HEROES GET REMEMBERED – Gdzie zmierza ludzkość?

Nie są smutni, nie zażywają „środków”, twardo stąpają po ziemi i grają niczym zespół przeniesiony z lat 70. do 90. Psychiczne depresje zamienili na dobre efekty gitarowe, nie obrażają się na branżę, śmiało wychodząc z podziemia. I mają z czym, bo druga płyta No Mirrors, No Friends może tu i ówdzie trochę namieszać. Panowie z Heroes Get Remembered zwykli określać swoją muzykę mianem strange rocka, lubią dźwiękową archeologię i punka mimo wszystko się nie wyrzekają, choć szanują też… Pink Floyd. O nowej płycie i nie tylko rozmawiałem ze śpiewającym gitarzystą Arkiem i perkusistą Robertem.

Nie wiem jak zacząć… Zatem może od końca. Słuchając Waszej nowej płyty, zastanawiam się gdzie doprawdy chcecie dojść. Bo słyszę, że raczej daleko i wysoko…

Robert: Na pewno chcemy dojść tam gdzie nas wcześniej nie było (śmiech). Materiał na nowej płycie różni się od poprzedniego. To był dla nas punkt wyjścia – żeby nagrać coś w innych rejonach muzycznych.

No właśnie – ta zmiana jest… zaskakująca. Od hardcore’a do psychodelii, shoegaze’u, indie rocka. Nie obawialiście się, że tu i ówdzie oskarżą Was o zdradę „sceny” albo jeszcze co gorszego?! Przecież taki „Lost” dla hc kids będzie nie do przejścia…

Arek: Czuliśmy, że w poprzedniej konwencji muzycznej nie mieliśmy już zbyt wiele do powiedzenia, dlatego też nie narzucaliśmy sobie żadnych ograniczeń podczas tworzenia nowego materiału. Spora część utworów z „No Mirrors, No Friends” powstała jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty. Zależało nam na tym aby nie powielać schematów i stworzyć coś nowego w zupełnym oderwaniu od tego co robiliśmy do tej pory. Liczyliśmy się z tym, że dla wielu osób może to być spore zaskoczenie.  Robert: Nigdy specjalnie nie czuliśmy się członkami jakiejś sceny. Tak na prawdę nie spotkaliśmy na naszej drodze zespołu grającego coś, pod co mogliśmy się podpiąć i np. grać czy organizować koncerty dla określonej grupy ludzi. Ale może to przez fakt, iż ciężko nam sklasyfikować to co gramy.HGR fot. Jan Borkowicz

Na razie widać, że zmiana sceny wychodzi Wam na dobre. Inna sprawa, że „wbijacie” się dość gładko w powracającą fascynację shoegaze’m. Jak się to zaczęło u Was, bo raczej w momencie, kiedy największe gwiazdy tej sceny święciły tryumfy, Wy byliście jeszcze gdzieś w przedszkolu…

Arek: Rzeczywiście. Mimo, że w tamtym okresie nie potrafiłem świadomie docenić to z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że teraz jestem wielkim fanem lat 90-tych. Swego czasu zainspirowany książką Douglasa Couplanda „Pokolenie X” zacząłem wnikliwie zagłębiać się w twórczość kultowych zespołów z tego okresu. Smashing Pumpkins, Sonic Youth później Neutral Milk Hotel, My Bloody Valentine. Następnie Mart podrzucił mi Slowdive i Slint. Wszystkie te zespoły łączył jeden wspólny pierwiastek czyli niepowtarzalny klimat tamtych lat.

Toś mi bratem, bo „złota era hałasu” i dla mnie jest bardzo istotna. To może Wy mi zdradzicie, co takiego powoduje, że dzisiaj coraz więcej zespołów wyraźnie odwołuje się do muzyki z tamtych lat? Skąd ta magia?

Arek: Mam nieodparte wrażenie, że wszystko w tamtym okresie było bardziej hmmm… prawdziwe? Żyjemy w czasach przesiąkniętych sztucznością, być może to właśnie sprawia, że ludzie z nostalgią spoglądają w przeszłość, szukając w muzyce tej szczerości i autentyczności która gdzieś się zatraciła wraz z rozwojem technologii. Nie da się również ukryć, że po prostu w tamtym okresie powstało wiele znakomitych płyt.

Jest w tym wszystkim pewna przewrotność, bo zdajecie się być klientami twardo stąpającymi po ziemi, a shoegaze kojarzy się z mocną ingerencją narkotyków, depresją i tabletkami przeciwbólowymi. Myślicie, że taką muzykę można w dostatecznym stopniu generować mając trzeźwy umysł?

Robert: He, he, nam się jakoś udaje. Ale na pewno na pillsach i na innych tego typu rzeczach powstało mnóstwo dobrej muzyki.

Wasz shoegaze kojarzy mi się bardziej z klimatami Lantlôs czy Alcest czyli nawróconymi na taką muzykę metalowcami niż z wiecznie zdołowanymi Brytolami. Chociaż z drugiej strony jest amerykański Nothing, który może stać się Waszym bratem. Ale do rzeczy – gdzie generuje się taki klimat? Czy to odpowiedni nastrój, czy raczej długie improwizacje na sali prób? Staram się uchwycić ten ulotny moment, kiedy w muzykę zostaje tchnięte życie…

Robert: Taki klimat to zasługa pięknych, podwarszawskich lasów sosnowych, które można dostrzec na okładce. To na pewno, a co jeszcze? Myślę, że improwizacje i jamy w sali prób były tu znaczące. Zawsze istniał jakiś szkielet przyniesiony na próbę przez Arka lub Marta. Później działa się magia. A efekt jest na tej płycie. Tak na dobrą sprawę to parę rzeczy powstało jeszcze na ostatnią chwilę, bo podczas sesji nagraniowych. Taki, wspomniany przez Ciebie wcześniej „Lost” na przykład, ostateczny szlif zyskał właśnie podczas procesu nagrywania.

Gdzie zmierza ludzkość?

Gdzie zmierza ludzkość?

Innym, ważnym momentem na płycie jest „King of the Light”, który jest już całkowitym hołdem Pink Floyd. Musicie to przyznać – nie jesteście prawdziwymi punkowcami, co noszą koszulki z napisem „i hate Pink Floyd” jak John Lydon, który tak nawiasem wypiera się dzisiaj swojej niechęci w stosunku do mistrzów psychodelii i progresji.

Robert: Rzeczywiście, można to tak odczuć. Wiele osób wskazuje nam „King of the Light” jako ich ulubiony utwór na płycie. Osobiście początkowo nie doceniałem tego utworu. W ogóle ciężko mi się je wszystkie oceniało, zanim nie posłuchałem tego w całości na płycie. W domowym zaciszu, na fotelu, ze słuchawkami na uszach. Podobnie miałem z naszą poprzednią płytą. I może na niej było bardziej surowo i rockowo, fakt, ale punk cały czas ma w naszych sercach swoje miejsce.  Arek: To prawda, nie da się ukryć, że progresywny rock również miał na nas spory wpływ podczas tworzenia nowego materiału. Jak to kiedyś pięknie określił Mart, brzmimy trochę jak „zespół z lat 70-tych przeniesiony do lat 90-tych”.

Paradoks – jako uchodźcy z lat 70. całkiem nieźle radzicie sobie we współczesnym świecie Mam wrażenie, że druga płyta spowodowała, że interesują się wami już nie tylko podziemne magazyny, ale zaistnieliście w całkiem oficjalnej przestrzeni. Myślicie, że Wasza muzyka może stać się atrakcyjna dla słuchacza spoza sceny/ruchu, kogoś, kto nie jest maniakiem takiego grania?

Robert: Dotarcie do nowych słuchaczy jest dla nas bardzo ważne. Nasi dotychczasowi fani przyjęli „No Mirrors, No Friends” bardzo ciepło. Jest zaskoczenie, ale pozytywne. Co więcej, dużo osób mówi, że im dłużej jej słucha, tym bardziej ją docenia, co jest samo w sobie zajebiste. Z tego co wiemy, kawałki z drugiej płyty znacznie częściej pojawiają się w radiach, i to z pewnością cieszy. Myślę, że spodobała by się osobom, które nas wcześniej nie znały. Jest bardziej uniwersalna. Mam na myśli to, że nie jest to muza stricte dla fanów mocnego, amerykańskiego rocka – tak jak to było na „Lies”. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie.

Jako, że wywodzicie się ze sceny hc – a jednak! – muszę zapytać o przekaz: czy HGR prezentuje na nowej płycie jakieś idee, którymi chciałby zarazić słuchacza, zmusić do myślenia?

Robert: Chcemy by słuchacz zastanowił się nad tym do czego to wszystko zmierza. Ślepy bieg za pieniądzem, dążenie do władzy czy zatracanie się cudach dzisiejszych technologii. Tracimy kontakt z rzeczywistością, mamy praktycznie nieograniczony dostęp do wszystkiego, ale wiele rzeczy mimo wszystko nam umyka. Czasami warto przystanąć, spojrzeć się za siebie, żeby kolejny krok, jaki podejmiemy był tym właściwym. Osobiście uważam, że warstwa tekstowa na tym albumie jest bardzo dobra. Mart z Arkiem idealnie uchwycili to, co w nas wtedy siedziało. Mam nadzieję, że ludzie to docenią.  Arek: Liryczny przekaz płyty był dla nas równie istotny jak ten muzyczny. Pamiętam, że podczas prac nad płytą prowadziliśmy wiele dyskusji nieustannie zadając sobie ostateczne pytanie „w jakim kierunku zmierza ludzkość?”.HGR Live

Muzyka, w jakiej się specjalizujecie, kojarzy mi się głównie z kolorami a co za tym idzie z odpowiednim sprzętem, zabawami w efekty, szukaniem najlepszych faktur dźwiękowych – jak to jest u Was; jesteście maniakami sprzętu, używacie jakichś zabawek, które mogą komuś podnieść adrenalinę?

Arek: Na „No Mirrors, No Friends” wiele kombinowaliśmy z różnymi niecodziennymi efektami. Np. dron na początku „Mother of Men” to odpalony basowy przester Big Muff jednocześnie podłączony do wyjścia i wejścia konsolety. Osobiście uwielbiam wszelkiego rodzaju delaye. Boss DD-6 i Memory Toy – to dwa nieodłączne elementy mojego pedalboardu.

Macie w zespole jakieś zabawki, których zdobycie wymagało od was cierpliwości archeologów?

Arek: Na pewno mieliśmy archeologiczną cierpliwość przy poszukiwaniu nowych dźwięków. Uzyskanie konkretnego brzmienia często wymagało od nas sporej inwencji twórczej. Pamiętam, że jak Mart zagrał jedną z partii w „Lost” na walizce (śmiech). Cały czas staraliśmy się sami siebie zaskakiwać.

To na koniec oceń – czy nowa płyta to już motyl czy jeszcze poczwarka?

Arek: Myślę, że motyl, który z biegiem czasu będzie ewoluował. Najbardziej ekscytujące jest to, że na trzecią płytę nie mamy skomponowanej ani jednej nuty…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jan Borkowicz/Marcin Bąkiewicz (live)