HATEBREED – Energia, która nie umrze

Tam gdzie jest Hatebreed nie był wcześniej żaden inny zespół hardcore’owy. Lata, w których uczyli się od Agnostic Front, Madball, Sick Of It All czy Integrity dawno minęły. Teraz dzieli ich przepaść. Pod koniec stycznia Amerykanie wydali siódmą, licząc cover album „For the Lions”, płytę pod tytułem „The Divinity of Purpose„, która jest kolejnym sukcesem. Zmiany stylistyczne są niewielkie i trzeba przyznać, że konsekwencja oraz bezkompromisowość w tym przypadku popłaca. Nowe wydawnictwo zapewne przypadnie do gustu dotychczasowym fanom, ale prawdopodobnie zdobędzie także nowych. Grająca od 1994 roku kapela działa świadomie i bez kompleksów. Na kilka pytań w zwięzłym, żołnierskim stylu odpowiedział basista Chris Beattie.

Są kapele, które mogą wstydzić się swoich debiutów. W waszym przypadku nie ma o tym mowy, bo „Satisfaction is the Death of Desire” jest albumem, który przyniósł Wam natychmiastowy sukces i uznanie. Nagraliście go w 1997 roku. Z czym kojarzy Ci się tamten okres?

chris beattie

chris beattie

Trzeba przyznać, że to dla nas także było duże zaskoczenie. Nie spodziewaliśmy się aż tak entuzjastycznych reakcji. Okazało się, że ta płyta była naszą trampoliną. Dostaliśmy szansę zagrania wielu koncertów, na kilku kontynentach, u boku ważnych zespołów. To był jak grom z jasnego nieba. W tamtym czasie próby mieliśmy jeszcze w naszej starej sali. Piliśmy piwo, paliliśmy blanty i pisaliśmy kawałki. Chcieliśmy grać najciężej jak to tylko możliwe i rozwalić ludziom głowy naszymi riffami. Nagranie debiutu zajęło nam kilka dni. Postawiliśmy na surowość i bezpośredniość, bez zbędnego chrzanienia. Pewnego dnia nasz ówczesny perkusista był w drodze do studia, kiedy zatrzymał go patrol. Trafił do aresztu za posiadanie maryśki, więc trzeba było na niego poczekać z nagraniami. Ta energia i klimat, który tworzyła nasza piątka były niepowtarzalne. Zresztą, słychać to na płycie.

W jednym z nowych numerów „Honor Never Dies” śpiewacie: „Sometimes standing for what you believe means standing alone”. Odnosisz to do jakiejś konkretnej sytuacji?

Postrzegam to jako metaforę, konieczność wyznaczenia pewnej granicy i wyartykułowanie tego, w co się wierzy. Czasem większość zupełnie nie zgadza się z tobą, ma inne zdanie lub sądzi coś zupełnie innego. Szanuję osoby, który mimo to są wierne swoim poglądom i postanowieniom. Niezależnie jaki jest trend czy co uważa ogół, trwają przy swoim i konsekwentnie idą własną ścieżką.

Macie nową wytwórnię – Nuclear Blast. Wasza pozycja jest już ugruntowana, więc zdecydowaliście się na zmianę wydawcy, by po prostu móc koncertować z kapelami z NB?

Zasadniczo nie musisz być w tej samej wytwórni, żeby pojechać razem na trasę, więc to nie był powód. Jesteśmy tu nowi, ale wszystko wskazuje na to, że ludzie z NB są bardzo zadowoleni, że podpisaliśmy z nimi papiery i ciężko pracują na wspólny sukces.

energia, która nie umrze

energia, która nie umrze

Czy Hatebreed to wciąż zespół niezależny? Czy podpisanie papierów z takim graczem jak Nuclear Blast nie oznacza pozbycia się części suwerenności?

Jestem przekonany, że jesteśmy wciąż w stu procentach niezależni. Nie ma mowy o sprzedawaniu się czy komercjalizacji. Wytwórnia wie kim jesteśmy, a my stawiamy na swoim.

Główny bohater Waszej teledysku „Put it to the Torch” przypomina człowieka, który szuka pracy i wciąż dostaje po tyłku. Oczywiście to ironiczna interpretacja, ale czy bezrobocie wśród młodych ludzi jest w Stanach dużym problemem?

Tak, to wielki problem w Stanach. Nawet ludzie, którzy ukończyli dobre szkoły nie mogą znaleźć pracy. Często dzieciaki biorą pożyczki podczas studiów i tak zwane dorosłe życie zaczynają od razu na minusie. Osoby starsze coraz częściej konkurują z nimi o te same etaty, co powoduje napięcia i konflikty społeczne.

Jak ważna dla Waszego brzmienia jest osoba producenta Chrisa „Zeussa” Harrisa? To już kolejna płyta, przy której współpracujecie.

W akcji

W akcji

Zeuss zawsze będzie dla nas bardzo ważny. Potrafi celnie zauważyć, jeśli coś się nie zgadza lub fragment jakiegoś numeru nie pasuje do reszty. Jego rady są bezcenne. Praca z nim to czysta przyjemność. Znamy się na tyle długo, że porozumiewamy się prawie bez słów. Aktualnie to raczej kwestia intuicji i doświadczeń z poprzednich lat. Jak zabieramy się wspólnie do roboty to idzie nam naprawdę gładko. Znamy się jak łyse konie.

Z latami macie tendencję do spędzania większej ilości godzin z studio?

W moim przypadku jest na odwrót. Na nagraniach spędzam coraz mniej czasu. Prawdę mówiąc, nie cierpię przesiadywania w studio. Wpadam, robię co do mnie należy i znikam. Taka taktyka się sprawdza, więc po co ją zmieniać.

Gracie setki koncertów rocznie, a na scenie wylewacie z siebie wiadra potu i dużo się ruszacie, co zapewne wymaga wielkiego wysiłku. Na ile jeszcze starczy Wam paliwa, aby grać takie żywiołowe koncerty?

To, jak zachowujemy się na scenie to nie jakaś poza czy udawanie. Wkładamy w każdy koncert sto procent. Zawsze jesteśmy tak samo zaangażowani, bo kochamy to, co robimy. Żyjemy tym i czujemy to, w związku z tym reszta przychodzi nam naturalnie. Na scenie zawsze mamy energię, bo ona płynie prosto z naszych serc. Nie sądzę, żeby miała kiedyś umrzeć.

Wciąż znajdujecie czas, aby pogadać z fanami, czy to już raczej przeszłość?

Oczywiście! Nigdy nie unikamy kontaktu z fanami. Bez ich wsparcia jesteśmy niczym i mamy tego pełną świadomość.

Które z tekstów, pojawiających się do tej pory na Waszych płytach są dla Ciebie osobiście najważniejsze?

Hatebreed. Photo by Alex Solca.

Hatebreed

Do moich ulubionych należą: „How can you save me if you can’t save yourself” z kawałka „EmptyPromises”, „Your doom awaits you” z „Doomsayer” oraz „If you don’t live for something you’ll die for nothing” z numeru „Live For This”.

Które drużyny sportowe należą do Waszych ulubionych?

Przede wszystkim New York Giants i New York Yankees. Głównie oglądam futbol amerykański i bejsbol, ale Wayne dopinguje New York Knicks a Frank Los Angeles Lakers, więc jeśli któryś z nich akurat ogląda koszykówkę to przyłączam się.

Rozmawiał Adam Drzewucki