HAPPYSAD – system zlewania kąśliwych uwag

Kiedy otrzymałem odpowiedzi od happysad, pomyślałem sobie – oto zespół, który ma coś do  powiedzenia. Niby nie pasują do Violence, ale lepiej czyta się ich odpowiedzi niż wypociny niejednego, niby – pasującego i zaangażowanego bandu ze sceny death/hc itp. Dlatego z przyjemnością przedstawiam Wam zapis wywiadu, jaki przeprowadziłem z autorami płyty „Ciepło/Zimno”. Okazuje się, że i oni z śmiertelnym metalem są za pan brat i choć nie śpiewają o trupach i flakach, wiedzą o co w tej zabawie chodzi. A że ich piosenki nie mają ciężaru gatunkowego, równego riffom Roba Barretta, cóż, ważne, że robią swoje i podobnie jak ja, nie oglądają się na to, co do powiedzenia na temat ich twórczości mają idioci, jakich w naszym kraju jest nadal bardzo dużo. Na pytania odpowiadał Łukasz Cegliński, wokalista i gitarzysta zespołu…

 

 

To pierwszy wywiad dla portalu, słynącego głównie z muzyki ociekającej krwią, spermą i flakami, cóż więc możecie na początek powiedzieć – może były w waszej muzycznej historii okresy, kiedy graliście kawałki w tempie powyżej 200bpm?

Żebyśmy grali to nie pamiętam, ale razem z Arturem, naszym basistą, na pewno słuchaliśmy i w sumie dalej słuchamy różnych odmian metalu. Dorastaliśmy w czasach świetności takich kapel jak Cannibal Corpse, Entombed, Grave, Death, My Dying Bride, Pandemonium, Anathema, Unleashed, Samael, i te kapele wtedy nagrywały doskonałe płyty! Myśmy tego słuchali z wypiekami na polikach, wymienialiśmy się kasetami, kupowaliśmy koszulki. Wtedy fascynacja tym brzmieniem gitar i wokalu, tymi tempami, była największa. Teraz sięgamy po bardziej stonowane rzeczy, In Flames czy Baroness. Choć nie powiem… Wciąż mam olbrzymią przyjemność ze słuchania Cradle Of Filth, a z rok temu odkryłem Wolves In The Throne Room i poraziły mnie te ich płyty. Masakra! Piękna masakra;-) No i reedycje debiutu Necrophila też sobie ostatnio kupiłem na CD. O tym gatunku możemy długo. Nie powiedziałem jeszcze o odwiecznej wojnie między fanami Metallicy a Manowara, która w mojej podstawówce trwała przynajmniej ze 3 lata, a zakończyła się konfiskatą własnej roboty stempla z logiem tego drugiego zespołu, przez wychowawczynię. Muzyka metalowa była zdecydowanie obecna w naszym życiu…

Przyznam się, że nowa płyta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, szczególnie w kontekście poprzednich produkcji – jest zachowana „piosenkowość” a jednocześnie czuć coś nowego, świeżego i zdecydowanie niekomercyjnego – chcieliście tym razem poeksperymentować?

W jakiś sposób nasza poprzednia płyta, „Zadyszka”, na której inni wykonawcy grali nasze utwory, pootwierała nam zmącone gitarową młócką głowy. Poczuliśmy, że nie chcemy nagrywać kolejnej podobnie brzmiącej płyty. Standardowy rockowy skład plus trąbka lekko nam się przejadł. Teraz niby niewiele się zmieniło, bo doszły tylko elektroniczna perkusja i większa ilość klawiszy, ale kompozycyjnie utwory też są inaczej poukładane. Dawniej jak u nas utwór się zaczynał cicho i spokojnie, to wiadomo było, że jeśli nie w pierwszym, to na pewno w drugim refrenie walną przestery, dojdzie wokal, hajhet się zagęści i finał, koniec utworu. Przy wymyślaniu numerów na tą płytę nabraliśmy odwagi np. na to, by przez zdecydowaną większość utworu grała właśnie elektroniczna perkusja, żeby cały numer był ascetyczny, zimny. Zrobiliśmy numer, który u naszego wydawcy porównali do dokonań Lacrimosy, a z kolei w innym połączyliśmy bujany, dancingowy rytm zwrotki i baśniowy klawisz z gitarowym zgiełkiem w refrenie. I co najważniejsze czuliśmy się w tych naszych pierwszych świadomych eksperymentach zupełnie dobrze, naturalnie.

Kiedy piszecie swoje kawałki – co w pierwszej kolejności powstaje – pojawia się jakiś chwytliwy refren, wokół którego „obudowywana” jest kompozycja, czy po prostu riffy gitarowe, a może melodia? Jakie są priorytety – jest jakaś reguła, czy bazujecie na spontanicznym „chwytaniu chwili”?

W tej materii nie jesteśmy w ogóle oryginalni. Podejrzewam, że większość kapel na tak postawione pytanie odpowie w ten sam sposób czyli: jest różnie. Przez długi okres piosenki powstawały w głowie Kuby. Zarówno tekst jak i melodia. Na próbie tylko dodawaliśmy instrumenty i utwory były gotowe. Od pewnego czasu, w sumie od momentu zmajstrowania naszej własnej próbowni, dużo rzeczy wychodziło z jammowania. Teraz raz w roku wyjeżdżamy sobie na tzw. obozy kompozycyjne na Warmię, gdzie zamykamy się w starym domu, siedzimy dwa tygodnie i czekamy na to, co przyniesie wena. Właśnie tam nagrywaliśmy ostatnią płytę.

Do happysad przylgnął jakiś czas temu krzywdzący zwrot „harcerski rock” – czy macie z tym jakiś problem, czy wszelkie, kąśliwe uwagi puszczacie mimo uszu?

Po ostatniej recenzji na portalu Machina.pl, w której padają wyświechtane już i przyklejone do nas od dawna stwierdzenia i hasła typu: „muzyka dla nastolatków”, „gimbaza”, „rock harcerski”, „wyciągnięty sweter”, straciliśmy jakąkolwiek nadzieję, na rzetelną recenzję Ciepło/Zimno, oderwaną od przeszłości zespołu i wszystkich łatek. Oderwanej od łatwych, szybkich skojarzeń typu „pluszowy miś” czy „sprężysta łydka”, których kompletnie się nie wstydzimy, ale które świadczą, o tym, że nawet jeśli nagralibyśmy nasze własne „OK Computer” (dla braci metalowej: przełomowa dla muzyki gitarowej schyłku lat 90, płyta zespołu Radiohead, która zachwyciła wszystkich fanów i wszystkich recenzentów), to i tak w świadomości będziemy gośćmi od  rozterek gimnazjalistów i piosenek do ogniska. Dlatego zamiast jeżenia się i obrażania na świat, wykształcił nam się system zlewania takich kąśliwych uwag. Po prostu do momentu wydania płyty z szumem wiatru w liściach kabackiego lasu i trzepotem skrzydeł sztutowskiej mewy, opatrzonej nazwą zespołu napisanej krwią piżmaka, dla wielu będziemy maskotkami gimbazy. Trzeba się z tym pogodzić. A Wasza recenzja bardzo nas zaskoczyła.

W recenzji płyty napisałem, że podążacie drogą podobną do Myslovitz, jednak przed jeszcze większym eksperymentem, jaki gdzieś tam słychać na „Ciepło/zimno”, powstrzymała was porażka zdecydowanie najtrudniejszej płyty Myslovitz czyli „Nieważne jak wysoko jesteśmy”. Coś w tym jest, czy to tylko zwyczajne brednie dziennikarskie?

Nie jesteśmy zespołem kalkulującym, a tym bardziej wyciągającym wnioski z domniemanej porażki kolegów (śmiech…). Ciepło/Zimno to naturalny rozwój zespołu. Dla nas słowem klucz jest właśnie owa naturalność. My w nowych ciuchach musimy czuć się komfortowo. O sesjach z Marcinem Borsem, realizatorem i producentem m.in. ostatniej płyty Myslovitz, słyszeliśmy różne rzeczy. Że wywraca utwory do góry nogami, a potem kapele muszą się ich uczyć na nowo na przykład. A ja nie wiem czy zespół happysad jest na to gotowy. My jesteśmy raczej świadomi, że największy procent nas jako zespołu, najszczersze intencje przekazujemy w momencie, kiedy sami odpowiadamy za to, jaki kształt mają piosenki czy też poważniej – utwory. Reasumując: chęci do większych zmian, do kosmicznej rewolucji muzycznej musimy poczuć, naturalnie.

Macie na koncie pięć płyt studyjnych i doświadczenia z różnymi wydawcami – jakie wydarzenia, historie z życia wpłynęły na to, jaka jest płyta „Ciepło/zimno” – było coś takiego, czy staracie się podczas komponowania/nagrywania zapomnieć o przeszłości i skupić na teraźniejszości?

Nowy materiał powstawał trzy lata. A to w busie, a to w próbowni, a to podczas wyjazdów na Warmię. Przez taki okres człowiek doświadcza pełnej palety emocji, od euforycznej radości do przygnębienia, zobojętnienia. Do tego wszystkiego starzejemy się… Człowiek wciąż dojrzewa, coś przeżywa, zmienia mu się światopogląd. Wszystkie te szczęścia i nieszczęścia mają bardzo duży wpływ na komponowanie. A największe piętno na tej płycie odcisnęły chyba okoliczności w jakich była nagrywana, osobiście kojarzące mi się na potrzeby wywiadu dla portalu o muzyce metalowej, z dokonaniami Burzuma czy innych Dark Thronów. Zima, las, ciemność, dzika zwierzyna za oknem, latający po domu nietoperz, szum ośnieżonych drzew i przejmująca cisza po wyjściu na zewnątrz. Podczas trzykrotnych wyjazdów na Warmię balansowaliśmy na pograniczu dwóch stanów: ciepła i zimna. Szczególnie we znaki dał się wyjazd ostatni, kiedy nagrywaliśmy płytę w lutym tego roku, a temperatura rzadko podnosiła się do -20C. Na zewnątrz wszystko zamarzało, a w pokoju w którym palił się kominek było piekielnie gorąco. Gdy się do niego wchodziło człowiek dostawał oparem gorąca w twarz. Wszystko to miało oczywiście wpływ na zdrowie, które chyba każdemu, z 6 przebywających tam najdłużej osób w miesiącu nagrywania, nawaliło przynajmniej raz.

Skąd pomysł na tytuł i co on w zasadzie ma oznaczać – jakaś terapia psycho – fizyczna typu „bicze szkockie”?

Ciepło/Zimno to oczywiście opis warunków jakie w Kawkowie, w tym naszym przenośnym, warmińskim studiu panowały. Jest jeszcze taka dziecięca gra i mnie osobiście nasze wspólne muzyczne poszukiwania z tą grą się kojarzyły.

system zlewania kąśliwych uwag

system zlewania kąśliwych uwag

W tekstach z nowej płyty jakaś podskórna nostalgia walczy z plastelinowym chłopcem, który nieśmiało spogląda w kierunku dziewczyn – taki obraz wyłania się z tych liryków – na ile jest to kreacja artystyczna, poezja a na ile słowa inspirowane życiem? Chcecie, by ktoś się z nimi utożsamiał czy raczej chodzi, aby brzmienie tych słów, pewne związki, składnia itp. dobrze komponowały się z klimatem muzyki?

Niezręcznie mi opowiadać o tekstach, bo to działka Kuby. Teksty zawsze są wynikiem jakichś obserwacji. Tego co przeżywamy my sami czy nasi znajomi. Okazuje się, że to właśnie one przyciągają słuchaczy do tej muzyki, bo każdy ma podobne przeżycia, każdy te miłostki i sercowe rozterki przeżywał czy przeżywa. Każdy kiedyś był przygnębiony, zniechęcony, każdy wrażliwy fan muzyki rozrywkowej szukał wsparcia w tekstach ulubionych zespołów. Jakiegoś znaku, że nie jest osamotniony w swoim postrzeganiu świata. Sam słuchając płyt zwracam uwagę na to, czy po drodze mi z autorem tekstów. I czasem znajduję takich co podobnie czują i ta muzyka staje mi się bliższa. Cieszy nas, że dla wielu ludzi teksty happysad właśnie takie bliskie są.

Happysad osiągnął duży, komercyjny sukces – czy coś takiego przeszkadza podczas prac nad muzyką – jest ciśnienie, presja, która „blokuje” jakieś odważniejsze działania, czy nonszalancko możecie stwierdzić, że „nic sobie z tego nie robicie”?

Podejrzewam, że zblokowany tymi oczekiwaniami i presją zespół, wydałby kontynuację poprzednich płyt. Mieliśmy w sobie, mam wrażenie, odpowiednią ilość luzu i odwagi, aby do tego naszego kotła ze znanymi wszystkim składnikami, dorzucić nowe, jak się okazuje, całkiem dobrze przyjęte.

Jesteście kolejnym zespołem, który nagrywa płytę w warunkach nie studyjnych, ale „wiejskich” – dlaczego taka forma jest lepsza, jak to się odbywa od strony technicznej i z jakimi niespodziankami spotyka się zespół podczas takiej „wyjazdowej” sesji nagraniowej? Jakie Wy macie wspomnienia z tej sesji?

Zacznijmy od wspomnień z sesji poprzednich. W sterylnych warunkach radiowego studia S4 w Warszawie nagrywaliśmy dwie płyty. Było super, bo to pierwsze profesjonalne sesje w profesjonalnym, przystosowanym do tego miejscu i z mistrzem tej nagraniowej profesji. Takie studia mają dużo plusów, ale jeden podstawowy minus. Są oblegane. Po sześciogodzinnej sesji musisz szybko spakować sprzęt i zwinąć mikrofony, bo za kilka chwil w tych pomieszczeniach nagrywa np. 50 osobowy chór polskiego radia. A ranne nagrania rozpoczynasz od ponownego rozstawienia pieca, mikrofonów, ponownego wbicia się w klimat utworu, a przecież jeszcze przed chwilą stałeś w korku i nawrzucałeś taksówkarzowi, że ci zajechał drogę, a ty się spieszyłeś, bo syn zaspał do przedszkola i takie tam. To bardzo rozbijające. Osiągnięcie odpowiedniego poziomu skupienia pozwalającego na porządne nagranie trochę zajmuje. Nawet jeśli do tego studia masz 7 minut samochodem, tak jak my. I właśnie aby tego czynnika spiny, upływającego czasu i codziennych problemów uniknąć, wyjechaliśmy na wieś. Dzięki Leszkowi Kamińskiemu to się udało. On swoich wyjazdowych płyt już trochę nagrał, a to z Heyem, a to z Republiką,  sprzętu swojego ma pełno, no i olbrzymie doświadczenie w tej kwestii. Nie oznacza to, że nie dał się zaskoczyć (śmiech…) Z nami wszystko jest możliwe. Jarek, nasz perkusista, kładąc hiper-ważne dla Leszka słuchawki, w których nagrywał, na grzejniku olejowym podłączonym do prądu, zamknął obwód i spowodował zwarcie, aż ze słuchawek srogo się zadymiło. Słuchawki pojechały do serwisu i wróciły po kilku dniach całkiem zdrowe. W międzyczasie Leszek, klął na czym świat stoi, że to klęska, że już po sesji, że tego się nie naprawi, że to koniec świata, a zdążyliśmy dopiero rozłożyć sprzęt. Takich zaskakujących sytuacji było kilka. To są właśnie uroki nagrywania na wyjeździe. Duży piętrowy dom, w którym mieściło się nasze studio, nie jest ogrzewany na co dzień. Aby przetrwać tam przy tych minusowych temperaturach na zewnątrz musieliśmy nauczyć się palić w centralnym piecu znajdującym się w piwnicy. I ten piec raz na jakiś czas zatykał się i wypuszczał na mieszkanie masę dymu. Ze dwa razy włączał nam się czujnik czadu. Mało brakło, a sesję przypłacili byśmy życiem. Więc oprócz wbijania śladów naszym obowiązkiem było czyszczenie pieca i fragmentu komina z zalegającej sadzy, chodzenie po pas w śniegu po drewno i trzymanie dyżurów, aby piec nie wygasł. Czynności, które w żaden sposób nie kojarzą się z nagrywaniem.  W ogóle cała ta zimowa sesja to masa przygód, niespodzianek, niepowodzeń, zabawy no i przede wszystkim pracy.

Po raz kolejny współpracowaliście z Leszkiem Kamińskim, współtwórcą sukcesów wielu gwiazd z lat 90 – tych. Jak pracuje się z takim człowiekiem, co jest w nim wyjątkowego, że ciągle do niego wracacie?

Pomijając tak istotne cechy Leszka jak usposobienie, pozytywną energię i jego poczucie humoru, jest on w stanie wycisnąć z nas maksimum naszych umiejętności. My w większości jesteśmy samoukami. Półamatorami. Nie spędzamy, niestety, godzin na ćwiczeniach, wprawkach, próbach, ale przymuszeni dajemy z siebie wystarczająco;-) A Leszek ma anielską cierpliwość. Pomimo tego klnie jak szewc i potrafi to robić z radością dziecka, które odkryło siłę słowa „kurwa”.  Jest totalnie towarzyski, a opowieściami o teraźniejszych i minionych gwiazdach naszego szołbiznesu, bawił nas czasem do łez. Byłby niezłym aktorem.

Kiedyś bodajże Bubek (R. Ligiewicz) z Hey opowiadał, że Leszek jest niezłym „zamordystą”, że rysował na naciągach krzyżyki, w których miejscach ma uderzać pałeczka i męczył muzyków, dopóki nie nagrali swoich partii idealnie? Czy teraz, w dobie dominacji cyfrowej obróbki, prostującej wszystko i wszystkich także jest „szczególarzem” czy to tylko romantyczny mit?

Właśnie to w nim lubimy. Leszek szczególikowi nie popuści. My jesteśmy bałaganiarzami strasznymi. W naszej grze jest mnóstwo brudu, niechlujstwa, niedociągnięć wykonawczych, żadnej kultury dźwięku. A on z cierpliwością anielską mówi: jeszcze raz. A potem: „świetnie, jeszcze raz. Nieee… to chujowe. Jeszcze raz. O! Prawie to mamy, ale dla pewności jeszcze raz! Nieee… chujowe. Jeszcze raz!”. Dzięki temu możemy być pewni, że efektu końcowego nie będziemy się wstydzić. On pilnuje „filingu”, żeby wszystko żywo brzmiało, żeby to nie grał Pro Tools tylko człowiek. Z nami nie miał nigdy łatwo,  pomimo tego w życiu nie słyszałem, żeby narzekał, żeby rwał włosy z głowy, że z kim mu przyszło pracować!

Kilka słów na temat okładki – w odróżnieniu od poprzedniej płyty ta jest mroczna, symboliczna i niepokojąca – o co Wam chodziło, czy ma ten obrazek jakieś głębsze znaczenie?

Gdy zwróciliśmy się do Dawida Ryskiego o wymyślenie oprawy graficznej, zapytał tylko o czym jest ta płyta. My od siebie opowiedzieliśmy mu jeszcze o warunkach w jakich była nagrywana. Okładka to jego autorska wizja tego, co od nas usłyszał. Płytę dostał dopiero tydzień temu.

Jak oceniacie „Ciepło/zimno” w kontekście poprzednich dokonań? Czy to tylko kolejny krok w karierze zespołu czy faktyczny, gdzieś tam sugerowany, zwrot w postrzeganiu własnej muzyki?

Jakiś czas temu doszliśmy do wniosku, że nie bylibyśmy w stanie nagrać drugiego Zanim Pójdę, albo drugiej Łydki. Nawet Psychologa przyszłoby nam z trudem. Stąd też poszukiwania jakiegoś innego języka, w którym można się wyrazić. Nasz język na Ciepło/Zimno ewoluował, choć jego najbardziej charakterystyczne cechy pozostały: uwielbienie melodii chociażby czy wspomniana przez Ciebie piosenkowość. Każdy zespół przy nowej płycie zwykł mówić, że to jego najdoroślejsze, najdojrzalsze osiągnięcie i najlepszy materiał. My podświadomie też tak czujemy, bo jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Osobiście jest to płyta, którą po nagraniu słuchałem najdłużej. Zazwyczaj gdy płyta przyjdzie z tłoczni, wrzucam ją do odtwarzacza dwa razy i odkładam na półkę. Z tej jestem wyjątkowo zadowolony.

W Polsce nadal panuje coś na kształt kultu artysty i jego niebotycznych gaż, sukcesów i życia na innej planecie – jak oceniacie nasz muzyczno/biznesowy „grajdół”, z pozycji zespołu, który coś osiągnął, trochę widział i doświadczył?

Nie mam pojęcia jak się zabrać do opisywania tego naszego biznesu. Nie wiem. Mamy w nim mnóstwo przyjaciół i oni raczej tworzą pozytywny jego obraz. Z drugiej strony dochodzą do człowieka jakieś njusy z tego świata gwiazd i człowiek w głos się śmieje, że komuś tak mogło odbić. My mam wrażenie istniejemy gdzieś na uboczu, gdzieś poza. Nie zapraszają nas na telewizyjne festiwale, nie odbieramy nagród muzycznych, bo nikt nam ich nie daje, w mediach się nie lansujemy, choć mój tata gdyby się dowiedział, że dwa razy dzwonili, żeby w Dzień Dobry TVN zagrać, to by się załamał. A my między gotowaniem a rozmowie o kastracji psów występować nie chcemy. Zawsze odmawialiśmy i to się nie zmieniło póki co.

Na koniec kilka słów na temat promocyjnych ruchów zespołu – co będzie się działo wokół zespołu w najbliższych czasach?

Przynależność do oficyny wydawniczej Mystic Productions powinna nas zobowiązywać do niecnych i grzesznych rzeczy, o których zapewne piszecie w portalu i do których jesteście przyzwyczajeni. Nie będziemy podczas koncertów nadziewać na pal świńskich głów jak Gorgoroth czy krzyżować lasek, tylko najzwyczajniej w świecie pojeździmy z koncertami, porobimy klipów, puścimy nowego singla i będziemy podpisywać płyty. Stara szkoła promocji. Bez eventu.

 

Rozmawiał Arek Lerch