HOWL – Jesteśmy pełni piekła

Jesteśmy dumni z tego, kim jesteśmy, nawet jeśli inni nazywają nas dziwakami, pedałami czy jakkolwiek inaczej…

Kwartet z Providence to kolejna część epopei Relapse pt. „szukamy najbardziej rockowych, wulgarnych i korzennych zespołów na amerykańskim kontynencie”. Wydarci z piwnicznych czeluści, zainfekowani starym metalem z lat 70 – tych, maniakalni fani Black Sabbath, nieco nieświadomie zahaczający o trend zwany sludge. A na pewno szczerzy i oddani hałaśliwemu rzemiosłu fanatycy, którzy może nie posuwają muzyki do przodu, ale sprawiają, że na moment mogę uwierzyć, iż za sprawą gitar i fuzzów można zmienić życie. W każdym razie świadczy o tym nowe dzieło zespołu – „Full Of Hell”. Przed Wami gitarzysta Vincent…

To pierwszy wywiadzik do naszego portalu, dlatego na dobry początek kilka infosów odnośnie waszego bandu?

Vincent: Wielkie dzięki za możliwość zaprezentowania się maniakom w Polsce! Jesteśmy metalowym zespołem z Providence i gramy od jakichś czterech lat. Ja gram na gitarze i drę ryja. Andrea obsługuje drugą gitarę, Timmy obtłukuje bębny a  Rob szarpie bas. Początki były takie, że zaczęliśmy się spotykać z Timmym, zakładając dwuosobowy, instrumentalny zespół. Pograliśmy trochę koncertów i w końcu stwierdziliśmy, że trzeba się poważnie za to zabrać. Skaptowaliśmy Andreę i Roba. Gramy walący po jajach metal i chcemy naszym dźwiękiem stopić Twoją twarz.

Full Of Hell to drugie dzieło w barwach Relapse – jak przebiega współpraca?

V: Relapse to znakomita wytwórnia, doskonale się współpracuje, tym bardziej, kiedy każda ze stron ciężko haruje.

HOWL to kolejny zespół, który w swojej muzyce składa ukłon Black Sabbath. Wasze połączenie stonera, doom metalu i hard rocka ma wielu zwolenników. Powiedz mi, co jest takiego nadzwyczajnego w tej muzyce?

V: Nie zgodzę się do końca z Twoim opisem naszej muzyki. W naszych dźwiękach odbija się przede wszystkim METAL. Oczywiście, nie mam zamiaru zaprzeczać, że u podstaw znajdziesz Black Sabbath, inspirujemy się takimi zespołami, to przecież nasza młodość, na nich się wychowaliśmy. Dlatego w utworach piętno odciska w dużej mierze doom. Jednak najbardziej lubimy mówić o naszej muzyce, że to po prostu – metal. Musisz słuchać go najgłośniej jak się da, posłuchaj tak naszej płyty a zobaczysz, że nieco zmienisz zdanie. To właśnie jest nadzwyczajne w tej muzyce; hałas, potężne brzmienie, które przyciąga i fascynuje ludzi. Gramy muzykę, jaką kochamy i cieszymy się, jeśli ktoś także ją polubi. Tak to wygląda…

Jak jest w przypadku HOWL z tekstami – traktujesz je poważnie, czy to tylko uzupełnienie muzyki? Jakie historie kryją się za poszczególnymi tytułami?

V: Cóż, traktuję teksty bardzo poważnie, to nie jest jednak do końca tak, że opowiadam jakieś realne historie, ale w moich impresjach jest sporo wpływów zwyczajnego życia, z jakim się  stykam. To mnie inspiruje i stanowi bazę, choć nie ukrywam, że staram się, by teksty były także pod względem artystycznym odpowiednio wyszukane. To też rodzaj kreacji, jak muzyka. I w tym przypadku   zależy nam, by wszystko było dopracowane i miało sens.

Kogoś może zaintrygować tytuł albumu – skąd takie pesymistyczne, diabelskie przesłanie?

V: To jest hołd złożony heavy metalowi, siostrom i braciom w metalu. Nikt już nie pisze tekstów na ten temat, nie przywołuje tego etosu. Myślę, że z powodzeniem mogę powiedzieć, że metal ma na nasze życie duży wpływ, jakoś je inspiruje i dodaje kolorów. W każdym razie ja sobie bez niego nie wyobrażam codziennej egzystencji. Począwszy od ludzi, których spotykamy na koncertach, przez zespoły, które nas inspirują, aż po muzykę, dzięki której nie zwariowaliśmy w średniej szkole. Metal odegrał swoją rolę, spowodował, że zdecydowaliśmy się w życiu akurat na takie a nie inne kroki. Jesteśmy dumni z tego, kim jesteśmy, nawet jeśli inni nazywają nas dziwakami, pedałami czy jakkolwiek inaczej. To o tych z nas, którzy opuścili normalne, utarte tory i znaleźli radość w metalu. To jest przesłanie dla metali – jesteśmy pełni piekła!

Jednym ze znaczących elementów płyty jest znakomite, tłuste i szorstkie brzmienie – jak udało Wam się osiągnąć takie cudo?

V: Człowieku, nie ma tu niczego fantastycznego… Zbieramy się razem, piszemy riffy i potem pracujemy ze znakomitym producentem, który dokładnie wie, jakiego soundu szukamy. No i super, że efekt ci się podoba.

Zgodzisz się z teorią, że nowe kawałki są zdecydowanie bardziej zróżnicowane i „ogarnięte” pod względem aranżacyjnym niż na ep – ce sprzed dwóch lat?

V: Jasne, myślę przede wszystkim, że nowy stuff jest bardziej naturalny, lub lepiej skomponowany, jak wolisz. Inna sprawa, że to są tylko abstrakcyjne określenia, chęć ujęcia muzyki w kilku słowach. Nowy materiał jest po prostu inny niż starsze numery i tak ma być. Inaczej wszyscy by się szybko naszą muzyką znudzili.

Żyjemy w dziwnych, trudnych dla muzycznego biznesu czasach – piractwo, muzyka w Internecie mocno zmieniają jego oblicze  – jak myślisz, dokąd to wszystko zmierza?

V: Jeśli cała ta sprawa ma zmienić proporcje między kreatywnością a czystym biznesem, jeśli Internet ma pomóc w rozwoju, to w końcu jestem na tak. Niektórzy mówią, że Internet i piractwo zabijają muzykę, bo pozbawiają ten biznes jakichś tam zysków. Nie sądzę jednak, żeby kasa i zarabianie miały zastępować muzykę, uczucia i miłość do tej zabawy. Jeśli ktoś faktycznie zajmuje się muzyką, myśli o niej w kategoriach rozwoju, poszukiwań i emocji, Internet w niczym mu nie przeszkodzi…

Może to trochę nietypowe pytanie, ale pamiętasz najdziwniejsze osoby, jakie odkryły i polubiły waszą muzykę? Takie, po których byś się tego nie spodziewał?

V: Graliśmy wiele koncertów, na których spotykaliśmy ludzi, mających inne upodobania i muzyczne korzenie niż my i oni lubili naszą muzykę. Myślę, że to zajebista sprawa, po to właśnie cały czas ostro pracujemy nad zespołem, by ludzie doceniali włożoną w niego pracę. Graliśmy często na festiwalach w zestawieniu z kapelami, do których pasowaliśmy jak pięść do oka a i tak kończyło się radosną integracją… Odmienność to podstawa zadowolenia. Pamiętam, że graliśmy kiedyś z zespołem folkowym, lekko eksperymentalnym, nazywali się Sleepy Sun. I choć nic nas z nimi nie łączyło, ich muzyka, energia, wywarły na nas ogromne wrażenie. Totalnie inna sprawa, ale przecież także bardzo dobra i godna uwagi.

Pozostając nadal przy koncertowej aktywności – pamiętasz swój najlepszy i najgorszy występ?

V: Najgorszy moment, jaki pamiętam z naszych koncertów, to występ w pewnym miasteczku, kiedy jakiś pijany idiota zaatakował naszą gitarzystkę   krzesłem. Chciał jej przywalić, miał jakiś problem, ale dostał od niej kopa. Najlepsze jest to, że po tej akcji Andrea wróciła na scenę i dalej grała. Najlepszy moment – kiedy podczas ostatniego koncertu na trasie zespół Skeletonwitch zaprosił nas na scenę, żebyśmy sobie z nimi zrobili pamiątkowe foty. Miłe uczucie.

A z kim najbardziej chcielibyście zagrać trasę?

V: Oprócz Skeletonwitch? Trudne pytanie, cenimy wiele zespołów… Może z Watain, na pewno z Tool. A z takich nierealnych pragnień, to z Led Zeppelin, The Beatles, Black Sabbath, może z Panterą…

Dzięki za rozmowę i do zobaczenia na jakimś koncercie, może w Polsce…

V: Dzięki za zaproszenie!! Mam nadzieję, że kiedyś będzie okazja, żeby się u was pojawić i skosić wasze głowy!

Rozmawiał Arek Lerch