HOODED MENACE – Biegnące stado mamutów

Kiedy Hooded Menace uderza w struny to trzęsie się podłoga, a na fundamentach pojawiają się rysy. Zupełnie jakby obok przebiegało stado mamutów. Ponury doom metal zakrapiany deathowymi patentami to znak rozpoznawczy kapeli, która w 2012 wydała swój trzeci longplay „Effigies of Evil”. Od czasu piorunującego debiutu „Fulfill the Curse” z 2008 roku oraz jego następcy, wydanego dwa lata później „Never Cross the Dead”, Finowie pozostają jednym z liderów gatunku. Główny kompozytor i założyciel zespołu, Lasse Pyykkö, odpowiedział na kilka ważnych pytań.

 

Każdy Wasz album to duży krok naprzód czy raczej powolna ewolucja?

Myślę, że każdy kolejny album to mały krok do przodu. Nie sądzę, że z płyty na płytę przechodzimy jakieś drastyczne zmiany. Przy każdym nagraniu staramy się dorzucić jednak coś nowego do naszego brzmienia, aby nie powtarzać schematów i zaskoczyć choć odrobinę słuchacza.

W studio zespół tworzycie tylko Ty oraz Pekka, a na żywo gracie jako kwartet. Skąd taka decyzja?

Zdecydowanie łatwiej pracuje się nam w studio, kiedy ogarniamy temat tylko we dwoje. Przez lata trudno było nam w ogóle znaleźć odpowiednich ludzi do grania w Hooded Menace. Teraz, w końcu sytuacja zmieniła się na lepsze, ale wciąż następują rotacje składu. Nasz basista Antti niedawno odszedł. W tej sytuacji Markus, który śpiewał na koncertach, będzie także grał na basie. Prawdopodobnie będzie także nagrywał z nami przyszły materiał. To spora nowość, bo do tej pory ja rejestrowałem wszystkie wokale. Na żywo ja i Teemu gramy na gitarach oraz oczywiście Pekka na bębnach.

Ile miałeś lat, jak zacząłeś grać metal i jak z perspektywy czasu patrzysz na ten biznes?

Miałem czternaście lat jak zacząłem grać z Phlegethon. Grałem już w innych kapelach wcześniej, ale to był pierwszy poważny zespół. Ze względu na fakt, że zacząłem tak wcześnie, dość szybko nauczyłem się na czym polega ta branża i jakimi prawami się rządzi. Poza tym chłonąłem bardzo dużo muzyki i dużo się o niej dowiedziałem jeszcze w szczenięcym wieku. Wydaje mi się, że to ukształtowało mnie jako kompozytora. Nigdy nie byłem maniakiem nauki gry na gitarze. Nie kręciło mnie granie znanych kawałków. Od zawsze chciałem pisać własne numery i na tym się skupiłem. Jeśli chodzi o sprawy biznesowe, nie zaprzątam sobie tym głowy. Jestem sporym ignorantem w tej kwestii (śmiech)!

Wszystkie okładki Hooded Menace są doskonałe, widać nie satysfakcjonuje Cię byle co. Czy grafiki są dla Ciebie równie ważne, jak muzyka?

Nie posunąłbym się w tym twierdzeniu tak daleko, ale muszę przyznać, że strona wizualna naszych płyt jest dla mnie bardzo istotna. Mam spore wymagania i zawsze z pasją pracuje nad tym, aby wydawnictwa HM prezentowały się zabójczo. Za każdym razem niezwykle ekscytuję się, kiedy dostaję do wglądu wczesne szkice naszych przyszłych okładek. Jaram się wtedy jak rzadko.

Hooded Menace to nie czysty, klasyczny doom, ponieważ dorzucacie także inne elementy. Masz poczucie, że stworzyliście nowy podgatunek?

Podstawą jest przede wszystkim death i doom metal, ale jestem przekonany o tym, że ten zespół ma swój indywidualny charakter. Czerpiemy z klasyki, ale robimy to na swój sposób. Płyty Hooded Menace mają swoiste brzmienie i choć nie jest to rewolucja w gatunku, wnosimy na tyle dużo, że nasz sound jest rozpoznawalny.

Biegnące stado mutantów

Biegnące stado mutantów

Posiadasz bardzo niską barwę głosu, która wydaje się wręcz nieludzka i idealnie pasuje do Hooded Menace. Korzystasz w studio z efektów, pracujesz jakoś nad wokalem?

W produkcji dorzucam takie efekty jak echo czy delay, a nagrywanie wokali to dla mnie zawsze wielkie wyzwanie i istna droga przez mękę. Właściwie w ogóle nie ćwiczę i za każdym razem kiedy przychodzi ten moment podczas robienia płyty, wokale zabierają mi najwięcej czasu. To cholernie żmudny proces. Z jednej strony nienawidzę tego robić, ale jak jestem już w nastroju to potrafię wypluć w studio płuca, co daje mi pewną perwersyjną przyjemność i satysfakcję. Nie mniej jednak to strasznie upierdliwa robota.

Między numerami często umieszczacie cytaty z filmów grozy. Jesteś fanem gatunku czy po prostu to fajnie pasuje do muzyki Hooded Menace?

Jasne, jestem fanem horrorów. Wydaje mi się jednak, że nie korzystamy z filmowych sampli zbyt często. To byłoby po prostu nudne. Mały fragment raz na jakiś czas potrafi dobrze podkręcić atmosferę, ale nie staramy się przechwalać, że znamy wszystkie podziemne filmy grozy.

W 2012 roku byliście na trasie w Stanach Zjednoczonych. Jakie masz wrażenie z tego wypadu?

Trudno mi powiedzieć jaka dokładnie była frekwencja na poszczególnych koncertach, ale w sumie zagraliśmy w USA pięć sztuk. Maryland Deathfest w Baltimore, Nowy Jork, Austin oraz Las Vegas. Chyba tylko występ w Filadelfii był wyjątkowo skromny, bo przyszła jedynie garstka ludzi. Graliśmy z Anhedonist i Ilsa. Mam wrażenie, że Amerykanie łykają doom metal dość dobrze. Byłoby ekstra jeszcze wrócić tam na kilka koncertów.

Pomiędzy trzema płytami studyjnymi wydaliście także masę splitów, z Asphyx, Ilsa, Coffins, Anima Morte czy Horse Latitudes. To głównie Twoja inicjatywa?

Zasadniczo wszystkie propozycje splitów wychodziły ze strony Hooded Menace. Chyba tylko inaczej było w przypadku płytki z Asphyx. Na ten pomysł wpadli ludzie z Doomentia Records.

Większość Twoich projektów nagrywa w Waszym prywatnym studio. Czy w związku z tym dłubiecie nad materiałem godzinami, ponieważ nie jesteście tak mocno ograniczeni przez czas?

Z reguły w ostatnim czasie Hooded Menace rejestruje bębny w bardziej profesjonalnym studio, gdzie w przeciągu dwóch dni jesteśmy w stanie nagrać bardzo dobre ścieżki. Cała reszta jest robiona w Horrisound Studios, czyli w miejscu, gdzie normalnie mamy próby. Zgromadziliśmy tam sporo sprzętu, który jest dla nas wystarczający, jeśli chodzi o nagrywanie gitar czy wokali. Nie mamy tu jakichś nowinek technicznych czy sprzętu z górnej półki, ale w zamian posiadamy komfort pracowania w dowolnym czasie. Myślę, że to pozwala nam lepiej dopracować poszczególne kawałki i nadać im ostateczny szlif. Nie ma ścigania się z terminami i wychodzi to dużo taniej.

Jak wygląda scena metalowa w Twoim rodzinnym mieście Joensuu, położonym ponad 400 kilometrów na północny-wschód od Helsinek?

Jest tu kilka kapel, które raczej nie wybijają się choćby gramem oryginalności. W klimatach death/doom jesteśmy tu samotnym jeźdźcem. Poza tym nie kumpluję się z metalowcami z tego rejonu. Joensuu to małe miasto, ma tylko 70 tysięcy mieszkańców.

Pekka i Ty macie także drugi zespół Ruinebell. W jakich klimatach się poruszacie?

Kapelę założyłem z Dopim z Machetazo. Pierwotnie on grał na perkusji i śpiewał, ale w momencie kiedy doszedł Pekka, Dopi skoncentrował się wyłącznie na wokalach. Inspirujemy się mrocznym, zmetalizowanym crustem w klimatach Amebix czy Axegrinder. Momentami zalatujemy trochę Voivod albo nawet Godflesh. Do tej pory zrobiliśmy w 2011 jedną ep-kę „Demise in Disgrace”, na której znalazły się dwa numery. W 2013 prawdopodobnie ukaże się kolejna ep-ka, także nakładem Doomentia. Póki co nie planujemy dużego albumu.

Co jeszcze przewidujesz w kalendarzu na rok 2013?

Przede wszystkim będą to wydawnictwa Hooded Menace. Mamy dogadany już split z amerykańskim Loss, jedną ep-kę z dwoma nowymi numerami oraz kompilację demówek i rzadkich nagrań. Ukaże się także retrospektywne wydawnictwo z demówkami Phlegethon z lat 1989/90. Będzie to podwójny winyl z bonusem w postaci DVD. To wszystko będzie w katalogu Doomentia. Ponadto HM zagra w sierpniu na festiwalu Party.San w Niemczech. Z pewnością będzie więcej koncertów, ale ogłosimy je z czasem.

Rozmawiał Adam Drzewucki