ILLUSION – 100% zaangażowania

Mocny rock, grunge, nóż i lata 90 – te? Oczywiście – tylko Illusion. Ikona mocnego grania ze złotej dekady powraca z pierwszą po kilkunastu latach płytą Opowieści, o której rozwodziłem się już w dziale z recenzjami. Aktualnie zespół jest po klubowej trasie, zadowolony i z nadziejami na kolejne wojaże. Można nie lubić Lipy i kolegów, można podchodzić z przymrużeniem oka do poważnych tekstów, nie sposób jednak nie docenić mocy, jaka emanuje z muzyki kwartetu. Dzisiaj, po dłuższym kolegowaniu się z nową płytą trójmiejskich grajków, jestem pewien, że to faktycznie jeden z najlepszych krążków ekipy, czas zatem na kilka słów od samych zainteresowanych. Przed państwem rozmowa z perkusistą Illusion – Pawłem Herbaschem.

Na początek chciałem wrócić na moment do płyty, która zamykała pierwszy rozdział historii Illusion, czyli „6”. Zauważyłem, że część z Was wypowiada się o tej płycie w kategoriach rozczarowania, sugerując, że była ona syndromem zmęczenia zespołu. Też tak uważasz?

Paweł: Nie uważam tak… Muszę jednak przyznać się do tego, że na dzień dzisiejszy nie za bardzo pamiętam kawałki z tej płyty (śmiech). Nie traktuję jej jako materiału gorszego niż poprzednie i nadal mi się podoba. Oczywiście, nigdy nie byłem zadowolony w identyczny sposób z każdej płyty, ale myślę, że znajdzie się na niej z pięć czy sześć dobrych numerów.

Pamiętasz pierwszą wspólną próbę Illusion po wieloletniej przerwie? Był stresik?

Tak, stresik był. Pamiętam, że kiedy już wiedzieliśmy, że zagramy, słuchałem muzyki z płyt, numerów, które mieliśmy grać i chodziłem na salę prób, żeby przećwiczyć te utwory, które mogłyby sprawić mi problem. Kiedy w końcu doszło do spotkania, byłem trochę spięty. Potem zagraliśmy i okazało się, że w zasadzie wszystko pamiętamy! Po pierwszej próbie byłem mega zadowolony.P5

Kiedy w zasadzie zapadła decyzja o tym, że nagracie nową płytę? To był impuls, czy sprawa „przedyskutowana”?

Nie była to jednorazowa decyzja, dojrzewaliśmy do tego. Na początku miał być tylko jeden koncert. Potem agencja koncertowa zaproponowała kolejne występy – Spodek, Torwar, Ergo Arena… Grało się bardzo fajnie, w sumie nawet lepiej niż kiedyś. Posypały się kolejne propozycje, min. Ursynalia a w międzyczasie otrzymaliśmy propozycję nagrania muzyki do spektaklu. Reżyser tej sztuki, który w zasadzie nie znał zespołu, zobaczył teledysk do utworu „Solą w oku” i stwierdził, że nasze granie będzie dobrym uzupełnieniem spektaklu. Jednak z biegem czasu okazało się że ze spektaklu nic nie wyjdzie. W związku z tym, pojawił się w naturalny sposób temat nagrania albumu. Tyle na ten temat w dużym skrócie.

Mieliście jakieś obawy, co do przyjęcia muzyki przez ludzi? Baliście się, że może „nie zażreć”?

W zasadzie, kiedy robiliśmy muzykę na sali prób, w ogóle w ten sposób o tym nie myśleliśmy, po prostu tworzyliśmy i to było najważniejsze. Jasne, był moment, kiedy zastanawiałem się jak ludzie przyjmą nowe numery, to chyba normalne. Ale potem, na koncertach, kiedy zobaczyliśmy reakcje tłumu, stało się jasne, że jest bardzo dobrze i nie ma się czego obawiać.

Płytę nagrywaliście w wiślańskim studiu DEOrecordings, miejscu, które zostało rozpowszechnione w latach 90 – tych, kiedy nagrywały tam prawie wszystkie, mocne zespoły, od was począwszy, na Acid Drinkers czy Kobong skończywszy. Sentyment?

Nie chodziło o sentyment. Kiedy robiliśmy nowe numery, zaprosiliśmy do nas na próbę Adama Toczko, chcieliśmy, żeby on nas nagrał. Adam przyjechał, wsadził zatyczki do uszu, położył się na kanapie i słuchał. Potem wyszliśmy zapalić papierosa i powiedział nam – panowie, jest znakomicie, nagrywamy płytę na „setkę” w Wiśle! I na tym stanęło. Poza tym, to bardzo dobre studio, przeszło ostatnio gruntowny remont, ma nowy sprzęt. No i ten klimat… Wychodzisz ze studia a tam las, góry… Piękna sprawa – rano śniadanie, potem nagrywamy, wychodzimy na obiad, znowu wracamy do pracy. Bardzo fajny czas, w sumie relaks.

Możesz porównać pracę nad „Opowieściami” z sesjami do poprzednich krążków? Są jakieś różnice?

Jakoś specjalnie nie pamiętam sesji z lat 90 – tych… Jeśli już, to pamiętam, że praca w studiu była dla mnie zawsze dużym stresem. Tymczasem teraz, podczas nagrywania „Opowieści” czułem się rewelacyjnie. Gra mi się dużo lepiej niż wtedy, może chodzi o większe doświadczenie, lata grania. Wtedy bardziej się spinałem, teraz jest luz. Jest też dobra forma, nad którą pracowałem – kiedy gramy dwugodzinny koncert, to gdzieś dwa numery przed końcem setu czuję, że mógłbym rozwalić mój zestaw perkusyjny; pewnie im człowiek starszy, tym lepszy (śmiech…).

W latach 90 – tych Illusion miał niemal kultowy status, nawet jeśli ktoś tam kręcił nosem, nie ulegało wątpliwości, że byliście jednym z najlepszych, koncertowych składów w tym kraju. Nie tęsknicie za tym?

No co ty! Absolutnie nie. Po koncertach w 2012 i 2013 roku wcale nie mamy takich odczuć. Reakcje były wyśmienite. Teraz, na trasie promującej „Opowieści” było inaczej, bo graliśmy w mniejszych klubach, poza tym, koncert w Łodzi przeniesiono na jesień, ale gigi w Warszawie, Radomiu, Zabrzu czy Wrocławiu były zajebiste. Świetne reakcje ludzi, przekrój wiekowy, widzieliśmy często ojców ze swoimi dziećmi a po koncertach, jak tylko ochłonęliśmy zawsze rozmawialiśmy z ludźmi, było rewelacyjnie. Spotkaliśmy się wręcz z opiniami, że nowa płyta jest bardzo dobra, ale w wersji koncertowej jeszcze lepsza… Tak więc za niczym nie muszę tęsknić (śmiech).

Czy po kilku dobrych latach muzycznej separacji, kiedy spotkaliście się znowu na sali prób i na scenie, zdołaliście siebie nawzajem czymś zaskoczyć?

Były to jakieś drobne rzeczy podczas procesu twórczego, nie wiem… jakiś ciekawy riff? Na przykład: Śmigiel kupił specjalnie gitarę, „rzeźbił w domu” i przynosił na próbę riffy.

100% zaangażowania

100% zaangażowania

Napisałem w recenzji, że ta płyta jest przyprószona taką, mentalną siwizną, poważna – czy wypływa to z waszych, życiowych doświadczeń?

Wiesz, na temat strony tekstowej musiałby się wypowiedzieć Lipa… Jeśli chodzi o muzykę, to nie widzę jakichś różnic, po prostu spotykaliśmy się i robiliśmy muzykę, tak jak umiemy i czujemy. Czy coś się zmieniło? Chyba jakoś radykalnie nie, ludziom muzyka się podoba i to jest dla nas najważniejsze.

Czy oprócz Illusion robisz jakieś „skoki w bok”?

Nie, mój poprzedni zespół Oxy.gen po koncertach „Męskie granie” w 2010r zawiesił działalność. Teraz skupiam się na Illusion. Przyznam, że nie należę do takich gości, co ładują sprzęt do samochodu i jeżdżą w różne miejsca, grając z wieloma zespołami, to nie dla mnie. Wystarczy mi jeden zespół, w który angażuję się w 100% (śmiech…).

Plany na najbliższe miesiące?

Przede wszystkim – koncerty, granie, bo to jest najważniejsze. Na dzień dzisiejszy mamy zaklepanych 11 koncertów, management zapewnia, że będzie jeszcze więcej, w czerwcu jedziemy też do Londynu, a potem, zobaczymy…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Rafał Kurs