w tym roku stuknie Wam 13 lat, mniej lub bardziej aktywnej, działalności scenicznej. Pamiętasz jeszcze dzień, w którym dołączyłeś do kapeli i pierwsze nieśmiałe, a może właśnie śmiałe, marzenia o zespole? Twoim zdaniem da się w ogóle porównać zapał, chęć tworzenia, którą odczuwa się w wieku lat kilkunastu do tego co czują muzycy będący już na nieco bardziej „poważnym i ułożonym” etapie życia?

Marzenia o zespole były od dziecka. W podstawówce potrafiłem już dobierać sobie kolegów pod kątem ewentualnego późniejszego robienia kapeli. Ale po kilku raczej mało poważnych epizodach, to właśnie dochodząc do Over The Edge – przemianowanego później na In Twilight’s Embrace – poczułem, że mogę zrobić coś więcej niż tylko dłubanie w nosie i dumanie o tym, że jest potencjał na granie czegoś innego niż obowiązkowego coveru „Roots Bloody Roots”, którego swoją drogą serdecznie nienawidzę. Inna sprawa, że sporo czasu zajęło nam dogranie się i to, by każdy z nas miał w stosunku do zespołu podobne oczekiwania. Z drugiej strony po kilku poważnych zawirowaniach kadrowych, jak i dzięki temu, że jednak nikt z nas nie pierdolnął gitarą czy innym naciągiem o podłogę, chyba wszyscy uzmysłowiliśmy sobie, że jeśli wciąż robimy ten zespół, to nie po to, by „se pograć”, a po coś więcej. Jest więc zapał, bynajmniej nie słomiany.ITE1

Skoro uruchomiliśmy maszynę do podróży w czasie przenieśmy się w niezbyt odległą przeszłość do roku 2015. Wydajecie płytę, świetną „The Grim Muse” i mam takie wrażenie, że marazm, który stał się udziałem In Twilght’s Embrace ustąpił miejsca energii i witalności. Jaki był decydujący impuls, który sprawił, że trzecia płyta w ogóle została nagrana?

Impuls był taki, że chcieliśmy tę płytę nagrać. Po prostu. Materiał na nią powstawał bardzo długo, ponad cztery lata przecież. W pewnym sensie czułem, że „The Grim Muse” to jest takie nasze być albo nie być. Albo jakoś to zażre i ludzie będą chcieli tego słuchać, albo nie i wtedy damy sobie siana. Szczęśliwie zdarzył się ten pierwszy scenariusz. A tak niezależnie od tego, po prostu czuliśmy, że napisaliśmy najlepsze piosenki, na jakie było nas w tamtej chwili stać.

Jeśli miałbyś podsumować to co zdarzyło się po wydaniu „The Grim Muse” to Twoim zdaniem był to czas dobry dla zespołu? Dostaliście praktycznie same dobre recenzje, pograliście trochę na żywo – domyślam się, że daje to niezłego kopa do działania?

Oczywiście, że dobry. Co prawda w międzyczasie musieliśmy poradzić sobie z kolejną zmianą kadrową, bo z gry w zespole zrezygnował Steppa, który nota bene go zakładał, ale tak widocznie musiało być. Jestem nawet w stanie pokusić się o sąd taki, że to jest najlepszy czas w całej naszej dotychczasowej działalności. Podobne zapatrywania, wspólna wizja dalszej twórczości i pasja  – to wszystko sprawia, że dziś o wiele bardziej czujemy się zespołem, niż hałastrą skaczących sobie do gardeł koleżków, z których każdy chce robić coś innego i bryka w swoją stronę.

Wiele osób mówiąc o In Twilght’s Embrace podkreśla wręcz to, że każdy Wasz materiał to w istocie muzyka z innej bajki. Osobiście nie do końca się z tym zgadzam i mimo wszystko wyczuwam więź która łączy „Buried in…” z „The Grim…”. Mianowicie jest to raz mniej, raz bardziej, dochodząca do głosu miłość do szwedzkiej sceny początku lat 90. Inspiracja dotyczy tylko muzyki, czy może szerzej również klimatu, który istniał wtedy na tamtejszej scenie – klimatu, który pozwał łączyć się, przenikać tematom punkowym i metalowym…?

Ja też skłonny jestem raczej patrzeć na to, co robimy w kategoriach przebytej ścieżki niż skakania z kwiatka na kwiatek. Zawsze było tak, że przynajmniej część z nas ten szwedzki metal uwielbiała. Być może dawniej nie umieliśmy go zagrać. W sumie to na pewno. Dziś z kolei nie mamy większego ciśnienia, by grać „po jakiemuś”. Klimat szwedzkiej sceny z początku lat 90. mogę znać co najwyżej z przeczytanych i przeprowadzonych wywiadów, więc też nie do końca czuję się uprawniony do tego, by powoływać się na nią z pozycji jakiegoś eksperta. Ale przynajmniej na zewnątrz zawsze wyglądało to tak, że ludziom z różnych scen zawsze łatwiej się tam dogadywało i pracowało, bez rozdmuchanego, pseudo-ideologicznego pierdolenia. I wychodziły z tego udane  rzeczy.

Jak sam mawiasz wyrośliście ze sceny hc/punk, a dziś z materiałem bardzo metalowym nadal jesteście tej sceny bardzo blisko. Wiem, że temat ten pojawia się często w wywiadach, ale chciałbym zapytać Cię o jeden z aspektów egzystencji na pograniczu. Nie masz problemów z często ideologicznie sprzecznym tudzież politycznie mocno spolaryzowanym przekazem kolegów muzyków z jednej bądź drugiej strony? Wiesz, teksty Infernal War niekoniecznie przypadną do gustu squatersom z Rozbratu czy Przychodni...

Wiadomo, że ideologiczne sprzeczności i wynikające z nich sytuacje wliczone są w koszta funkcjonowania na pograniczu. Z czasem coraz mniej się nimi jednak przejmuję. Nie mam najmniejszej ochoty być zakładnikiem żadnej tzw. sceny i serwowanych wraz z nią w pakiecie recept na życie. In Twilight’s Embrace działa w dużej mierze w oparciu o krytyczną refleksję, która często wiąże się z tym, że konfrontujesz się z czymś, co ci się nie podoba. Nie maszeruję pod żadną flagą i nie mam najmniejszej ochoty na to, by robić z nas grupę cheerleaderów przygrywających jakiejś jedynej słusznej sprawie. Od zawsze słuchałem muzyki w pierwszej kolejności dla własnej przyjemności i emocji, które jest w stanie we mnie wzbudzić. Jeśli ktoś sprowadza muzykę tylko do poglądów wyznawanych przez jej twórców i z ich powodu odmawia sobie jej słuchania, to szczerze mu współczuję. Bo to w gruncie rzeczy bardzo powierzchowne podejście, a poza tym istnieje coś takiego jak oddzielenie twórcy od tworzywa.

Bynajmniej nie słomiany zapał…

Bynajmniej nie słomiany zapał…

„The Grim Muse” mimo, że jest rzeczą względnie świeżą przed chwilą  ustąpiła miejsca najnowszemu wydawnictwu ITE czyli  ep-ce „Trembling”. Podobno jest to materiał, który powstał podczas sesji LP czy w związku z tym należy traktować go jako swoisty suplement do ostatniego albumu? A może nie co inny charakter tego wydawnictwa jest efektem klasycznego „może zaszalejemy?”, które miało miejsce podczas sesji nagraniowej?

„Trembling” od początku pomyślana była jako dodatek do „The Grim Muse”. Numery miały nieco inną, powiedziałbym, że bardziej rockową dynamikę niż te, które znalazły się na płycie. No i cover, który z definicji nie pasuje mi do pełnowartościowego wydawnictwa, jakim jest duży album…

Jak dla mnie ta krótka forma to kontynuacja poszukiwań z dużej płyty, ale i sporo różnic. Odbieram nowe dźwięki ITE jako bardziej energiczne – już nie tylko death metal Wam w duszy gra, ale słychać tu też ponury, agresywnie witalny thrash… Czy poszukiwania, zmiany to dla Was metoda na walkę z artystyczną stagnacją? Pojawiają się już pierwsze zamysły w kwestii nie samych kompozycji a tego jak miał by brzmieć kolejny LP?

Pojadę klasykiem – zmiana jest jedyną stałą, która powinna obowiązywać w pisaniu muzyki. Tak jak żart opowiadany drugi raz śmieszy dużo mniej, tak też nie ma żadnego sensu nagrywanie tej samej płyty po kilka razy. Tyle że „Trembling” to żaden wyznacznik nowego kierunku. To kawałki powstałe w tym samym czasie, co te z „The Grim Muse”, ale z pewnych względów niepasujące do całości. Zaczątki nowego materiału już są, ale zbyt wcześnie, by już teraz opowiadać jaka to będzie płyta tylko po to, by za parę miesięcy odszczekiwać swoje słowa.

Tezę o Waszych spacerach na pograniczu potwierdzić też może cover, który przygotowaliście czyli „Opowieść Zimowa”. Jeden z najbardziej sugestywnych numerów w historii polskiej muzyki rockowej pochodzący ze znakomitej płyty „Legenda”. Wasza wersja wydobywa z tej kompozycji wściekłość i brud, który w oryginale raczej nie był na pierwszym planie. Jesteś w 100% zadowolony z efektu finalnego pracy nad numerem Armii? O ile się nie mylę jest to też pierwszy utwór ITE zaśpiewany w języku polskim – czy w przyszłości będziesz sięgał częściej po język ojczysty?

„Opowieść zimową” zawsze chciałem zagrać z zespołem, ale chyba trzeba było do tej decyzji dorosnąć i wznieść się ponad poziom refleksji typu „nie będę grał piosenki zespołu katolika z mikrofonem, bo gramy metal”. Chuja tam. Cała „Legenda” ma w sobie więcej mroku niż przynajmniej osiemdziesiąt procent klasyki polskiego black metalu na ten przykład. Zresztą zobacz jak starzeją się te wszystkie kultowe demówki i płyty z lat 90. i jak to się ma do drugiego albumu Armii. To muzyka ponadczasowa. Porwanie się na jej własną interpretację było dla mnie zarówno sytuacją niesamowitą, jak i działaniem obciążonym sporym ryzykiem.  Dla takich chwil warto to robić. Śpiewanie po polsku? Nie ma planów, ale zobaczymy.

Patrząc na ostatnie miesiące w obozie ITE trudno jest oprzeć się wrażeniu, że mieliście sporo szczęścia do ludzi. Na pokładzie zameldowali się nowi muzycy, którzy nie uciekli zaraz po wydaniu płyty, Wasz wydawca najwyraźniej mocno wierzy w ITE skoro inwestuje pieniądze w kolejny materiał. Nie uważasz, że to spore szczęście gdy drogi zespołu zetkną się z naprawdę wartościowymi ludźmi?

Fakt, spore.

Jesteście świeżo po krótkiej trasie koncertowej z kolegami z The Dead Goats, ludzie dopisali? Wspólne wojaże rewidują czy cementują przyjaźnie?

Myślę, że jedno drugiemu nie stoi na przeszkodzie. Trasa to doświadczenie specyficzne. Jeśli komuś wydaje się, że to jest ciągłe siedzenie w busie, picie piwka i rozmawianie o bzdetach, to śpieszę donieść że niekoniecznie. Zdarzają się sytuacje stresujące, różnice w zapatrywaniach na różne kwestie czy najzwyczajniej rzecz ujmując – różne przyzwyczajenia. Nie przeszkodziło to jednak żadnemu z zespołów skończyć tej mini-trasy z poczuciem, że zagrał ją na własnych warunkach. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nasze kumplowanie się nie doznało więc żadnego szwanku. Frekwencja dopisała jak najbardziej. To w ogóle jeden z tych momentów, w których dotarło do nas, że ludzie wreszcie przychodzą również dla nas na te koncerty. I chyba nie muszę tłumaczyć, jaki ma to wpływ na morale.10488158_10156252449260526_822257798019490425_n

Wiele się mówi o tym, że scena muzyczna w XXI przeżywa kryzys, ludzie nie kupują płyt, nie chodzą na koncerty a artyści pławią się w szambie komercyjnej wtórności. Jednak gdy spojrzy się na scenę metalową to moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. W tym przesycie, globalnym zasięgu dostępnym dla każdego można odnaleźć jeszcze autentyczny, twórczy ferment, który lata temu sprawił, że muzycy zaczęli generować ze wzmacniaczy niezrozumiały dla przeciętnego słuchacza hałas?

Sam zauważyłeś, że żyjemy w czasach sytości czy wręcz przesytu. Wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu podatni na nadmiar bodźców i uzależnieni od pobudzenia. Być może stąd to wrażenie, że nie dzieje się nic przełomowego. Oczekujemy od muzyki, że tak jak trzy, cztery dekady temu będzie ona nośnikiem zmian. Ja tymczasem coraz częściej widzę jej zupełnie inną funkcję. Muzyka jest ucieczką, i to zarówno dla słuchacza jak i twórcy. Myślę, że to dużo bardziej pierwotna potrzeba niż wybujałe dumania o wizjonerstwie. A to, że płyt nagrywa się jednak coraz więcej i wśród nich są takie jak „Sister” In Solitude, „The Children of the Night” Tribulation czy „Klechdy” Thy Worshiper, świadczy o tym, że sporo ludzi jednak tę potrzebę ma i potrafi ją dobrze zaspokoić.

Skoro nie wytyczanie nowych szlaków wizjonerstwo to jaką widzisz przyszłość dla In Twilight’s Embrace? Dzięki za poświęcony/zmarnowany czas (niepotrzebne skreślić)!

Świetlaną. Powstaje materiał na nowy album. Niebawem znów wyruszymy w drogę. Najbliższa przyszłość rysuje się więc całkiem klarownie, z czego bardzo jestem rad.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Archiwum zespołu/Sandra Adamus/Pathologist