IMMOLATION – Wszystko działa jak należy.

Immolation to jeden z tych zespołów, które przetrwają mody, burze i chwile zastoju. I zawsze będą się dobrze bawić, mimo, że ani kasy ani klejących się do nich blondyn nie będzie. Jest to też jeden z zespołów, który, mimo, że coraz bardziej z death metalem mi nie po drodze, bardzo szanuję i nadal lubię. Dlatego ucieszyłem się, że najnowsze dzieło znowu zwyżkuje, po w sumie dość bezbarwnej – z dzisiejszego punktu widzenia – płycie „Kingdom of Conspiracy”, a skoro dodatkowo nawinęła się okazja by pogadać chwilę z dłuuugowłosym Rossem Dolanem, specjalnie się nie zastanawiałem. Efekty poniżej.

Często słyszycie pytanie: jak się czujesz po wydaniu nowej płyty, które jest w sumie głupie, zatem może inaczej, choć w temacie – wyobrażasz sobie, jakie to będzie uczucie, kiedy nagracie ostatni  krążąek w karierze, zakładając, że nie rozwiążecie się w trybie pilnym?

Hej, faktycznie to trochę dziwne, bo często to słyszę i co mam odpowiedzieć? Trudno, żebym czuł się źle w momencie,ATONEMENT kiedy na świecie pojawia się moje nowe dziecko (śmiech). Na razie nie robimy niczego z musu, cały czas bawi nas ten łomot, stawanie na deskach i granie ekstremalnego metalu. Z biegiem lat coraz bardziej, bo jesteśmy zgrani i wiemy co chcemy osiągnąć. A odpowiadając na drugą część pytania, mogę jedynie powiedzieć, że na pewno będzie to smutny moment. Podobnie jak moment, kiedy będę leżał w trumnie (śmiech). Nie wiem, doprawdy. Może będzie to ulga a może smutek. Nie myślę o tym, szczególnie teraz, kiedy znowu ruszamy do boju.

Z tym bojem jest troszeczkę tak, że w stosunku do grup takich jak Immolation zaczyna mówić się, że wydają płyty właśnie po to, żeby pojechać w trasę. Wiesz, co mam na myśli?

Jasne, że się nie zmieniamy i takie tam. I wiesz, co ci odpowiem: dokładnie tak – nie zmieniamy się.  Robimy swoje, bo gramy death metal, wypracowaliśmy pewien styl  i w jego ramach się poruszamy. Nasza muzyka jest koncertowa i na scenie czujemy się jak w domu, dlatego nagrywamy a potem jeździmy w trasy, co to za zarzut (śmiech). Gdybyśmy unowocześnili pewne rzeczy, stosunek naszych zwolenników i przeciwników zmieniłby się o tyle, że pojawiliby się nowi, ale starych być może by ubyło. Poza tym, kiedy mamy ochotę coś pokombinować, wyrzucamy takie rzeczy na mini albumy. Ostatnio na „Providence” trochę zabawialiśmy się z pewnymi wstawkami i innym aranżem utworów, być może za czas jakiś znowu spróbujemy czegoś podobnego, ale na razie nie czujemy takiej potrzeby.

Wspomniałeś o potrzebie nowości; faktycznie, mocno rozgraniczacie temat, bo np. najnowsze dzieło jest dla mnie takim gruntownym postawieniem kropki na „i” w temacie muzycznej oferty a jednocześnie cały czas podkreślacie znaczenie przeszłości, chociażby przez powrót do starego logo.

Bardzo lubimy nasze klasyczne logo; fakt, że na ostatnich płytach go nie wykorzystywaliśmy, nie wynikał z niechęci, ale pewnych koncepcji artystycznych czy graficznych. Poprzednia płyta swoim charakterem i koncepcją zdecydowanie zasługiwała na to zwykłe, proste logo, ale już podczas prac nad „Atonement” wiedzieliśmy, że tym razem wrócimy do starego napisu. Charakter muzyki, choć nie jest to oczywiście jakaś wielka zmiana, nawiązuje do wcześniejszych płyt, osobiście kojarzy mi się z „Here In After”, jest dużo szybkiego grania, zatem nie widzieliśmy innej opcji, ale to tylko logo, zespół cały czas pozostaje sobą.

Wszystko działa jak należy

Wszystko działa jak należy

Ale i się zmienia, bo przecież kolejny raz na waszym pokładzie melduje się nowa persona  – gitarzysta Alex Bouks…

No tak, boję się takich pytań (śmiech). Nie, żartuję. Wiesz, w takich sytuacjach niezwykle trudno jest wyważyć emocje i obowiązek, jakim jest informowanie o tym co dzieje się w zespole. Muszę Cię jednak rozczarować, tu nie będzie żadnych sensacji. Rozstaliśmy się z Billem na zupełnie pokojowych warunkach, to była jego decyzja związana z prywatnymi sprawami, z życiem, którym chciał się zająć. Byliśmy razem wiele lat i znamy się na tyle dobrze, żeby takie sprawy załatwić kulturalnie, choć oczywiście dla nas, jako zespołu było to wyzwanie. Immolation to bardzo intensywna maszyna, żeby wszystko funkcjonowało jak należy, musimy na sobie bezwzględnie polegać. Na pewno wiesz, jak to wygląda w dużych firmach – cała ta sprawa związana z pracownikami, wzajemnym zrozumieniem poleganiem na sobie. W zespole jest podobnie – muszę wiedzieć, że ktoś kto stoi obok mnie jest naszą częścią i mogę być pewny jego reakcji. Choć skłamałbym, mówiąc, że mieliśmy jakiś problem ze znalezieniem nowej osoby. Alex to sprawdzony gość, weteran deathmetalowej sceny, człowiek, który naszą muzykę rozumie idealnie. Nie było problemu ze znalezieniem wspólnego języka, przed nami promocja płyty i zobaczymy co będzie dalej.

Czuję w tym wszystkim dużą determinację, jednak nie mogę nie zapytać, czy nie frustruje cię fakt, że po tylu latach, całej stercie płyt, objechaniu całego świata, nadal metal jest hobby, rzeczą, z której raczej nie ma pieniędzy; owszem, wytwórnia na pewno pomaga, ale pewnie nie możecie pozwolić sobie na rzucenie pracy…

Akurat ja teraz rzuciłem, bo jest dużo spraw związanych z zespołem i koncertami, ale masz rację, nie jest to specjalnie dochodowy biznes. Z detah metalem bywało już różnie, zdarzały się momenty, kiedy ocierał się o tzw. mainstream, to znowu chował się w podziemiu. Immolation też miał momenty chwały, kiedy popularność nawet nas zaskakiwała. Teraz wydaje się być to dość stabilne; w tym przypadku stabilność jest dla nas dość istotna, bo mając poukładany plan działania, możemy organizować sobie życie poza zespołem. Nie wiem, czy byłbym zadowolony, gdyby nagle popularność Immolation wzrosła tak bardzo, że na jakiś czas wywróciłaby nasze życie do góry nogami. Myślę, że tak jak teraz jest całkiem dobrze. Użyłbym słowa – przewidywalnie, choć wiem, że to brzmi trochę mało rock’n’rollowo (śmiech). A co do twoich wątpliwości – zawsze coś będzie frustrować, nie ma sytuacji, kiedy jesteś całkowicie zadowolony, nie masz z niczym problemu. Odpowiem bardzo banalnie – cieszyłbym się, gdyby z Immolation było więcej kasy.

Nowa płyta ma ciekawy tytuł – czy ta pokuta jest w jakimś sensie odpowiedzią na to o czym opowiadała płyta „Kingdom of Conspiracy”? Czy pokuta to coś, co ludzkość powinna zrobić za te wszystkie totalitaryzmy?

Nie łączyłbym tego, choć to może tak wyglądać. Obie płyty traktują o różnych rzeczach. Faktycznie, „Kingdom…” w wielu miejscach poruszał zniewolenie jednostki. Mamy wolność, ale pozorną, jednocześnie jesteśmy uwikłani w zależności a „wielki brat” podgląda i kontroluje wszystko co robimy, oczywiście, dla naszego dobra. To taka wolność w kajdanach, obojętnie czy są fizyczne czy wirtualne. Z kolei na „Atonement” wchodzimy znowu w temat moralności, tego co dzieje się gdzieś w naszych umysłach, gdzie rodzi się zło. Dotykamy też problemów związanych z religią, i tu może jest faktycznie jakieś powiązanie, bo przecież zniewolenie jednostki odbywa się także za sprawą systemów religijnych. W zasadzie – zawsze wszystko jest oparte na kilku elementach, jest pieniądz, są mroczne myśli i z tego wychodzi ta niezdrowa władza nad człowiekiem. Człowiekiem rozumianym jako społeczeństwo, kiedy tłamszą go systemy i człowiekiem rozumianym jako jednostka z jej moralnością, kiedy ktoś wkracza w sferę naszych odczuć i wierzeń. Nie da się ukryć, że człowiek potrafi być gorszy niż niejeden diabeł i takie informacje płyną z wszystkich stron, z wiadomości w telewizji. Czasy na pewno sprzyjają poruszaniu takich tematów.

Faktycznie, tym bardziej, że teraz oczy są zwrócone na USA, na waszego nowego prezydenta, który jak żaden inny budzi dużo kontrowersji i generuje  niemalże dosłownie wyrażane emocje. Co ty o tym myślisz?

Trudne pytanie, głównie dlatego, że nie czuję się na siłach rozprawiać o polityce, bo to ona głównie te demony budzi. Sam wiesz, jak to wgląda, każdy polityk ma swoje za uszami a teraz mamy na tym stanowisku kogoś, kto w zasadzie nie jest politykiem a biznesmenem, w dodatku bardzo różnie postrzeganym. Znam osoby które uważają, że to dobrze, że prezydentem został Donald Trump, ktoś, kto potrafił zbić fortunę, bo to znaczy, że ma głowę na karku. Inni widzą w nim tylko gościa, który lubi złoto i zamyka się w swojej nowojorskiej wieży. Budzi kontrowersje swoimi poczynaniami, ale ja dzisiaj nie będę o nim mówił. Umówmy się, że pogadamy na ten temat, za rok, może za dwa lata, ok?Immo

Ok, możemy się tak umówić. To o czym gadamy, brzmi to bardzo poważnie, bo przecież wasi fani, fani metalu liczą przede wszystkim na duży wp… podczas koncertów

Ale zawsze jest szansa, że w domu usiądą i poczytają teksty. Wiem, że brzmi to strasznie drętwo, ale staramy się mówić „o czymś”; zależy nam, że nawet jeśli słowa giną w metalowym brzmieniu, to one jednak są, i jeśli ktoś poświęci trochę czasu, znajdzie w nich coś, co skłoni go do zastanowienia się.

Życzę żeby tak było. Wspomniałeś o wczesnych płytach, o korzeniach, ale dla mnie najfajniejszy jest fakt, że znowu wracacie w pięknym stylu do tych zapętlonych, transowych pomysłów, które w pewnym sensie definiują wasz styl. Kiedy usłyszałem „Fostering the Divide”, od razu pomyślałem o „Close To A World Below”, mojej ulubionej płycie Immo.

Dzięki, ta płyta była pewnym przełomem dla Immolation, wypracowaliśmy na niej formułę, która rozwinęła się chociażby na „Unholy Cult”. Te, jak to nazywasz, transowe konstrukcje przydają naszej muzyce intensywności, takie zajadłe powtarzanie motywów ma być może jeszcze większą siłę oddziaływania niż brutalne blasty. Nie sadzę, by nowy materiał w całości nawiązywał do „Close…”, ale z tym jednym numerem muszę się zgodzić (śmiech). Na pewno będzie się dobrze prezentował na koncertach. Nie było jakiegoś założenia, że wracamy do tego czy innego okresu w naszej twórczości. Staramy się nie patrzeć w przeszłość, nie porównujemy, bo to byłoby strasznie niedobre dla tworzenia muzyki. Jeszcze nie nadszedł ten moment, kiedy będziemy musieli odgrywać stare płyty. Żyjemy tu i teraz, gramy nowe rzeczy. Dzisiaj skupiam się na „Atonement”.

Jesteś zadowolony z okładki? Dla niektórych jest trochę, hmmm, kiczowata, nie zrozum mnie źle…

Wiesz, każdy ma swoje upodobania. Okładka to pewna wizja, oddanie albumu, tego, co ze sobą przynosi. Może ta jest trochę komiksowa, ale jednocześnie pozostaje jedną z bardziej sugestywnych. Nie chcę do niej nikogo przekonywać. Mnie się podoba i pasuje do charakteru muzyki.

Niedługo (wywiad był przeprowadzony w styczniu – przyp red), w lutym ruszacie na koncerty razem z klanem Cavalerów, fetujących rocznicę wydania „Roots”. Nie będę pytał, czy pasujecie, bo w sumie dzisiaj wszystko już do siebie pasuje, ale raczej o atmosferę towarzyszącą poczynaniom kolegów po fachu. Nie uważasz, że to trochę groteskowe? Wyobrażasz sobie sytuację, kiedy np. Immolation się rozpada i powstają dwie frakcje, które będą na koncertach grać stare kawałki z czasów, kiedy razem je tworzyli?

Nie podchodzę do tego w ten sposób, staram się mieć w miarę obiektywne podejście i nie mam prawa osądzać Maxa i Andreasa. Wiem, że media uwielbiają takie sytuacje, że podsycanie nienawiści lepiej się sprzedaje. Ale nie wiem w zasadzie jakie są relacje Sepultury z Maxem. Osobiście nie widzę możliwości takiego rozwiązania w przypadku Immolation. Będziemy grać do momentu, kiedy temat się skończy i tyle. Żadnych dziwnych akcji z prawnikami (śmiech). Skoro Max jest kompozytorem muzyki na „Roots” to mógł coś takiego zrobić. Wiadomo, że dla wielu ludzi to właśnie on jest nadal utożsamiany z tą wielką Sepulturą, ale nie mam prawa odmawiać Kisserowi możliwości tworzenia pod tą nazwą. Wiem, że gadam trochę zbyt pojednawczo, ale dlaczego miałbym być sędzią w tej sprawie? Nie sądzę, by można było tę sytuację wyprostować. Na pewno nie będzie tzw. szczęśliwego finału. Ale czy dlatego miałbym nie uczestniczyć w tej trasie?

Nie chodzi o to, myślę raczej o nieszczęśliwej sytuacji w jakiej są ci muzycy…

Dlatego staramy się, by w Immolation dosłownie wszystko rozwiązywać w dyskusji i nade wszystko unikać konfliktów. Wiesz, uwielbiamy być w trasie, grać koncerty, często spać w gównianych warunkach. A w takich sytuacjach bardzo łatwo o jakieś zadziory. Dlatego rozmawiamy i rozmawiamy. Na szczęście, jesteśmy bardzo spokojnymi ludźmi, raczej obce są nam wybuchy złości, po prostu jesteśmy nudziarzami (śmiech). I dlatego ze sobą wytrzymujemy. Poza tym liczy się coś w rodzaju zespołowej higieny, czyli, kiedy nie gramy, każdy zajmuje się swoim życiem. Dlatego, jak wchodzimy do studia, za każdym razem czujemy ten zastrzyk adrenaliny i ekscytacji. Oby jak najdłużej…LIVE

Nie boisz się takiego momentu, kiedy Immolation przestanie wzbudzać wśród fanów emocje?

Nie, bo zawsze znajdą się nowi, których nasza muzyka w jakimś sensie dotknie. Bardziej boję się momentu, kiedy sami przestaniemy odczuwać radość z grania, tak nawiązując do tego co mówiłem przed chwilą. Ale na razie na to się nie zanosi, więc jestem zadowolony i napakowany adrenaliną. Wszystko działa jak należy.

Czego zatem mam wam życzyć?

Żeby pasja w nas nie umarła. Żeby nie umarła w naszych słuchaczach i żebyśmy mogli się dalej tak dobrze bawić jak do tej pory.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu