HOKEI – wykraczamy poza estetykę i brzmienie

Hokei to jeden z tych niepozornych, brykających po obrzeżach biznesu zespołów, które przy bliższym poznaniu nokautują nie tylko muzyką ale także osobowością. Warszawsko – bydgoski projekt ma w składzie dwa zestawy perkusyjne, zaskakujące pomysły a na koncie debiutancką płytę „Don’t Go”, w odważny sposób puentującą poszukiwania noise’owych outsiderów z lat 90 – tych, przez połączenie wirtuozerii z dysonansem i niesamowitym klimatem. To chyba oczywiste, że nie mogłem przepuścić okazji i postanowiłem pociągnąć za język gitarzystę formacji, Piotra Bukowskiego. Myślę, że poniższa rozmowa w dużej mierze wyjaśnia zarówno moją fascynację jak i intencje muzyków, dużo szersze niż czynienie li tylko zwykłego hałasu.

Zamiast nudnej historii zespołu, zdradź co spowodowało, że zdecydowaliście się – mimo rożnych i licznych projektów – na wspólne granie?

Piotr Bukowski: Znałem muzykę chłopaków wcześniej (jako Ed Wood, Stara Rzeka), Igora też znam, pracowałem z nim wcześniej i tak się złożyło, że zdecydowałem się założyć swój zespół. Wybór padł na nich, trochę z racji mojej dłuższej obecności w Bydgoszczy (praca przy spektaklach) skąd pochodzi Kuba i Tomek i gdzie miałem okazję spędzić z nimi wiele wieczorów, ale głównie po prostu z racji, jakimi muzykami są i że łączy nas wiele muzycznych fascynacji.

Zawsze zastanawia mnie logistyka w przypadku zespołów, których członkowie mieszkają w rożnych miastach – jak Wam się udaje te sprawy ogarnąć, żeby wszystko dobrze funkcjonowało?

Umawiamy się zazwyczaj na intensywne sety prób przed koncertami. Dwa, trzy dni plus zasada, że spotykamy się przygotowani, bazą są nagrania ze studia, do których indywidualnie ćwiczymy. Wymaga to trochę dyscypliny, ale jak do tej pory działa znakomicie.h

Intryguje mnie wasza nazwa. Skąd ten orientalny wątek w waszej historii? Przypadek, czy ma to jakieś głębsze podłoże?

Przypadek, choć oczywiście nie skrywamy fascynacji japońską psychodelią. Kiedy szukaliśmy nazwy na zespół, w głowie siedziała mi cały czas pewnego rodzaju fizyczność tych utworów, sposób w jaki je wykonujemy, gramy; odczuwam dziwne, fizyczne zmęczenie, trochę jak podczas biegania. Szukaliśmy więc sportów mających jakiś magiczny element i przez przypadek grzebiąc w sztukach walki, znaleźliśmy właśnie hokei – rodzaj bezkontaktowego wykonywania/ćwiczenia/prezentacji japońskiego taido, mający wiele wspólnego z medytacją, jakimś dziwnym, surrealistycznym tańcem (czasem synchronicznym). Ciężko to opisać, ale stan w jakim znajdują się walczący (?) od razu przypomniał nam nasze próby.

Słuchając waszej płyty doznałem objawienia. Brzmi ono – muzyka zaczęła i skończyła się w latach 90-tych. Tak czy nie?

Zupełnie nie. Hokei może odnosi się do 90-tych brzmieniowo, ale myślę, że to co się stało potem, to co się dzieje teraz jest równie ciekawe i inspirujące, również w muzyce gitarowej. Fajnie, że to odniesienie jest czytelne (do 90-tych, bo to były zajebiste lata), zwłaszcza do dorobku amerykańskiej sceny niezależnej ze stajni Sub Pop czy Thrill Jockey, ale dla mnie, w Hokei’u równie dużo jest poukrywanych odniesień z sceny „rock in opposition” z lat 70/80-tych i wcześniej, do King Crimson czy Can.

A jednak estetyka brzmieniowa, pewne rozwiązania aranżacyjne wyraźnie wskazują, że to właśnie scena chicagowska, poza tym Fugazi czy The Jesus Lizard są wam bardzo bliskie. Możesz do tej puli dorzucić jakieś nazwy?

Don Caballero, Trans Am, Animal Hospital, Mi Ami, Medications, Fred Frith, The Necks, This Heat, Talking Heads, Coil, itd itd. Oj, dużo tego z różnych worków. Dużo jest także pozamuzycznych inspiracji, Antoni Tapies, Philip K. Dick i wiele, wiele godzin przegadanych wspólnie przy piwie. Nie lubię tak naprawdę porównań, choć wiem, że to ułatwia ogarnięcie jakiegoś zjawiska – to, co nazywamy sobie Hokei wykracza znacznie poza estetyki i brzmienia.

Rozmowy przy piwie… Dużo spontanu jest w waszej muzyce, czy właśnie jest to muza starannie zaprojektowana, wymyślona?

Z jednej strony tak, mamy przecież matematykę Roberta Frippa z tyłu głowy, z drugiej fascynuje mnie chaos, destrukcja. Tak więc analogicznie obok Frippa w głowie, w naszych sercach mieszka Guy Picciotto z Fugazi. W Hokei chodzi o oscylowanie między tymi dwiema skrajnościami, ale na bardzo wysokiej amplitudzie, badanie gdzie przebiega granica, jak jest cienka, jakie emocje niesie. Mamy więc zaprojektowaną strukturę, mocny szkielet, jak w utworze „Zodiak”, ale wrzucony on jest w rozchybotany wokal. To usilne dążenie by utrzymać pion, mimo, że się upada, jest osią całej płyty.

Wzbudzacie entuzjazm. Mój kolega powiedział, że to najbardziej klimatyczne techniczna płyta jaką słyszał. Macie poczucie, że udało się stworzyć coś autentycznie wartościowego?

To miłe, ale myślę, że nie nam to oceniać. Czas pokaże. My jesteśmy zadowoleni i raczej jedną nogą już w nowym materiale. Nie lubimy zastoju.

wykraczamy poza estetykę i brzmienie

wykraczamy poza estetykę i brzmienie

Macie w składzie dwóch pałkerów. Ciekawa opcja, ale niewygodna. Logistycznie słabo a kompozycyjnie jak to wygląda? Dobrze pracuje się z dwoma perkusistami? Zastanawia mnie też taka sytuacja – kiedy któryś z kolegów nie może zagrać koncertu, wystarcza jeden zestaw czy musi być komplet? Co w zasadzie daje użycie dwóch perkusji?

Jeśli jeden nie może, po prostu nie gramy koncertu. Kompozycyjnie najciekawsze jest wymyślanie uzupełniających się partii. Tomek gra trochę do tyłu, Igor z kolei do przodu – obaj świetnie się uzupełniają, pilnując nawzajem. Ponadto brzmieniowo udało nam się znaleźć ciekawie, inaczej brzmiące dwa zastawy. No i dwie perkusje kapitalnie brzmią na żywo, generując unikatową energię, którą dość ciężko jest oddać na płycie, ale na żywo ma to jak najbardziej sens.

Co było inspiracją? NoMeansNo czy Fugazi z okresu, kiedy w zespołach było dwóch perkusistów?

Chyba najbardziej Tortoise. Ale Fugazi też jak najbardziej.

Słuchając płyty, zastanawiam się jaka jest rola wokalu w waszej muzyce. Pojawia się z rzadka, jest raczej dodatkiem. Czy komponujecie muzykę w założeniu instrumentalną, do której dokładacie partie wokalne jako swego rodzaju smaczek, czy śpiew, wbrew mojemu mniemaniu, jest integralną częścią muzyki na „Don’t Go”?

Dla mnie zawsze był kolejnym instrumentem, dodatkowo nacechowanym znaczeniem/treścią jaką niesie. Jest integralną częścią płyty, ale gdy komponowałem te utwory, nigdy nie myślałem o nich w kategorii piosenek. Piosenki, z racji tradycji, mają dość sztywną formę, strukturę, do której jesteśmy przywiązani i to dzięki niej tak łatwo je rozpoznajemy i przyswajamy. W przypadku Hokei’a, z tych powodów właśnie, nie chciałem, żeby piosenka była punktem wyjścia, czułem, że może mnie to ograniczać.

Właśnie, struktura. Mam wrażenie, że w wielu momentach na płycie, zamiast bawić się w aranżacje, pozwalacie muzyce spontanicznie płynąć, wpaść w transowe koleiny w czym przypominacie mi trochę odrodzony Swans. Czy o wydobywanie takiego aspektu muzyki chodzi? Na koncertach – jak rozumiem – kawałki z płyty zamieniają się w długie improwizacje??

Materiał z płyty gramy na koncertach praktycznie 1:1 – mamy parę miejsc w secie, które puszczamy zupełnie wolno, ale zawsze staramy się trzymać kompozycji, dyscypliny. Zobaczymy jak długo taka formuła wytrzyma, zwłaszcza, że w ciągu koncertu mamy może dwie krótkie przerwy między utworami, całą resztę gramy jako całość. Myślę, że z nowym materiałem będzie więcej transu, „puszczenia”, ale też mam nadzieję podkręcić w drugą, bardzo skondensowaną stronę.

Płyta wyszła w okolicach sierpnia, jak zatem kształtuje się promocja – czy można mówić w ogóle o promocji takiego rodzaju muzyki, zważywszy na jej niszowy charakter?

Płyta wyszła dokładnie 2 sierpnia i jak zawsze z taką muzyką, obowiązuje święta zasada D.I.Y. W Polsce nie istnieje coś takiego jak „mid-level” w branży muzycznej, coś co na zachodzie wykształciło się i działa bardzo sprawnie jako pomost między małymi labelami a majorsami. Polska muzyka niezależna ma się znakomicie i jest doceniana na zachodzie, dlatego skupiamy się z jednej strony na ogarnięciu polskiego podwórka a z drugiej dotarciu do zachodniej prasy, rozsyłaniu promosów, szukaniem kontaktów. DIY…

 dwie perkusje kapitalnie brzmią na żywo

dwie perkusje kapitalnie brzmią na żywo

Jesteście zespołem, który ma duże szanse stać się kolejnym po Plum ambasadorem amerykańskiego alternatywnego nosie rocka nad Wisłą. Dlaczego taka muzyka jest w pewnych kręgach popularna, tym bardziej, ze lansuje się głównie szmirę a niezależne środowiska hołubią co najwyżej crust punka…

Wynika to chyba najbardziej ze świadomości muzycznej słuchaczy, albo po prostu jej braku. Polska ma bardzo słabą edukację muzyczną już na poziomie przedszkola, nie mówiąc o lekcjach muzyki prowadzonych przez panie od plastyki. To szerszy i głębszy problem dotykający chyba każdej dziedziny sztuki w Polsce – wystarczy rozejrzeć się dookoła by szybko dostrzec, że żyjemy w kraju, w którym na bardzo podstawowym poziomie wyczucia estetyki panuje jakieś ogólne, głębokie upośledzenie. A jeśli chodzi o Plum – hmmm, nie wiem czy stanowisko ambasadora amerykańskiej alternatywy nad Wisłą to jest coś, co nas w ogóle interesuje.

Jak wygląda tworzenie muzyki w zespole? Czy wstępnie macie jakiś szkielet, wypełniany potem dźwiękami, czy wszystko odbywa się na zasadzie jamu? Czy mieliście problem z rezygnacją z typowo piosenkowej, zwrotkowo-refrenowej formy? Czy może takie schematy są poza Wami?

Gotowe szkielety/pomysły przynoszę ja. Na takiej bazie pracujemy, rozwijamy dalej kompozycje już wspólnie. Jeśli chodzi o schematy to – jak mówiłem wcześniej – raczej nie myślę o tych utworach w kategoriach piosenek. Nie nazywając, zostawiamy sobie furtkę do poszukiwań.

Trochę o studyjnej robocie – gdzie nagrywaliście i w jaki sposób udało się wypracować brzmienie? Jakieś specjalne sztuczki, analogowe magnetofony itp? Jak wygląda nagrywanie dwóch zestawów perkusyjnych? A może wszystko odbyło się metodą 100%?

Obie perki nagrywane były w jednym pomieszczeniu, na tzw. setkę, wykorzystując dobre mikrofony i wiedzę Michała Kupicza, który nas realizował. Gitary, wokale i syntezatory dogrywane były osobno, ale podczas tej samej, trzydniowej sesji. Potem wspólny mix, całość przeszła jeszcze przez trochę analogowych kompresorów, master przepuszczany był dodatkowo przez stary stół mikserski. Reszta to po prostu duże wyczucie i doświadczenie Michała jako realizatora.

Masz swoich faworytów na płycie? Jeśli tak to jakie i dlaczego?

Chyba nie. Płytę odbieram raczej jako całość… może „Koty Psy” jeśli miałbym wskazywać. Chyba przez klimat.

Słowo „klimat” ciągle powraca. Myślisz, że to po prostu przypadek, pewien układ dźwięków wywołujący taką reakcję, czy może wpływ na to ma osobowość muzyka, abstrahując od jego umiejętności formalnych?

Chyba miks wielu cech… ciężko powiedzieć. Technika to jedno, ale w dobie, kiedy nie ma już prawdziwych herosów gitary, jedynie mierne kopie, za którymi bez sensu jest podążać, warto czerpać ze świata pozamuzycznego, budując swój styl, język instrumentu. Poza tym ważne jest, że udało mi się zebrać w zespole bardzo świadomych muzyków, sprawnych technicznie i otwartych na niestandardową pracę, ale też niezwykle ciekawych ludzi, mających swoje inne pasje.

Gdzie przebiega ta granica między tradycją, standardem a „pracą niestandardową”?

 Hokei - Off Festiwal

Hokei – Off Festiwal

Na przykład w tym, że pracując nad kompozycjami często opieramy się na zapisie graficznym uwzględniającym bardziej wzajemne relacje, napięcia niż klasyczną notację. Tak było w przypadku „Kotów Psów”, gdzie bas Kuby w założeniu prowadzi całą kompozycję i od niego zależy, kiedy wprowadza zmiany w tonacji, na co musimy być wyczuleni. Te wszystkie zabiegi sprawiają, że wykonując utwory musimy być bardzo skupieni na wzajemnych relacjach.

A jak to skupienie sprawdza się na żywo? Na scenie wychodzi z was diabeł rogaty, czy pozostajecie „nerdami” do końca?

Myślę, że właśnie to balansowanie między tymi dwoma biegunami to główny motor napędowy naszych występów. Jedno i drugie jest równie pociągające.

Jakie największe osiągnięcia macie w temacie prezentacji na żywo? O czym warto wspomnieć?

Szczerze, to nie wiem. Ja bardzo szybko zapominam o występach, praktycznie nie jestem w stanie odtworzyć ani jednego w myślach. Myślę, że lepiej zostawić to pytanie dla odbiorców.

Zaliczyliście jedną z ważniejszych imprez muzycznych czyli koncert na off’ie. Jak ocenianie tę imprezę? Czy występ na w sumie opiniotwórczym festiwalu jest dla takiego zespołu jak Hokei szansą? Odczuliście w jakikolwiek sposób zwiększone zainteresowanie po tym jak pokazaliście się na off’owej scenie?

Na pewno tak. Nawiązaliśmy wiele cennych kontaktów. Jeśli chodzi o ocenę festiwalu to z jednej strony znakomicie, że taki festiwal się odbywa w Polsce i że mamy szanse zobaczyć u siebie jedne z najciekawszych zespołów z całego świata. To bardzo ważny festiwal pozwalający odkryć wiele nowej muzyki. Z drugiej strony pokutuje wciąż myślenie „Polska – reszta świata”, co przekłada się na wiele finansowo, logistycznych wpadek, które najboleśniej uderzają w polskie zespoły. Ta świadomość się powoli zmienia i mam nadzieję, że za rok festiwal troszkę inaczej spojrzy na rodzime grupy.

Zdradźcie jakie kroki wespół z wydawcą – Lado ABC szykujecie na najbliższe miesiące gdzie zamierzacie wojować i w jakim towarzystwie?

Jesienna trasa odbędzie się w październiku i listopadzie. Dwa wspólne koncerty z LXMP oraz NIWEĄ. Powoli szykujemy nowy materiał i drążymy dalej temat podjęty na „Don’t Go”. Reszta to tajemnica…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu, robocod