HOWL – surowy czosnek i sztylety

HOWL zmężniał. Na przestrzeni ostatnich lat zmienił nieco skład, przeszedł długą drogę z czeluści piekieł aż do momentu, w którym pokazał światu nową płytę „Bloodlines”. Materiał zdecydowanie lepszy od „Full of Hell”. Mocniejszy, silnie zakorzeniony w death metalu, bardzo rytmiczny i solidnie kopiący w dupę. Jasne, nie jest to dzieło epokowe, na dość tłocznej scenie sludge metalowej znajdzie się parę lepszych krążków, ale nawet na ich tle HOWL trzyma wysoki poziom i może na kilka chwil zainteresować miłośników orania buldożerowatym dźwiękiem. Dla tych, którzy chcieliby się skusić, dodatkowa zachęta w postaci kilu słów od mr. Vincenta Hausmana, wokalisty i gitarzysty zespołu, z którym pogawędkę rozpoczęliśmy od wpływu, jaki na muzykę wywiera miasto Providence…

Jest kilka miast, które w historii muzyki znaczą bardzo dużo – Nowy Jork, Chicago, Waszyngton czy Seattle, a teraz z powodzeniem dołącza do nich Providence – stolica sludge rocka. Jak żyje się w takim, wpływowym miejscu?

Vincent: Osobiście nie mieszkam już w Providence, ale przez wiele lat to było moje miejsce, w którym żyłem. Faktycznie, to wspaniałe miasto, znane głównie z całej masy fajnych Grafikazespołów. Dlaczego taka muzyka się tu zagnieździła? Może dlatego, że to miasto ma też całkiem sporo ciemnych miejsc? Providence to też bardzo stare miejsce. Pamięta wojny, przelaną krew, jak dobrze się w niego wsłuchać i wczuć, można odkryć historię i te stare wibracje. Gorąco polecam każdemu, kto zapuści się w te rejony, żeby spróbował odkryć tu coś dla siebie. Nie wiem jednak, czy Providence stanie się kolejnym Seattle (śmiech).

Ok., powróćmy na moment do Waszej poprzedniej płyty – „Full of Hell”. Jak dzisiaj, już po nagraniu „Bloodlines” oceniasz jego zawartość?

Ten album w swoim jestestwie jest odbiciem mrocznej i przesiąkniętej narkotykami zimy, podczas której pisaliśmy ten materiał. Pamiętam, że było cholernie zimno, nie sądzę, żeby ktoś z nas był choć trochę szczęśliwy. I to się odbiło w tej muzyce, w niekończących się, starych, rozjechanych riffach, ciemności, błotnistej, brudnej produkcji. Wydaje mi się, że nasz zespół przypominał wtedy statek, który płynął przez ocean, próbując złapać właściwy kurs a zamiast tego wpłynął w sam środek czarnego jak piekło sztormu.

Faktycznie, mrocznie to musiały być czasy – rozumiem jednak, że to się opłaciło? A może potem tez ciągnął się za wami mrok?

Różnie bywało. Wiesz, ja mam takie przeświadczenie, że muzyka generuje pewien klimat w życiu, w tym co się wydarza. Kiedy promowaliśmy ten materiał też różne rzeczy się działy. Graliśmy w miejscach, gdzie nikt nie był nami zainteresowany, promotor potrafił nas wydymać i zostawić na lodzie. Na szczęście, nie jesteśmy zespołem, który gra milion koncertów w każdej dziurze. Ale były też momenty, które utwierdzały nas w tym co robimy, np. trasa z Helmet, St Vitus i Crowbar. To był dla nas zaszczyt i naprawdę świetny czas. Wiesz – pić wódę z Wino z St Vitus i dyskutować o metalu z Kirkiem Windsteinem – to, kurwa, wspaniałe doświadczenie.

Muzyka, jaką gra HOWL jest zakorzeniona i ściśle związana z tym, co robił Black Sabbath. Czy dzisiaj zdarza wam się wracać do tych mega – klasyków? Można powiedzieć, że to nadal inspiracja?

Oczywiście, wszyscy słuchamy klasyki. Myślę, że świadomość korzeni, niezależnie czy, mówimy o muzyce czy innych sprawach, jest niezbędna. Można robić własne rzeczy, wykorzystywać naukę i tworzyć na tej bazie coś, co ma nowy, nie znany jeszcze smak. To prawdziwa przyjemność i zaszczyt. Takie definiowanie na nowo pozwala też unikać kopiowania. Najlepszy hołd dla tych zespołów, to zrobić własną, oryginalną muzykę i inspirować nią innych.

 surowy czosnek i sztylety

surowy czosnek i sztylety

„Full of Hell” to przykład czystej formy sludge metalu. Ten gatunek także ewoluował i dzisiaj ma mnóstwo odłamów – czy może jakoś to uporządkować?

To trudna sprawa… Sludge jest tym, czym ludzie chcą, żeby był. Jak zwał, tak zwał a my po prostu gramy muzykę. Kochamy bluesowe skale i riffy, lubimy ciężar i smród wzmacniaczy, agresję, jaką emanuje ta muzyka, to wszystko. Robimy co nam się podoba, ważne, żebyśmy sami byli zadowoleni. Nie dbam o to, jakiej nazwy się w stosunku do nas używa.

Kiedy zaczęliście myśleć o nowej płycie? Jakie jest dla Ciebie optymalne miejsce do pracy – sala prób, własny dom? A może bus, którym jeździcie w trasy?

Wiesz, inspiracja do napisania nowego kawałka, riffu, tekstu może trafić się wszędzie – na spacerze, w autobusie, pod prysznicem i w kiblu (śmiech…). Ja zazwyczaj mam przy sobie coś do nagrywania, żebym mógł od razu rejestrować pomysły. Jakiś riff, czy melodię, którą zaśpiewam i od razu zarejestruję. Każdy coś tak kombinuje a potem przynosimy to i obrabiamy na próbach, już jako zespół.

Nowa płyta „Bloodlines” to przede wszystkim duże zaskoczenie od strony rytmicznej, która tym razem rządzi. Szacun dla Waszego pałkera. To wzmocnienie muzyki, dociążenie jest jakoś racjonalnie wytłumaczalne?

Tak, chcieliśmy dociążyć muzykę HOWL, by nie nagrywać kolejnej płyty w takim samym stylu. Chcieliśmy mieć materiał bardziej agresywny, cięższy, potężniejszy. Pisaliśmy utwory oczywiście w tradycyjny sposób, owo ubieranie w zbroję następowało na próbach. Ale muszę tu także dodać, że udało się zrobić materiał bardziej różnorodny niż na „Full of Hell”.  Taki metalowy skurwysyn.

Doszedłem do wniosku, że środek ciężkości na „Bloodlines” przesunął się ze sludge w stronę czystego death metalu – efekt zamierzony czy przypadek?

Skoro chcieliśmy bardziej agresywny materiał, to trudno się dziwić, że wyszedł death metal (śmiech). To konsekwencja tego, co zrobiliśmy na próbach. Oczywiście, nie było tak, że powiedzieliśmy sobie – „ok., panowie, robimy death metalowy album”. Brzmiało to raczej tak: „Zróbmy kawałki, które będą jak sztylety, przekłują uszy, serca i umysły”. Wiem, brzmi dziwnie, ale tak to widzę.HOWL1

Dokonałem ciekawego odkrycia – kiedy porównałem „Bloodlines” z najnowszym dziełem Six Feet Under „Unborn”, okazało się, że jest tu cała masa podobieństw – praca sekcji rytmicznej, ciężar, sposób aranżowania… Co myślisz o takim zestawieniu – prawda czy bzdura?

Ha, ha, ha… Nie, twoja opinia to nie bzdury, człowieku. Każdy słyszy w muzyce inne rzeczy, inaczej ocenia, wyszukuje inne konteksty. Po prawdzie nie słyszałem zbyt wielu płyt Six Feet Under, szczególnie w okresie, kiedy tworzyliśmy „Bloodlines”, ale być może takie podobieństwa są. Doceniam taką perspektywę i muszę sprawdzić ich nowy album.

Jak wyglądała sesja nagraniowa tego kolosa – mrok i krew czy rzeczowa, poukładana praca?

Nagrywaliśmy płytę z Zeusem a to już samo w sobie jest pewnym, mocnym doświadczeniem. To znakomity, ale też wymagający producent. To nie tak, że przychodzisz z byle czym a on zamienia to w złoto. Musisz mieć coś, czym możesz się pochwalić, zdobyć jego zainteresowanie. Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz. Nażarliśmy się przed spotkaniem surowego czosnku i śmierdzieliśmy jak nie wiadomo kto. Zeus jakiś czas później powiedział mi, że tamto spotkanie było dla niego straszne, bo myślał, że jesteśmy jakimiś żebrakami i nie za bardzo miał ochotę z nami pracować. Dobrze, że w końcu poznał się na muzyce a nie na naszych zwyczajach kulinarnych (śmiech).

„BHOWL liveloodlines” to mocny tytuł – czy kryją się za nim jakieś mocne przekazy, coś, o czym warto wspomnieć?

Tytuł jest dobry, to fakt. Co się za tym kryje – piszę o tradycji, która często niszczy szczęście ludzi, o przekazywaniu takiego fatum z pokolenia na pokolenie. Może pewnego dnia ludzie w końcu zrozumieją, że to humanizm, nasz własny potencjał musi zwyciężyć tradycjonalizm, religię i fanatyzm. Takie są moje marzenia i przesłanie tych tekstów…

Jeśli miałbyś wymyślić coś w rodzaju „dream – team tour” – jaki byłby to skład? Z kim chciałbyś spędzić czas na długiej trasie?

Człowieku, trudne pytanie (śmiech). Chciałbym pojechać ze Slayer, ale Jeff Hanneman nie żyje, więc nie wiem… No tak – wycieczka marzeń to trasa z Behemoth! Polskie, metalowe sukinsyny rządzą!

Co planujecie w najbliższych miesiącach?

Najbliższe plany to trasa po Stanach i Kanadzie w towarzystwie Lord Dying w czasie lata, potem jeszcze jedna trasa w USA, ale to już jesienią. No i nadzieja, że znowu zawitamy do Europy i chcemy zagrać znowu w Polsce!

Dzięki, czekamy a ostatnie słowo należy do Was…

Dziękujemy za rozmowę i zainteresowanie, sprawdźcie koniecznie nasz nowy album i odwiedzajcie nas na facebooku. Do zobaczenia gdzieś w Polsce!!

Rozmawiał Arek Lerch