HORSE LATITUDES – działamy intuicyjnie

Finlandia kojarzy mi się głównie z muzyką przesłodzoną do granic wytrzymałości albo z hałasem w stylu Rotten Sound. Dlatego Horse Latitudes zaskoczył mnie i to podwójnie, bo poza samą stylistyką intryguje składem. Dwóch basistów i śpiewający pałker to raczej niecodzienny widok, nie uważacie? Muzyka, jaką proponuje  grupa to także mało oczywiste dźwięki. Niby wywodzące się z posępnej tradycji Black Sabbath, jednak sam zespół – fotografując się w turystycznych klimatach a la Darkthrone – woli określać je jako… inspirowany Hellhammer drone-doom. Takie przypadki znają pewnie lekarze psychiatrzy, a my możemy spróbować zmierzyć się z tym cudakiem, bo najnowsza płyta „Awakening” wydana została tuż za miedzą, przez czeską wytwórnię Doomentia. Na okoliczność tego występku spowiadał się wokalista Harri. Czyli perkusista…

 

Horse Latitudes jest grupą znaną raczej wąskiemu gronu odbiorców w naszym kraju, bo też i Finlandia kojarzy się raczej z melodyjnym graniem, zatem na początek kilka słów wprowadzenia…

Zespół powstał na początku 2009 roku z inicjatywy Heidi i Vellu, którzy mieli pomysł, by grać muzykę opartą na powolnym pulsie dwóch basów, coś w stylu drone – doom, inspirowanym Hellhammer. Wkrótce potem pojawiłem się i ja, zresztą nie tylko obsługiwałem bębny ale także zająłem się wokalami. Pierwsze demo nagraliśmy w 2010, a pod koniec tego samego roku pojawił się pierwszy album „Gathering”. Teraz promujemy drugi album, równolegle ze splitem z Hooded Meance. Żeby dopełnić obrazu, muszę wspomnieć też o kasetowym wydawnictwie – splicie z Loinen, który to materiał wydała wytwórnia Quagmire. To chyba wszystko. Aha – nie gramy melodyjnie… Bardzo czekaliśmy na nową płytę, bo pokazuje ona pewne nowe możliwości naszego składu. Jesteśmy zrelaksowani i bardzo zadowoleni.

Wydawać by się mogło, że taki układ instrumentalny prowokuje dość mocno techniczne Goranie – co zatem jest dla Was istotne – zgranie, instrumentalne wprawki, czy raczej stawiacie intuicyjnie na pomysł i riff?

Technika jest na samym końcu tej listy. Pomysł na riff i brzmienie są najważniejsze a techniczne szczegóły są istotne jedynie jako pomoc w realizacji pomysłów muzycznych. Nie interesuje nas tworzenie muzyki bazującej tylko na technicznej biegłości, bo to prędzej czy później mści się na zespole. W przeciwieństwie do tego, prosta, ale spójna muzyka prezentuje się dużo lepiej. Nie chodzi nam oczywiście o prostotę samą w sobie, tylko o to, by konkretnie wrażać kompozycję bez zbędnych ozdobników. Liczy się brzmienie, rytm i riff…

Dochodzimy zatem do najbardziej kuriozalnej sprawy – skład HL to dwaj basiści i śpiewający perkusista. Co zdecydowało o rezygnacji z gitary?

Zespół założyło dwóch basistów zafascynowanych potęgą niskich częstotliwości i to zdecydowało o charakterze grupy. Bogate brzmienia basowe i tłusty dźwięk w zupełności zastępują nam gitary sześciostrunowe. Wolne, ociężałe rytmy w zestawieniu z takim niskim brzmieniem zabijają zdecydowanie bardziej. I pobudzają wyobraźnię.

Zastanawiam się jedynie, czy taki układ jest komfortowy podczas komponowania?

Myślę, że zdecydowanie pomaga, bo jest wyzwaniem. Mając gitarę zapełniasz strukturę kompozycji jednym brzmieniem i często na tym się kończy. Natomiast dwa basy wymagają zdecydowanie większego wysiłku w przygotowywaniu aranżacji. I to jest ciekawe. Musimy dokładniej słuchać brzmienia instrumentów, żeby je odpowiednio różnicować, taka praca pozwala nam lepiej zrozumieć istotę muzyki a o to chyba muzykom chodzi.

działamy intuicyjnie

działamy intuicyjnie

Macie na koncie dwie duże płyty – możesz je ze sobą porównać? Jakie są punkty wspólne a jakie różnice?

Tematycznie nowa płyta jest na pewno kontynuacją „Gathering”, rozwija pomysły, które tam się pojawiły. Na pewno to krok do przodu, pojawiają się nowe możliwości i my jesteśmy bardziej świadomi celu, do jakiego dążymy. Wydaje mi się, że nowa muzyka jest „ciemniejsza” od „Gathering”.  Te wszystkie zmiany wychodzą całkiem naturalnie, nie ma w tym jakiegoś specjalnego planowania, premedytacji. W sumie trudno wyselekcjonować takie elementy, które różnią się od siebie na tych dwóch płytach. Kontynuacja, to najlepsze słowo.

Kiedy rozpoczęliście prace nad „Awakening”? Jak przebiegał proces twórczy i sama sesja?

To zabawne, ale niektóre elementy i pomysły na „Awakening” pojawiły się jeszcze przed nagraniem debiutanckiej płyty, w  okolicy naszego pierwszego demo. Z kolei część materiału powstała krótko przed wejściem do studia, wiosną 2011 roku. Nie komponowaliśmy  w określonym terminie, z myślą o nagraniach, po prostu pewne tematy pojawiały się w różnych okresach, raz wcześniej, raz później, potem to zbieraliśmy do kupy a najtrudniejszy okres to chyba właśnie selekcjonowanie materiału, który miałby znaleźć się na płycie. Dużo czasu spędziliśmy grając te numery i zastanawiając się, co do czego pasuje, bo zależało nam na spójnej płycie. Staramy się działać intuicyjnie, bo tak przygotowana muzyka jest naturalna i zachowuje tą potrzebną spontaniczność. Te pomysły, które teraz odłożyliśmy, na pewno jeszcze kiedyś się pojawią na naszych płytach. Sam proces nagrywania w przypadku obydwu albumów był dość podobny – pierwszą płytę nagraliśmy w trzy dni a najnowszą – w pięć, z tym, że „wbiliśmy” w tym samym czasie kawałki na wspomniane już splity z Hooded Menance i Loinen. Większych problemów podczas sesji nagraniowej nie pamiętam, może poza przepalonymi wzmacniaczami i topiącymi się, plastikowymi obudowami. Z racji krótkiego czasu, jaki spędziliśmy w studiu, byliśmy zmuszeni do koncentrowania się na muzyce a nie myśleniu o wygłupach. Inna sprawa, że studio znajduje się w bardzo małym miasteczku, więc nie było wokół nas zbyt wielu wielkomiejskich pokus, spokój i przyroda. Tylko tyle…

bez wielkomiejskich pokus...

bez wielkomiejskich pokus...

Wasza płyta przebyła długą drogę z Finlandii do czeskiego wydawcy, czyli Doomentia Records – jak układa się współpraca?

Spoko, jesteśmy zadowoleni. Właśnie ukazuje się winylowa wersja „Awakening”, która wyszła lepiej niż się spodziewaliśmy, mamy zatem powody do zadowolenia. Nic, tylko dziękować Doomentia za wszystko, co dla nas robią.

Opowiedzcie coś na temat waszych koncertowych dokonań – gdzie dotarliście z Waszymi basami i gdzie najbardziej Wam się podobało?

Trochę już poobijaliśmy się po świecie i zawsze jest fajnie; chyba najgorzej było podczas naszego pierwszego koncertu w Tampere, gdzie wrzucono nas do składu z wieloma zespołami i w dodatku graliśmy na samym końcu, dla wymęczonej publiki, tuż przed zamknięciem klubu. Czas nas gonił a na dokładkę spieprzył się jeden wzmacniacz basowy, po prostu wybuchł na scenie. Na domiar złego facet, który nagłaśniał koncert miał już dość imprezy, był wściekły i podczas naszego występu niemal zmusił nas do zakończenia koncertu, zaczął wyłączać odsłuchy, robił wszystko, żebyśmy już sobie poszli. To zostaje pamięci i do dzisiaj nie lubimy grac jako ostatni zespół. Magia była za to np. na naszym moskiewskim koncercie. Najdłuższy występ jak do tej pory, świetne przyjęcie. Niesamowity wieczór…

Na koniec kilka słów odnośnie planów zespołu na najbliższe czasy?

Oczywiście, przede wszystkim koncerty, będziemy grać min. z Hooded Menance, Lurk, Casketss Open i pewnie zabierzemy się za nowe piosenki, choć jak to w naszym przypadku bywa, nie wiem, czy wszystko potoczy się szybko, czy raczej rozwlecze w czasie. Lubimy dawać sobie fory, tak, by wszystko toczyło się swoim trybem. Muzyka musi płynąć w nas, musimy czuć jej działanie, żeby zdecydować się na jej nagranie. Czas pokaże.

 

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Tania Sterm

Zespół w lesie: Aleksi Ilmonen