HUTA PLASTIKU – Kontynuacja

Z Hutą Plastiku spotkaliśmy się już przy okazji debiutanckiej ep-ki i był to miting bardzo udany. Lubię zespoły, które mają zdecydowane podejście do życia i swojej twórczości. Huta Plastiku nie wymyśla prochu, po prostu dłubie w nowofalowo – gotyckiej niszy i ukręca z tego proste, przyjemne rockowe kawałki. Coś jak Savages, tylko bliżej Janerki niż Ameryki. Przy okazji wydanej znienacka płyty Bezlubie okazało się, że można ten styl dopracować i wskoczyć na wyższy poziom. Nowe nagrania robią wrażenie, bo zespół ani na moment nie zapomina, że liczy się przede wszystkim rytmiczna piosenka. Na okoliczność „Bezlubia” rozmawiałem z zagubionym gdzieś w dalekiej Anglii, śpiewającym basistą Przemkiem Zawolem.

Smutek. To jedyna, pewna rzecz, jaką przynosi „Bezlubie”. Czy ten smutek wynika z życiowych sytuacji, czy po prosu grając nowofalowe dźwięki tak się ma? A może z jeszcze innego powodu nie mogę się opędzić od tej iście wisielczej, wciągającej atmosfery?











Mnie zawsze bardziej przyciągały dźwięki nostalgiczne, emocjonalne i liryka spod znaku np. poezji Świetlickiego coś w czym się da zanurkować i poczuć to co autor miał na myśli, kontemplować to. Dziś widzę, że miało to dużo wspólnego z moim dzieciństwem i młodością, poszukiwaniem miejsca w świecie dla siebie, chęcią ucieczki w emocjonalny spokój i buntem. No i już tak mi zostało i w tym czuje się najlepiej. Obojętnie czy gram punka czy pop, gram brudno i emocjonalnie. To jest chyba sposób na wciągniecie słuchacza w coś więcej niż tylko odsłuchanie albumu, tak żeby w głowie pozostał nie tylko refren piosenki, ale i emocje. Dla mnie to wyznacznik sztuki w całym jej spektrum. Musi pozostawiać w odbiorcy jakiś ślad. Może smutek to najprostsza droga żeby to osiągnąć, po prostu…

Ale w takim razie „Bezlubie” należałoby odczytywać jako swego rodzaju kreację artystyczną, co sugeruje pewną abstrakcję, oderwanie od rzeczywistości. A przecież słuchając płyty, cały czas mam wrażenie, że to jednak owa rzeczywistość – i to niekoniecznie tylko polityczna – odciska na tych emocjach swoje niezmywalne piętno…











No właśnie nie zdawałem sobie sprawy z takiego nasączenia smutkiem tego co zrobiliśmy, bo podczas tworzenia towarzyszyła nam radość. Tym bardziej, że materiał powstał w cztery miesiące i szło nam to naprawdę bardzo sprawnie. Piosenki same się komponowały, udało nam się poza werbalnie ustalić wspólną metodę pracy, z czego mieliśmy największą satysfakcję. To było naprawdę radosne. Dopiero osoby, którym to potem prezentowałem, zwracały uwagę, że to bardzo smutne. Osobiście traktuję płytę jako preludium do wyjścia ze smutku, który towarzyszył mi przez dużą część życia. Powiedziałem do siebie w tekstach to co chciałem usłyszeć i mogę iść dalej.

Kontynuacja...

Kontynuacja…

Czyli jednak. Ta płyta to taki Twój gabinet terapeutyczny? Ty sobie pomogłeś, ale nie obawiasz się że ktoś obcujący z tym materiałem może odwrotnie – wpaść w depresję?











Gabinet terapeutyczny mam gdzie indziej. To raczej podsumowania. Miałem obawy, o których mówisz. Skonsultowałem je z chłopakami i powiedzieli, że nie odczuwają jakiejś presji psychicznej ze strony tych tekstów. One są jednak w dużej mierze neutralne i traktują o rzeczywistości, która taka naprawdę jest. A jak sobie ktoś z nią poradzi to już jego problem. Nie wierzę w taką sugestywność tekstów, musiałbym być Popkiem (śmiech).

Fakt, muzyka ma przede wszystkim bawić. I tę rolę spełnia znakomicie. Szczególnie w kontekście inspiracji bo jest niezłą rejzą w przeszłość. Może to nudne pytanie, ale czy uważasz, że sięganie po raz kolejny do skarbnicy zimnych lat 80. nadal ma sens?











Nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Wydaje mi się raczej, że to kontynuacja postpunkowego nurtu, który się faktycznie w 80. zaczął jako odprysk punkrocka. Dlaczego nie pyta się punkowych kapel czy sens ma czerpanie ze skarbnicy rocka lat 70.? Postpunk miał wiele twarzy. Od Joy Division przez Bad Brains po Slayera, emanował w różne strony, otarł się o mainstream przy okazji Nirvany i wrócił do podziemia. W stacjach radiowych na zachodzie ciągle istnieją audycje prezentujące nowości z postpunkowego undergroundu. Dzięki temu mieliśmy ostatnio okazję pojawić się muzycznie w radiach we Francji i w Stanach. Posłuchaj tych audycji, linki są na naszym fejsie. Tam są same nowości, to się cały czas dzieje. To nie powrót, a kontynuacja. Tak to widzę.

A skoro padają już jakieś nazwy, nie sposób nie odnieść się do bezpośrednich inspiracji, jakie kryją się za waszą płyta. Słyszę tu wczesny The Cure, przemknie gdzieś „Pornography” („Hmm”), jest „janerkowe” frazowanie, trochę bauhausu w niektórych gitarach. Dorzuć coś do tego worka razem z uzasadnieniem… inspiracji.

Nasz gitarzysta Artur kompiluje w swoim stylu grania wszystkie swoje koldłejwowe doświadczenia. Jest w tym mistrzem i to w zasadzie decyduje o barwie tych utworów i naszym stylu. Jeśli chodzi o Janerkę to cóż, słabym jestem wokalistą i staram się sobie radzić tak żeby nie drażnić słuchacza. Głos Janerki to przypadek ha, ha… Zwróć uwagę, że w kawałku „Bezlubie” to bardziej Kapitan Nemo. Z tego co już słyszałem, ludziom mój głos się kojarzy  również z Maleńczukiem i Gawlińskim. Nie robię tego specjalnie. Jest też wiele inspiracji z poza obrębu koldłejw jak Frida, Rush, Morphine, Type O Negative, Dead Skeletons czy dla mnie np. przy pisaniu tekstów DonGURALesko i jego ostatnia płyta „Magnum Ignotum”.  Pozamuzyczna inspiracja to… fejsbuk. W zasadzie to taki prawie koncept album.

Płyta stanowi też zwarty koncept muzyczny, jedynie ostatni numer… Nie mogę sobie z nim poradzić. Co Wam przyszło z tym d-betem?!











Ja jestem starym hardcore’owcem, kocham ten rytm. W sumie lepiej, gdyby to było zagrane pięć razy szybciej ha, ha. Jego transowość doskonale pasuje do reszty i daje fajne podsumowanie. No i to przełamanie na 6/8. To trochę chęć pokazania sobie, że to nasza muzyka, możemy z nią zrobić co chcemy, mamy ubaw robiąc ją i mimo wszystko, nie chcemy siedzieć w jednej szufladzie.

No i kolejny, niepokojący element. Okładka. Bardzo dobra. Bardzo sugestywna. Kilka słów zatem o oprawie płyty…











Autorem rysunku na okładce jest mój kolega Daniel Hilbrecht. Poprosiłem go, aby posłuchał pierwszego utworu i zrobił jakąś wariację na ten temat. Czytałem w zeszłym roku artykuł o nowej nerwicy natręctw, która w ingliszu nazywa się „nolikephobia”, czyli ciągłe sprawdzanie czy są nowe lajki pod postami na fejsie. Facebook przeszedł ewolucję od niewinnego portalu do lansu selfiakiem, po mocne narzędzie agitacji politycznej i politycznego trollingu. Po akcji z zeszłego roku, gdy przy okazji nagonki na uchodźców okazało się, że wielu moich dobrych znajomych to zwykli hipokryci, postanowiłem ograniczyć wpływ tego medium na moje życie i wybrać się do krainy bez lajków czyli na Bezlubie. Bezlubie to świadomy i ostateczny tryumf nad nolikephobią (śmiech). Stąd taka okładka i tytuł. To mniej więcej powiedziałem Danielowi, gdy poprosiłem, by narysował obrazek. Czasem mam wrażenie, że jest lepszy niż płyta (śmiech).

Trochę w temacie promocyjnym. Gdzie widzicie możliwość zaistnienia? Ty w Anglii, reszta składu w Polsce a czasy dla muzyki trudne. Konkurencja duża, ciasno…











Wyjechałem do Anglii, w celu wytatuowania oczu i wykonania kilku skaryfikacji na twarzy. Potem już promo pójdzie samo he, he. A tak serio, to nie wiem. Nie walczymy z nikim na muzykę, robimy swoje, nagrywamy i robimy swoje i nagrywamy. Promocją zajmuje się nasz wydawca Tomek z Bat-Cave Productions. On wie komu tę muzykę podsunąć. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Mieliśmy już kilka miłych zwrotów od słuchaczy po naszej ep-ce. To jest fajne, nawet raz do roku. Ba, nawet tylko raz usłyszeć od kogoś, że wsłuchał się w to co zrobiłeś i ma swoje przemyślenia na ten temat, to jest czad. Masową świadomością raczej nie zawładniemy.HP

Nie o masową świadomość chodzi, ale o mechanizmy. Rozmawiałem z pewnym polskim zespołem ze sceny HC, który ładnie określił swoje działania: „ważne, żeby nie przekraczać granicy obciachu”. Jaka jest granica dla waszych działań? Czy jest nią czas (a właściwie jego brak…) czy jakieś konkretne sytuacje? Nie chciałbyś być „nowofalowym celebrytą”?

Ooo, myślę, że do granicy obciachu to nam daleko jeszcze. Szczerość wystarczy. Dla mnie Zenek Martyniuk jest wzorcem szczerości. Kocham numer „przez te oczy zielone zielone oszalaaaaałem” . Tam słychać, że on oszalał przez te oczy ha, ha. Nieważne co robisz, rób to szczerze i całym sobą, a do granicy obciachu się nie zbliżysz.









 Celebrytą mogę być na andergrandowym „Kundelku” jeśli powstanie. Jestem otwarty ha, ha.

Gdzie w wersji optymistycznej widzisz miejsce Huty? Co będzie dla Ciebie i zespołu taką namiastką sukcesu w wersji niezależnej?











Tak, jak wcześniej mówiłem, gdy ktoś przychodzi i mówi mi „ej a tam w tym tekście to miałeś to na myśli, nie?” To jest dla mnie sukces, czuję wtedy, że nie wymyśliłem sobie, że mam coś do przekazania tylko faktycznie mam. To jest dla mnie sztuka. Czuję, że zostawiamy po sobie coś wartościowego. Wszelkie, techniczne formy oceny tego materiału odnoszą się tylko do anturażu w jaki przybrany jest rdzeń będący zjednoczeniem fal mózgowych trojga ludzi wyrażonym dźwiękami. Miejsce Huty Plastiku jest na półce z dobrą muzyką.

Myślę, że na zakończenie będzie coś o planach na nadchodzący nowy rok…











Mamy w zasadzie gotowy materiał na następną płytę. Jeśli czas, miejsce i chęci dopiszą to ją nagramy, ale nie ma ciśnienia. Ja mam trochę pomysłów na solowy materiał, fajnie gdyby mi się udało je zrealizować. Chłopaki działają w nowym, koldłejwowym składzie tak, że muzycznie na pewno nie zardzewiejemy.

Rozmawiał Arek Lerch







Zdjęcia: Aleksander Ruść