HAPPYSAD – po nas choćby potop!

Idą do przodu. Na przekór wszystkim i zgodnie z własną logiką. Każdą, kolejną płytą pokazują bardziej dojrzałe oblicze. I na pewno dawno już wyrośli z pieśni ogniskowych. Ich najnowsze dzieło to też grubsza sprawa. Materiał Jakby nie było jutra oddany w ręce Marcina Borsa został przycięty i oszlifowany, zyskując tym samym zupełnie inne oblicze. Muzyka skręca w ciemne zaułki, inkrustowane elektroniką, penetruje co ciekawsze miejsca gitarowej alternatywy. Już na Ciepło/Zimno happysad udowodnił, że w ramach swojego stylu potrafi sporo rzeczy przemeblować, jednak dopiero teraz ujawnia chęć eksperymentu, choć jak przyznaje mój rozmówca – śpiewający gitarzysta Łukasz „Pan Latawiec” Cegliński – jest to ryzykowna gra. Ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

Happysad to już instytucja – czy kiedy przypominasz sobie początki zespołu, liczyłeś wówczas, że dojdziecie tak daleko? Czy może nadal odczuwasz twórczy/biznesowy niedosyt?

Nie, w życiu. Oczywiście, wszystko było w sferze marzeń. Pamiętam jak dziś, kiedy stojąc na scenie w Semaforze czyli naszym klubie w rodzinnym Skarżysku 12 lat temu, zamieniałem sobie w wyobraźni to miejsce na legendarną Stodołę czy inną Odhappy3 Nowę. Wtedy człowiek nie myślał o halach czy stadionach, tylko o najważniejszych klubach w Polsce. Natomiast nigdy, przenigdy, nikt z nas nie wierzył w to, że przygodę pociągniemy aż tak daleko, że stanie się to wszystko naszym sposobem na życie, przyniesie tyle satysfakcji, że wokół muzyki i grania będzie się wszystko kręciło. Wówczas to było tylko i wyłącznie w sferze marzeń.

Pamiętam, kiedy czytałem biografię Myslovitz, zrobiło mi się trochę dziwnie – zespół, który tworzy świetną muzykę, za kulisami zwyczajnie się nie cierpi. Czy dzisiaj możesz powiedzieć – tak z ręką na sercu – że happysad to banda kolesi, którzy się lubią, czy raczej po koncertach staracie się sobie schodzić z drogi? Jaka jest recepta na zdrową, zespołową chemię?

W ogóle zastanawiam się jak można tworzyć muzykę i personalnie za sobą nie przepadać? Oczywiście, historia muzyki zna przypadki, gdy z takich znajomości wychodzi materiał epokowy, ale ja takiej akcji sobie nie wyobrażam w naszym bandzie. Z Kubą i Arturem (wokalistą i basistą) znamy się od początków liceum, czyli już ponad 20 lat. Ponad pół naszego życia patrzymy na swoje mordy. Jesteśmy świadkami na swoich ślubach, jesteśmy chrzestnymi swoich dzieci, znamy swoje najciemniejsze historie, najchujowsze wady. Taka zażyła znajomość owocująca totalnym zrozumieniem drugiej osoby to chyba taka nasza recepta na wspomnianą chemię. Poza tym, jesteśmy bardzo ugodowymi ludźmi. Rozumiemy swoje zachowania i nie wchodzimy sobie w drogę na złość. Zależy nam na dobrym klimacie w zespole i jest to kwestia nadrzędna! Często po koncertach imprezujemy w hotelach albo na mieście i to też są rzeczy mocno spajające. Oczywiście, nie jest tak, że sielanka trwa wiecznie. Mamy i kryzysy. Najpoważniejszy dopadł nas w zeszłym roku we wrześniu. Ale już został zażegnany. Wszystko wytłumaczone…

Będę drążył – mówisz o kryzysie artystycznym, personalnym, finansowym czy jeszcze innym? Jakie było podłoże tej sytuacji?

Personalny. Najzwyczajniej w świecie nastał moment, w którym każdy z nas jakoś inaczej widział najbliższą przyszłość zespołu. I takich sytuacji było kilka w ciągu, powiedzmy, dwóch lat. Każdą z nich omawialiśmy i kiedy coś nie wypalało, zaciskaliśmy zęby, mówiliśmy: trudno i myśleliśmy o innych rzeczach. Tym razem nazbierało się dużo pretensji personalnych, a pretekstem do wybuchu był pomysł wydania DVD oraz wyprowadzka Kuby z Warszawy pod Nowy Sącz. Od iskry do wybuchu trochę minęło, ale jak przyszło co do czego i nastąpiła wymiana maili (bo kwestie najważniejsze omawiamy właśnie mailowo, ze happy4względu na odległości jakie nas dzielą) to przez cały ubiegłoroczny wrzesień sami do końca nie wiedzieliśmy czy zespół jeszcze istnieje i czy razem, wspólnie będziemy mogli sobie spojrzeć w oczy i ciągnąc dalej ten wózek. Na szczęście, każdy sobie przeżuł tę sytuację i wyszło, że po nas choćby potop (śmiech).

Kontekstem jest zapewne status zespołu – w zasadzie już od dana nie jest to hobby, tylko praca. Praca, którą się lubi, ale jednak praca. A to może rodzić frustracje. Trafiam? Gdzie Twoim zdaniem przebiega ta cienka zapewne granica między hobby i zabawą a czymś więcej?

Jeśli chce się być szczerym wobec swojej grupy odbiorców i siebie samego, a jesteśmy zespołem, któremu na tym zależy, nie można mieć podświadomej presji, że z twojego grania utrzymuje się 15 osób, bo kończy się zabawa a zaczyna kalkulacja i kombinowanie. Mam wrażenie, że najnowszą płytą bawimy się właśnie pod tym względem dość niebezpiecznie, bo żaden poprzedni krążek nie sprawiał odbiorcom takiego dysonansu, takiej zagwozdki, jak ten. Ale ta zabawa jest szczera, dlatego wciąż nas bawi. Sorry, trzeba odłożyć na bok czarne scenariusze i grać to, co w siedzi w człowieku. Wtedy połączymy przy dobrych wiatrach zabawę z pracą. Tak mi się wydaje. Wiesz o tym dobrze, że na dobrej płycie zależy na pewno Tobie, ale też fanom, wydawcy, żonie, ekipie technicznej oraz organizatorom koncertów. Bo każdy w tym łańcuchu ma coś z tego dla siebie…

Mówisz o niebezpiecznej zabawie. Ok, przypomnę Ci słowa, które padły podczas naszego poprzedniego wywiadu, przy okazji Ciepło/Zimno: O sesjach z Marcinem Borsem, realizatorem i producentem m.in. ostatniej płyty Myslovitz, słyszeliśmy różne rzeczy. Że wywraca utwory do góry nogami, a potem kapele muszą się ich uczyć na nowo na przykład. A ja nie wiem czy zespół happysad jest na to gotowy. Co się zmieniło, że dzisiaj jesteście gotowi? Mimo, że jak sam twierdzisz, igracie z ogniem?

Przede wszystkim, tej zmiany byliśmy pewni. Staraliśmy się na każdej płycie odpłynąć gdzieś dalej, ale efekty zazwyczaj były zadziwiająco nieznaczne. Tym razem mieliśmy świadomość swojej słabości. Byliśmy w stanie nagrać kolejną płytę w naszym klimacie, z naszymi rozwiązaniami, naszymi rytmami, kolejną, bezpieczną. Byliśmy w bardzo komfortowej sytuacji, bo umieszczając na youtubie filmiki z fragmentami piosenek z naszych „obozów kompozycyjnych” czyli zespołowych wyjazdów po wenę, już z grubsza mieliśmy feedback publiczności, wiedzieliśmy, która piosenka zwróciła ich uwagę, której tekst zapadł im w pamięć. I mogliśmy na tym poprzestać. Niestety, kompletnie nas to nie kręciło. Mieliśmy świadomość, że nagrywając te piosenki w taki nasz sposób, będziemy przez następne dwa lata dławili się swoim ogonem. Że na koncertach owszem, będziemy je grać, ale być może jakoś bez przekonania. Byliśmy już trochę zmęczeni naszą formą piosenek. Gdy się jest czasem mocno zmęczonym, ciężko jest zasnąć. My byliśmy tak zmęczeni, że nie mogliśmy wyjść poza schemat komponowania, który wypracowaliśmy przez te lata. Dlatego teraz z pełną świadomością podjęliśmy współpracę z Marcinem.

po nas choćby potop!

po nas choćby potop!

Jakie były Wasze odczucia, jak usłyszeliście efekt pracy Marcina? Duży zaskok? Ulga? Musieliście się na nowo uczyć kawałków, czy zmiany nie były aż tak drastyczne?

Marcin rozpoczął pracę z nami przy tej płycie na wczesnym etapie jej powstawania. Przyszliśmy do niego ze zwrotkami i refrenami. Gdzieniegdzie pojawiał się „bridż”. Nagraliśmy mu to, obsłuchał się mocno i gdy później pojawiliśmy się w studiu na wspólne próby, miał już w głowie co nieco poukładane. Dużo gadaliśmy o tej płycie i chyba po raz pierwszy mieliśmy tak jasną i klarowną jej wizję. Marcin pokumał to od razu i w zasadzie wszystkie jego propozycje były trafne, podobały się nam. Wspólnie zmienialiśmy rytm niektórych utworów, dodawaliśmy miejsce pod wersy w zwrotkach, przearanżowywaliśmy „bridże”, wymyślaliśmy intra, outra. Pracowaliśmy razem na żywym organizmie. Niektóre utwory kompletnie zmieniły podczas tych prób swój charakter. „Do szczęścia” w naszej wersji było punkową łupanką, żywcem wyjętą z „Powstania Warszawskiego” Lao Che. „MBTV” w pierwszej wersji miało coś z polskiej zimnej fali, a „Ciała Detale” zaaranżować chcieliśmy na „janerkowy” sposób. Są też numery, które nie zmieniły się prawie wcale, chociażby 13, „Powódź Dekady” czy „Są Momenty Takie”. Praca z Marcinem nad nowymi aranżami to był przynoszący wiele wrażeń, bardzo przyjemny rollercoaster (śmiech). Świadomie pozwalaliśmy sobie na wiele, oczywiście jak na nas (śmiech). Na okres miksowania materiału zostawiliśmy Marcina samego i gdy dostaliśmy miksy do odsłuchania okazało się, że ta płyta wcale nie jest taka duszna jak nam sięhappy5 wydawało, no a na pewno jest mocno jazgotliwa, czego z kolei nie zakładaliśmy. To jedyne zaskoki. No, może był jeszcze jeden. Zaskoczyło nas jak ta płyta dobrze się klei, ile w niej się dzieje i jak wszystko świetnie brzmi. To zasługa Marcina.

Właśnie – muzyka jest zróżnicowana, ale jednocześnie dla mnie zaskakująca jest polaryzacja. Bo z jednej strony „Są momenty takie” czy „Trzynaście”, kawałki nawiązujące do „starego” happysad, a z drugiej rzeczy mroczniejsze, czy mocno syntetyczne „Ciała detale”, czy transowa „Lista życzeń”. Zatem pytanie brzmi: która odsłona happysad jest prawdziwa? Zakładając, że nie jesteście schizofrenikami.

Każda. Obracamy się szczęśliwie w takim gatunku muzycznym, który nie ogranicza nas ani do używania Iron Cobra, ani do tempa 240 BPM czy jamajskiego akcentu. Słuchamy różnej muzyki, a ograniczają nas tylko nasze własne umiejętności. Każdy gatunek ma na nas wpływ i z każdego jesteśmy w stanie przesadzić coś do naszego ogródka. Dlatego możemy sobie pozwolić na numery w starym stylu i nagły odpał w postaci „Ciała Detale”. Nigdy nie zrezygnujemy z pisania i grania zwykłych, prostych piosenek. Czasem może odpłyniemy w jakieś zaskakujące nawet i dla nas samych rejony, ale w ogólnym rozrachunku wyjdzie i tak na to, że każdy z tych numerów można zagrać na akustyku.

A jednak płyta brzmi tak, jakbyście chcieli pokazać „faka” wszystkim malkontentom, określającym Waszą muzykę mianem „rocka ogniskowego”. Jak myślisz, co powiedzą na „Jakby…” wasi przeciwnicy?

Ja dalej nie wiem co jest złego w „rocku ogniskowym”? Dawniej największe polskie bandy tak grały i nikt się nie napinał (śmiech). Jedno jest pewne: nie chcemy nikomu pokazywać faka, bo kompletnie nas nie interesuje zdanie kogoś gardzącego naszą muzą. Już bardziej martwić moglibyśmy się o tych fanów, którzy nie są gotowi na taką zmianę, ale i tak zaskoczyli nas baaaaaardzo pozytywnie, wręcz jesteśmy dumni z otwartych głów jakie posiadają. Portal Porcys napisał po premierze piosenki „Ciała Detale”, że zespół happysad rozpaczliwie celuje w nagranie swojego ”Kid A”. Przecież nie będę im wykładał jak bardzo mijają się z prawdą, bo ani mnie, ani ich to nie interesuje.

Dobra, ale ciągle się zmieniacie. „Ciepło/Zimno” różniło się bardzo od „Mów mi dobrze”, nowa płyta idzie jeszcze dalej. Człowiek zastanawia się – znaleźli swoją nirwanę, czy będą dalej szukać? Gdzie jest koniec? „Jakby…” to Wasz „Biały Album”, czy kolejny stopień w tym kierunku?

Naczytaliśmy się przy tej premierze, że happysad się skończył. Ja myślę, że to raczej jakiś przysłowiowy, nowy początek. happy6Pewne drzwi zostały wyważone, pewne granice przesunięte. Nie mam bladego pojęcia jak będzie wyglądała następna płyta. Czy będzie krokiem do przodu czy wstecz? Traktujemy każdą płytę jako zapis emocji z dwóch lat życia zespołu. Czy przez następne dwa lata zbierzemy doświadczenia na płytę weselszą czy już zgorzkniejemy na maksa? Czy nowe numery powstawać będą na akustyku czy raczej podczas jamowania? Czy nowy muzyk będzie miał na nas większy wpływ czy raczej go stłamsimy? Jest za dużo niewiadomych, aby jednoznacznie nazywać „JNBJ” naszym opus magnum.

Tak czy inaczej, jest sukces. Płyta debiutuje na pierwszym miejscu zestawienia OLiS, krytycy są raczej zgodni, że poszliście mocno do przodu, koncertów nie brakuje. Można się okopać na zdobytych pozycjach, albo dalej ryzykować. Jaki będzie wasz wybór? Czym jest ryzyko w przypadku zespołu o statusie happysad?

Jak to zwykliśmy mówić, jesteśmy w fazie połogu po ciężkim porodzie, więc póki co, nie myślimy jeszcze o następnym kroku. Pytasz o ryzyko… Jesteśmy zespołem utrzymującym się z grania koncertów i bać możemy się swojej szczerości w tym co robimy. Że kiedyś nagramy płytę, której nikt nie pokuma, nikt nie zaczai, która będzie dla wszystkich jakimś nieznośnym, niejasnym eksperymentem, której nikt nie będzie chciał słuchać ani w domu ani na koncercie. Pewni natomiast jesteśmy kilku rzeczy: happysad to koncertowy zespół gitarowy, lubiący piosenki. My w życiu nie nagramy eksperymentalnej płyty z melodeklamacją tekstów na tle szumu drzew Puszczy Kozienieciej (śmiech). Wierzę w to, że mamy z naszymi fanami jakiś taki wspólny przelot, że rozmawiamy z nimi uniwersalnym językiem i zrozumieją jednak każdą chęć zmiany.

Na zakończenie: zdradź, jakie było najdziwniejsze wydarzenie związane z nową płytą happysad. Coś, co będziecie wspominać za np. dziesięć lat…

Najdziwniejsze? Myślę, że zahaczające o zjawiska paranormalne, znikanie ścieżek u Marcina Borsa w studiu przy backupowaniu nagrań. Podobno wyglądało to tak, jakby ktoś trzymał wciśnięty przycisk „delete”. Natomiast z tego okresu na pewno zapamiętamy nerwy związane z kłopotami technicznymi i przesunięciem premiery. Na szczęście, odbiór nowej płyty rekompensuje nam wszystkie niedogodności.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Greg Klukowski/produkcja: Kinga Drewa