HIDDEN BY IVY – Całkowicie otwarta furtka

Podobno grają art pop. Podobno nie lubią gotyku. Podobno nie chcą na razie wychodzić na deski sceniczne. Podobno nagrali fajną płytę „Beyond”. Rozwiewamy wszystkie wątpliwości dotyczące Hidden By Ivy, zaglądamy za warsztatową kotarę, rozmawiając o Depeche Mode, produkcyjnej logistyce i korespondencyjnym komponowaniu muzyki. Po zespołowym świecie oprowadza nas wokalista Rafał Tomaszczuk.

Być może takie pytanie w jakimś sensie formatuje naszą rozmowę, ale nie mogę się oprzeć – parę dni temu miała miejsce premiera nowej płyty Depeche Mode, który, jak wiadomo, nadal budzi duże emocje. Zdążyłem się już w temacie oceny tej płyty pokłócić, zatem, muszę i ciebie zapytać o jej ocenę?

Nie słuchałem tej płyty, więc trudno mi ocenić. Słuchałem jedynie singla i nie porwał mnie za bardzo. Mam duży szacunek do DM, ale ostatnie ich płyty, tak od „Sounds…” nie robią na mnie wrażenia. Nagrali w tym czasie jeden, genialny utwór – „Wrong”.

A ja z nowej płyty jestem zadowolony. Siłą rzeczy, skoro DM wypłynęło, musi pojawić się new romantic i tzw. sentymenty. Czy nie drażniHBI was, że HBI ciągle opisywany jest z użyciem tego kontekstu – „mrok, new romantic/gotyk” itp.?

My jesteśmy sentymentalni i dobrze się z tym czujemy, ta cecha ma spory wpływ na naszą twórczość. Ejtisy cały czas grają nam w sercu, to są dźwięki, z których nie wyrośliśmy, nie mówimy tutaj tylko o new romantic bo myślę, że tego gatunku aż tak bardzo w HBI nie słychać. Natomiast na pewno stare 4AD i generalnie brzemienia oniryczne, gotyckie czy zimno falowe mają w sporej części wpływ na to, co słychać w HBI. Szczególnie Andy jest bardzo wierny tym dźwiękom, ja wychodzę trochę szerzej i staram się przemycać do naszej muzyki brzmienia bardziej nowoczesne. Oczywiście, jeśli ktoś określiłby HBI zespołem gotyckim to byłaby to nieprawda.

W jednym z wywiadów pojawiła się Twoja deklaracja, że zamierzacie/staracie się opuścić to gniazdko nazwane „dark indie”. Czy to nadal aktualne słowa, szczególnie w kontekście nowej płyty?

Tak, teoretycznie takie mamy zamierzenia, ale rzeczywistość wszystko weryfikuje i to jak zabrzmi finalnie płyta, uwarunkowane jest nie naszą zimną kalkulacją a chęcią szczerego przekazu bo to jest najważniejsze. Zatem jeśli płyta po nagraniu zabrzmi tak a nie inaczej to znaczy, że tak miało być, tak nam grało i tak czuliśmy i nie jest ważne jak muzykę określą słuchacze. Ja już się poddałem i przestałem walczyć o to jak nas zaszufladkują. To musi być po prostu szczere, nie chcemy oszukiwać siebie i słuchaczy, robiąc coś tylko dlatego, że mamy chęć na siłę te gniazdko opuścić. Ja mogę uważać, że to nie jest muzyka gotycka, natomiast nie mogę pozbawiać słuchacza swobody jej określania wg. jego własnych potrzeb. Moim zdaniem, nie ma to znaczenia jaki gatunek reprezentujemy. W HBI liczą się emocje, każdy z nas ma swoje własne, określone tylko przez siebie i mam nadzieję, że nasza muzyka, jeśli trafi na wrażliwego słuchacza, potrafi z tymi emocjami nawiązać odpowiedni dialog.

Zważywszy na duży renesans takiego klimatycznego grania i faktu, że po latach 4AD wraca w pięknym stylu, trafiacie w punkt. A pytanie brzmi: skąd w ludziach potrzeba takich skrajności? Z jednej strony rzesze zwolenników ma metal czy grindcore, gatunki ekstremalne, z drugiej jest w nas potrzeba, właśnie: delikatności, klimatu, jakiegoś uspokojenia. Z czego to wynika, twoim zdaniem?

Jeden woli łzawe melodramaty czy stare, klimatyczne filmy noir z Bogartem, drugi znajdzie radość w oglądaniu Ash vs Evil Dead. A niekiedy chętnie obejrzy i jedno i drugie bo emocje i wrażliwość ma podzielone. Podobnie jest z muzyką, każdy ma swoją drogę do ukojenie swoich emocji, to wynika po prostu ze stopnia i rodzaju uwrażliwienia odbiorcy na konkretne bodźce i rodzaj sztuki. Może to wynikać również ze stanu, w którym akurat się znajduje.

Zdradź, jak w zasadzie możemy określić to co dzisiaj gra Hidden By Ivy? Macie jakąś tzw. marketingową etykietkę?

Generalnie określane jest to jako mieszanka muzyki ambient, rockowej, neofolkowej i nowofalowej, w której słychać echa dźwięków charakterystycznych dla klasycznego okresu wytwórni 4AD, ale tak jak mówiłem, ważne jest to jaką treść i wartość znajdzie tam słuchacz; jeśli ma potrzebę określenia tej muzyki, to myślę, że dajemy mu duże pole do działania.

Dużo mówimy o przeszłości, korzeniach itp, ale wiem też, że nie tylko samymi sentymentami HBI żyje, bo np. ty cenisz sobie mocno chwaloną tu i ówdzie Chelsea Wolfe – możemy rozszerzyć ten temat – co we współczesnej muzie stanowi dla ciebie, wyzwanie, może konkurencję? Albo inspirację?

Nie chcę z nikim konkurować bo nie mam tego w naturze. Natomiast staram się śledzić na bieżąco co dzieje się obecnie na scenie i w muzyce, która obejmuje mój krąg zainteresowań. Bardzo cenię sobie współczesnych artystów w których wyczuwał i słyszę szczerość i swobodę oraz widzę radość z muzyki, którą robią . Zachwyca mnie ich poziom i sposób w jaki potrafią łączyć różne gatunki muzyczne, bo podobno w muzyce wszystko zostało powiedziane. Na przykładzie tych właśnie artystów myślę, że tak nie jest. Ponieważ poprzez umiejętne czerpanie i łącznie gatunków już wydawałoby się wyeksploatowanych, powstaje nowa, świetna jakość. Warto w tym miejscu wspomnieć o Chelsea Wolfe czy Tame Impala, którzy są doskonałym przykładem mieszania stylów, nowy utwór Ulver pokazuje jak zespół może przez cały czas zaskakiwać, moi ulubieńcy z Wild Beasts czy ostatnia płyta The Veils lub Wovenhand. Takich artystów jest oczywiście więcej i mam do nich ogromny szacunek, pokazują, że w muzyce alternatywnej, klimatycznej jest jeszcze wiele do zrobienia. I to mnie właśnie inspiruje. Czuję przez to dużo pokory przed własną twórczością.

Całkowicie otwarta furtka

Całkowicie otwarta furtka

Skoro mamy nakreślony krąg zainteresowań, skupmy się na tzw. logistyce. Zawsze z dużym zainteresowaniem przyglądam się projektom, które wybierają tzw. pracę korespondencyjną. Czy nie uważasz, że taka forma, pozbawiona kontaktu fizycznego, skupiona tylko na kooperacji wirtualnej, może być czymś w rodzaju połowicznej konsumpcji? Mówiąc prościej – nie obawiacie się, że laboratoryjne preparowanie muzyki jest w jakimś sensie sztuczne?

To jest system pracy, który został nam niejako narzucony poprzez uwarunkowania geograficzne. Białystok – Rzeszów, czyli ok. 500km. Radzimy sobie z tym w miarę naszych możliwości i przez ta kilka lat w naturalny sposób do tych warunków się dostosowaliśmy. Stało się to dla nas w pewien sposób normalne, to jak pracujemy, jak się kontaktujemy. nie przeszkadza nam to w żadnym stopniu dzielić się uwagami, komponować czy tworzyć aranże. Nie wpływa to też w żadnym stopniu, na „fałszowanie” przekazu zawartego na płycie, bo połowiczna konsumpcja czy laboratoryjne preparowanie może takie skojarzenia nasuwać. Gdyby tak się działo, gdybyśmy odczuli, że nie damy rady w ten sposób pracować, nie kontynuowalibyśmy tego. Od początku założyliśmy, że HBI ma nam przynosić radość, która polega opiera się na szczerych intencjach. Oczywiście, chcielibyśmy móc pracować na miejscu razem bo jest to inna jakość, inny rodzaj tworzenia. Może przy pracy nad następną płytą chwil, które spędzimy wspólnie przy pracy, będzie więcej.

Zostanę jeszcze na moment przy tych technicznych sprawach, związanych z nową płytą – jak wygląda takie korespondencyjne komponowanie, kto za co odpowiada, w jaki sposób przebiega ta kooperacja, bardziej od strony technicznej?

Wszystko zaczyna się od szkicu Andiego, zwykle podsyła mi jakiś pomysł , fragmenty czegoś, co może stanowić w przyszłości refren lub zwrotkę, ja zastanawiam się jak temat ugryźć pod kątem melodii wokalnej, jeśli jest szansa i czujemy, że warto się za to brać myślimy wtedy nad aranżem, wymieniamy się uwagami na ten temat i powoli ten aranż budujemy, dogrywając kolejny części utworu myśląc jednocześnie nad jego brzmieniem, Andy dogrywa instrumenty, podsyła mi próbki brzmienia. Ja w tym czasie pracuję nad wokalami i tekstem i tak powstaje wersja demo, która zdaje egzamin i dostaje szanse na dalszą nad nią pracę lub trafia do kosza (z którego czasami powracam nawet kilka razy tak , jak było to w przypadku utworu „Sunset Song”). W chwili kiedy utwór nabiera kształtu, Andy zaczyna go mixować u siebie a potem taki wstępny mix trafia do studia. w przypadku naszych dwóch płyt było to MP Studio Mariusza Piętki w Częstochowie. wtedy już Andy z Mariuszem wymieniali się uwagami i korespondencyjnie tworzyli mix ostateczny a potem mastering.

Nie korciło was nigdy, żeby np. na potrzeby studyjne zaangażować np. perkusistę? Albo innego muzyka? Uważacie, że pod tym względem samowystarczalność się sprawdza?

Oczywiście, że nas korci, jednak nie wszystko było możliwe do zrealizowania. Jednak już teraz, rozmawiając o następnej płycie, zakładamy, że pojawią się gościnnie inni muzycy, grający na żywych instrumentach. Mam nadzieję, że uda nam się ten plan zrealizować.

Naturalnym pytaniem w tej chwili jest to, czy w takim razie HBI jest tylko projektem studyjnym, czy planujecie tzw. życie koncertowe?

Ze względu na wspomniane wcześniej okoliczności pozostajemy projektem studyjnym, jednak z nadzieją na zagranie kiedyś w przyszłości kilku koncertów, na których chcielibyśmy odtworzyć w pełni brzmienie zawarte na płycie; do tego potrzeba kilku dodatkowych muzyków, godzin poświęconych na próby. Póki co, jest to niemożliwe.

Historia zna takie przypadki (śmiech). Skoro tak, to pokuśmy się o coś w rodzaju spekulacji czy marzeń: jeśli miałoby dojść do scenicznej premiery HBI, jakich muzyków widziałbyś obok siebie na deskach klubowych? Twój dream team (śmiech).

Ok, to wokal i bas mamy już obsadzony. Na perkusji Steve Jansen (ex Japan, brat Davida Sylviana, który grał na większości jego płyt), na gitarze Robin Guthrie (Cocteau Twins), na klawiszach Richard Barbieri, no i któryś z muzyków Talk Talk, ale nie wiem już w jakim charakterze.

Czyli znów powracamy do przeszłości. Zastanawiałeś się jak powinien wyglądać koncert HBI? Pewnie masz jakieś wyobrażenia?

Intymna atmosfera, dobre oświetlenie i trochę dymu na scenie…

Pomijając plany, mamy aktualną i świeżutką płytę „Beyond”. Wiem, że muzycy nienawidzą tego pytania, sam też staram się nie pytać o teksty, zatem, zamiast szkolnego „co autor miał na myśli„, zapytam o tzw. inspiracje podczas pisania słów. Co miało na ciebie, jako autora wpływ, czy były to jakieś określone sytuacje, czy raczej tzw. abstrakt?

Beyond to słowo o wielu znaczeniach. Zwykle kojarzy się z czymś co jest poza, poza naszym wyobrażeniem, poza tym co nas na co dzień otacza. Coś co jest po „drugiej stronie” w znaczeniu zaświatów, ale też jako równoległy świat nie tylko w sensie kosmicznym, ale również symbolicznym. Nasze życie wygląda tak jak je widzimy i czujemy, ale mogłoby biec zupełnie inaczej i mieć inne konsekwencje, inaczej się potoczyć. W większości są to opisy emocji, które dotyczą miłości, tęsknoty, towarzyszą uczuciu osamotnienia i zagubienia w rzeczywistości, w jakiej się znajdujemy. Zawsze zostawiam słuchaczowi uchyloną a nawet całkowicie otwartą furtkę na własną interpretację. Uważam, że fajnie jest przekazywać odbiorcy „produkt”, nad którym może potem jeszcze sam pracować, odkrywać wg. własnej instrukcji. Nie chciałbym niczego narzucać.

Kiedyś wokalista The Jesus Lizard (kultowy, amerykański noise rock) stwierdził, że przy dźwiękach jego płyt najlepiej można uprawiać seks albo zjeść coś bardzo pikantnego. Co ty zasugerowałbyś swoim słuchaczom w podobnym temacie?

Oczywiście, można przy niej uprawiać seks, jeść ulubione potrawy, ale chyba najłatwiej przy niej wspominać siedząc wygodnie w fotelu i spoglądać przez okno; trochę to banalne, ale nic na to nie poradzę (śmiech).HBI

Nowa płyta jest, że tak to ujmę, „zamglona” i faktycznie najlepiej nadająca się do medytacji i relaksu. Ale – zawsze musi być jakieś „ale” – nie kusi was, żeby swoje duże przecież możliwości przekuć na piosenki, na coś radiowego? Bo skoro nie gracie koncertów, co w znacznym stopniu osłabia tzw. możliwości promocyjne, może trzeba zrobić coś, co będzie „chodziło” w eterze?

Rozumiem, że pytasz czy nagramy kiedyś popowy hicior ? Jak już wspomniałem, staramy się nie planować i nie zakładać w którą stronę rozwinie się muzyka HBI. Jeśli przypadkiem wyjdzie nam popowy przebój w stylu HBI, który będzie szaleć na listach to nie mam nic przeciwko. Oby tylko nie był nagrany na siłę.

Warto zatem zdradzić, co zamierzacie zrobić z taka dobrą płytą. Jest CD, no i… co dalej? Może to banalne, ale w takim przypadku jak HBI, nasuwa się pytanie, czy są jakieś ścieżki, którymi zamierzacie teraz wędrować i promować płytę.

Będziemy się starać promować ją na miarę naszych możliwości, zdajemy sobie sprawę, że przy braku koncertów taka promocja nie jest pełna, ale próbujemy się sprostać tym ograniczeniom.

Jak tak w ogóle oceniasz zainteresowanie takimi zespołami jak wasz? Gdzie udaje wam się dotrzeć, ew. co z twojego punktu widzenia będzie dla HBI tzw. sukcesem? Np. w kontekście tego, co udało się osiągnąć w przypadku pierwszej płyty…

Czujemy, że zrobiliśmy postęp w porównaniu z pierwszą płytą, ciągle się rozwijamy i to jest dla nas sukces. Trudno mi oceniać stopień zainteresowania naszą muzyką, dostajemy sporo sygnałów, że trafia do ludzi, że oddziałuje na ich wrażliwość, to jest dla nas bardzo ważne i mobilizujące. Premiera drugiej płyty, zawsze jest ważna dla muzyka. Czujemy, że daliśmy siebie wszystko co czuliśmy pisząc ten materiał, nie zmienilibyśmy na niej niczego, jest kompletna. Teraz nadszedł dzień, w którym się okaże czy mieliśmy rację.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu