IN A HOUSE OF BRICK – bez stylistycznego kagańca

Lubię fajne zespoły. Takie, co nie narzekają, dobrze się bawią, ale wiedzą o co im chodzi i potrafią do tego dążyć. A najlepiej, jeśli jeszcze zaintrygują swoją muzyką. W ten schemat idealnie trafia zabrzański In A House of Brick. Wydana parę miesięcy temu płyta „Out of Hand” swoje w moim odtwarzaczu przecierpiała, zanim zrozumiałem, że muza mi się podoba. Okazuje się, że nawet prostymi środkami można stworzyć coś nie do końca oczywistego a jednocześnie nie stracić nic z rockowej łobuzerki. Nie wiem, jak potoczą się losy zespołu, jednak jest na tyle ciekawy, pewny swego i prawdziwy, że nie mogłem przejść obok nich obojętnie. Na kilka moich pytań odpowiedział śpiewający basista – Mariusz „kwiecia” Kwieciński

Dlaczego tak długo trzeba było czekać na Wasz debiut? Co spowodowało, że przerwaliście poprzednią sesję nagraniową – co było w niej tak drastycznego?

Czekać trzeba było ponieważ jesteśmy jak wino. Jako, że od 2005 roku, za sprawą odejścia Michała z naszej drużyny przekształciliśmy się w trio, musieliśmy się nauczyć grać w trójkę, co nie jest łatwe. Musiałem wiele pracy włożyć w to, aby oprócz mikrofonu udźwignąć bas i dorównać Borsookowi w sekcji… W sekcji karate oczywiście. Nasz pierwszy owoc, czyli „Reborn” jest tego najlepszym przykładem. W 2008 roku studio, materiał poskładany z wałków, które powstały w ciągu kilku lat, niestety, nie wyszło. Nagraliśmy ślady, zmiksowaliśmy i_MG_6971 okazało się, że to nie iahob. Nie ma co rozkminiać, po prostu efekt był daleki od naszych wyobrażeń, więc odpuściliśmy temat. W ciągu kolejnych dwóch lat dopieściliśmy nasze pieśni, powstały nowe i tak się złożyło, że w 2010 poznaliśmy Szymka i Saimona z Vintage Records i hops do studia. Sesja plus wokale i miksy potrwały ponad 2 lata. Tak już mamy, że potrzebujemy więcej czasu a po drugie materiał, który powstaje w pośpiechu najczęściej jest słaby… Wyjątków w każdym bądź razie jest niewiele.

Z dzisiejszej perspektywy nie żałujecie, że nie udało się wystartować z płytą, np. z 8 lat wcześniej, może bylibyście dzisiaj w zupełnie innym miejscu?

8 lat temu usłyszałbyś trochę inną kapelę. Materiał na pewno był mniej spójny. Dzisiaj wiem, że decyzje, jakie podejmowaliśmy przez ten czas, były słuszne. Mamy płytę a na niej materiał, z którego jesteśmy dumni i który daje nam niesamowitą frajdę i energię podczas grania na żywo.

Jak napisałem w recenzji – strasznie długo się do płyty przekonywałem, bo za cholerę nie byłem w stanie określić… jaką muzykę gracie. Czy poczytujecie to sobie za sukces, czy raczej uważacie, że takie nie – dookreślenie wpływać może niekorzystnie na promocję albumu? Jak sami określacie swoją muzykę?

Wiele kapel pragnie by ich nie szufladkować, a mimo to grają określoną muzę. Nas zawsze niosło w rejony poza rockowe. To, że jesteśmy wychowani na ciężkiej muzie nie oznacza, że musimy tworzyć tylko w takiej konwencji. Słuchamy sporo różnej muzyki, a to na pewno jakoś nas muzycznie wzbogaca. Dla nas to komplement, kiedy ktoś ma trudności z opisaniem naszej twórczości. My sami wiele razy rozmawialiśmy o tym, o co pytasz. A czy to dobrze być nieokreślonym muzycznie bandem? Nie wiem… czas pokaże. My nie kalkulujemy, nie szukamy dźwięków pod konkretnego odbiorcę , nie nakładamy sobie stylistycznego kagańca. Z pewnością gramy szeroko pojętą nutę rockową i strasznie nam z tym dobrze.

Wiem, że zaczynaliście od nieco innej muzyki – w jaki sposób przebiegała i czym była podyktowana ewolucja?

Tak jak wspomniałem na początku, przekształcenia bandu w trio niosło za sobą inne, nowe rozwiązania oraz nowe możliwości. Na początku byliśmy zagubieni w tej sytuacji, ale każdy następny wałek pokazywał nam nasze silne i słabe strony. Zmieniliśmy prawie cały sprzęt od tamtej pory, to również ukształtowało nasze dzisiejsze, mam nadzieję, oryginalne brzmienie. Suma tych czynników to dzisiejszy iahob.

W niektórych piosenkach z „Out of Hand” wyraźnie słychać echa stonerowej rewolucji. Czy stoner pojawił się niejako „po drodze” czy jest celem, czy przypadkiem?

Nie uważamy się za stoner’owy band, choć słyszymy takie opinie. Gramy swoje. Nurt, o którym wspominasz odcisnął spore piętno na dzisiejszej muzie i nie jesteśmy na to obojętni. Nie oznacza to natomiast, że mamy grać takie nuty. Jeśli słychać w nas stoner’a to oznacza, że gdzieś tam kiedyś przefiltrowaliśmy takie historie. Lubimy QOTSA czy Kyuss, ale nie dlatego, że to stoner, tylko dlatego, że to dobra muza. Tak samo jak Depeche Mode, Helmet czy Michael Jackson… a co.

Płyta pokazuje szerokie spektrum inspiracji, bardzo fajnie zmiksowanych w energetyczne piosenki. Możecie wydestylować z tej masy informację o płytach i wykonawcach, których można uznać za rodziców waszej muzyki – co Was inspirowało/inspiruje na światowej/krajowej scenie ?

Każdy z nas słucha trochę innej muzyki, więc wśród naszych fascynacji muzycznych znajdziesz dosyć szerokie, muzyczne spektrum od elektroniki, bluesa do HC czy muzyki metalowej. Uwielbiamy Helmet, ale i Depeche Mode, Panterę, ale i Cake’a, Pitera Gabriela, ale i Radiohead. A w jakim stopniu te bandy wpływają na to co tworzymy? Nie mamy pojęcia. We wcześniejszym pytaniu zauważyłeś, że ciężko zdefiniować naszą muzykę, więc chyba te inspiracje miksujemy na tyle mocno, że wychodzi z tego coś z pieczątką In a House of Brick.

 bez stylistycznego kagańca

bez stylistycznego kagańca

Słuchając Waszej płyty zastanawiam się, do kogo właściwie kierujecie swoje dźwięki – czy jest coś takiego jak target zespołu, rys charakterologiczny fana? Może to śmieszne pytanie, jednak jesteście zespołem, który w kraju, gdzie podziały między scenami muzycznymi nadal są dość wyraźne, znajduje się poza jakąkolwiek kategorią. Czy to dla Was problem?

Ostatnio nasz ziomal Świstak po przesłuchaniu materiału powiedział, że to muza dla dorosłych ludzi. Coś w tym jest, ale mam nadzieję i szczerze w to wierzę, że uniwersalność naszych wypocin jest jadalna dla wielu ludzi. Może nie jest to materiał łatwy, ale jest koncepcyjny i mam nadzieję, że zapadający w pamięć.

Istnieje jakiś przekaz słowny, koncept, którym chcecie podzielić się ze słuchaczem, czy słowa nie stanowią jakiego ważnego ideologicznie bagażu In A House Of Brick?

Od zawsze traktowałem głos jako czwarty instrument, ale z biegiem lat zrozumiałem, że głos to jedno, ale opowieść to drugie. Nie posiadam legitymacji upoważniającej mnie do pouczania ludzi. Nie lubię pompatycznych tekstów i pisania o niczym. Słowami ilustruję to, co widzę i to co czuję. Od zawsze jestem pazernym obserwatorem ludzi. Interesuje mnie człowiek ze swoją siłą i swoimi słabościami. Wytykam i mówię, że coś zauważam i nie tylko w innych, ale również w sobie. Jest kilka bardzo osobistych piosenek… „Reborn”, „Poison” czy „Believe”. Bardzo bym chciał pisać teksty uniwersalne, gdzie opowiadana historia może dotyczyć każdego z nas, gdzie interpretacja jest ważniejsza od prawdy autora.

Płytę nagrywaliście w Vintage Studio. Opowiedzcie coś o tym miejscu, bo z obserwacji zainteresowania zespołów wynika, że po Taklamakan, Hertz, Custom 34 czy Fonoplastykon rodzi się nam kolejne, kultowe miejsce, gdzie już samo nagrywanie podnosi prestiż grupy. Co takiego magicznego jest w tym miejscu? Nie uważacie, że takie miejsca powinny ograniczać zalew zespołów, bo zdarzyło się już parokrotnie, że te studia, które wypuszczały w danym okresie bardzo dużo House LIve 2nagrań, po prostu się brzmieniowo „przejadały” (vide Hertz…)?

Vintage Records Studio położone jest w porażyńskich lasach, w sąsiedztwie Pałacu w Porażynie. Miejsce oddalone od rzeczywistości. Miejsce magiczne na swój sposób. Bardzo nam odpowiada klimat, jaki tam panuje. Niedawno odwiedziliśmy je grając w trasie z Superhalo, zespołem Szymona Swobody, który prowadzi ten przybytek. Czy studio się „przeje” nie zawsze zależy od jego realizatorów. Czy kolejne spotkanie z VR sprawi, że zabrzmimy identycznie? Nie sądzę, więcej – nie ma takiej opcji. Nie da się ukręcić dwa razy tego samego, zresztą po co? Nasze podejście jest niewygodne dla realizatorów ponieważ jesteśmy wszędzie, w każdym calu nagrania, począwszy od nabitki, skończywszy na miksach. Jeżeli kapela oddaje wszystko komuś, kto ma swój sposób myślenia i swoje preferencje to istnieje możliwość, że wszystko zatacza wielkie koło i powoli się wypala. Na szczęście, nam to nie grozi.

Jak wyglądał proces rejestracji – setka, czy wbijanie śladów – były jakieś niekonwencjonalne pomysły, wstawianie wzmacniaczy do wanny itp. rozrywki?

Słyszeliśmy niejedną historię, które działy się przy nagraniach, lecz nasza sesja była bardzo zorganizowana i przeraźliwie nudna. Pobudka, ząbki, siku, kupka i nabitki śladami, wieczorem alkohol. Tak przez 14 dni, potem przygotowanie wokali na naszym terenie, nabitki w Maqrecords (pozdrowienia Dla Grześka Gutowskiego) i ślady do Porażyna. Potem wyjazdy i miksy i tak do zrzygania.

Obserwując waszego FB widać, że żywiołem są koncerty. Jesteście w trakcie promocji płyty, kilka sztuk za Wami – jaka ocena tych gigów – kto przychodzi, z kim gracie, ile imprez zaliczyliście i czy już czujecie gwiazdorkę?

Bardzo dobrze otwarł się cykl koncertów. Release Party na wypasie, Searching For Calm, Chico i Mohra dały z siebie wszystko. Dopisali ludzie, znajomi, rodziny. Kolejne imprezy, jak to u nas, raz z górki raz pod górkę, ale nie narzekamy, robimy swoje. Płyty się sprzedają, co oznacza, że powoli zarażamy. Zagraliśmy już w naszej karierze sporo koncertów, ale żeby poczuć gwiazdorkę, musimy ich zagrać 100 razy tyle albo i więcej. Nienawidzę gwiazdorki, lubię za to profesjonalizm i zaangażowanie oraz pomoc, jeśli takowa jest potrzebna. Nie przygotowaliśmy typowej trasy. Postawiliśmy na cykl koncertów, które mają na celu promowanie materiału i tak będzie zapewne do końca roku. Na jesień planujemy dużo więcej koncertów niż obecnie.

W Polsce obserwuję stale rosnący proces profesjonalizacji zespołów, zarówno w płaszczyźnie instrumentalnej (sprzęt, umiejętności) jak i biznesowej. Nie uważasz, że z jednej strony możliwości, jakie daje Internet, z drugiej świadomość muzyczna powodują, że biznes muzyczny zmienia się o 180 stopni? Przecież sami wydaliście płytę własnym sumptem i działacie całkiem sprawnie – uważasz, że taki model biznesowy jest dobry, czy masz mu coś do zarzucenia?

Trudno o wnioski dzisiaj. Działamy od kilku miesięcy jako „independent artist” co nie oznacza, że nie możemy lub nie chcemy współpracować z dużymi firmami. Pytanie tylko jaką ofertą dysponują dzisiejsze wydawnictwa dla muzyki jaką gramy. To są spore dylematy, nie tylko nasze. Wiele kapel szuka swojej drogi. Ja nie znam jeszcze odpowiedzi, ale jedno wiem na pewno – mamy płytę w ręce, nikomu nic nie jesteśmy winni i jeśli dobrze zapracujemy to będą z tego efekty.

Kontynuując ten wątek – jak zamierzacie – poza koncertami – promować „Out of Hand”, tak, żeby np. za rok móc powiedzieć, że wszystko udało się zrealizować?

Nie możemy zdradzać naszej strategii, to jest niezgodne z regulaminem, ale z pewnością nie będziemy cerować skarpet. Na jesień zabieramy się mocno do pracy. Kręcimy klipa lub dwa i zaczynamy promocję innymi drzwiami, ale to wszystko w swoim czasie. Za rok wyciągniemy wnioski i mam nadzieję, że będzie świetna okazja porozmawiać po raz kolejny.

I ostatnie słowo na niedzielę pozostawiam Wam…

Drodzy parafianie, rzymianie, rodacy… Chcemy Was przede wszystkim na naszych koncertach! Hallelujah!

Rozmawiał Arek Lerch