GUIDING LIGHTS – Jesteśmy pussy punkami!

Guiding Lights to zespół skazany na nieodniesienie sukcesu. I to będzie ich sukces, kiedy zostaną nierozpoznani a na koncerty zapraszać ich będą jedynie koledzy. Ale przecież na płycie „New Ways To Feel Bad” grają takie ładne, melodyjne piosenki, że muszą ich zaprosić na OFFa. No tak, ale jeśli zaproszą, to pewnie dadzą złą godzinę i zobaczą ich tylko koledzy. Zatem znowu nie będzie radości tylko smutek i pytania „dlaczego?”. No, niech już wreszcie ten świat zawali się nam na głowy. Bo przecież wiadomo, że wszystkie drogi i tak kończą się źle. W depresję próbują wpędzić nas basistka Joanna Świderska i śpiewający gitarzysta Łukasz Ciszak

Dla wielu osób Guiding Lights to zespół powstały bezpośrednio na gruzach Test Prints. Czy można wysnuć taką teorię? Dlaczego TP zakończyło żywot? Czy traktowanie GL jako kontynuacji nie ma sensu?

Joanna: Ja płakałam trochę po Test Prints, bo to był taki zespół w którym mogłabym grać. A nad samymi piosenkami pracowaliśmy w obecnym składzie, myśląc o tym jak chcemy żeby to brzmiało. A nie jak zagrałoby to Test Prints.

Lukasz: Test Prints zapadło w hibernację z różnych powodów, ale chyba nie mam autoryzacji, żeby o nich opowiadać. Też płakałem wewnętrznie. Nie, raczej nie ma sensu – część piosenek powstała jeszcze, kiedy istniało TP, ale część już napisałem specjalnie dla GL. Jedynym łącznikiem z TP jestem ja. Ktoś chyba kiedyś napisał, że gramy jak „Test Prints na penerstwie” – bardzo mi się to podobało.

Jesteśmy pussy punkami!

Jesteśmy pussy punkami!

Dyskutowałem ostatnio ze znajomym dziennikarzem o tym, że tzw. alternatywne zespoły kompletnie nie dbają o wizerunek, zdjęcia, całą, tzw. pozamuzyczną oprawę. Czy zastanawialiście się, jak przeskoczyć taką przeszkodę? Jeśli to jest przeszkoda, oczywiście…

Łukasz: Może zacznijmy od zdjęć – nasze zrobił Paweł Starzec, który jest wspaniałym fotografem i bliska jest mu szkoła duesseldorfska. Być może jest to estetyka, do której nie wszyscy są przyzwyczajeni i nie wszystkim się podoba. Szkoła duesseldorfska to tzw. „nudne zdjęcia”. To wydaje się też trochę zabawne, bo miałem wrażenie, że bogate dekoracje i makijaże zostały zmiecione w latach 90., więc te rzeczy nie powinny być szokujące 25 lat później – a jednak. My dbamy o wizerunek, tylko to nie jest to wizerunek gwiazd rocka. Poza tym wyglądamy tak jak na zdjęciach, nie widzę powodu przekonywania kogokolwiek, że jest inaczej. Wydaje mi się, że to nie jest przeszkoda w tym gatunku – grając black metal to wiadomo – albo corpse paint, albo kaptury. Tertium non datur, ale grając niezal/garażowego rocka, można wyglądać jak lamusy – to chyba jest akceptowalne, a nawet oczekiwane.

Joanna: W sumie w trójkę chyba wiedzieliśmy, że musimy namówić Pawła, żeby nam zrobił jakieś zdjęcia zespołowe, bo wszystkim ta estetyka bardzo pasowała. Chcę powiedzieć, że to nie pomysł na wizerunek był kluczem doboru fotografa, tylko styl fotografii był kluczem wyboru zdjęć zespołu. Wydaje mi się, że największym spięciem w kwestii wizerunku do tej pory, jest dobieranie koszulek na koncert. Ale nawet tutaj jest małe prawdopodobieństwo żebyśmy grali w tych samych ciuchach. Zastanawiałam się czy w ogóle muzyka jaką gramy ma jakiś konkretny wizerunek. W sensie czy gdybyśmy zaczęli wyglądać jakoś konkretnie, czy nie stalibyśmy się trochę pośmiewiskiem.

I tu znowu dochodzimy do początku czyli punk rocka. Ostatnio słuchałem waszej płyty po raz kolejny i po raz kolejny zmienia mi się opcja, tym razem znowu jawi mi się jako… dobry punk rock. To jesteście tymi punkami, czy nie?

Joanna: Podobno jesteśmy pussy punkami (śmiech). Ja tam nie wiem, chyba nie jesteśmy punkami. Ja najbliżej punka byłam chyba ostatnio w liceum – koleżanka z ławki była punkówą. Jestem strasznie słaba z etykiet a już na pewno nie znam się za bardzo na checklistach i definicjach. Czy trójka ludzi po trzydziestce, na etacie w ogóle ma prawo nazywać cokolwiek co robi „punkowym”?

Łukasz: O tak, gramy pussy punka, ale chyba żadnej definicji nie spełniamy. Piotrek jest związany ze sceną hardcore’ową przez granie w Heatseeker, ale to chyba wszystko. Gramy szybko i głośno, ale na punka mamy chyba za dużo akordów. Cały czas wierzę, że gramy anti-folk na przesterowanych gitarach. Z punka został nam tylko DIY i granie w piwnicy.

No właśnie, podobno po trzydziestce nie powinno się grać rock’n’rolla, jak ktoś kiedyś powiedział. Jak to jest?

Łukasz: No, ale nie gramy rock’n’rolla przecież, rock’n’rolla grają The Stubs, a oni są w naszym wieku. Można grać, jeśli się to robi ironicznie. Czy ten, co to powiedział, to czasem nie ma 70 lat, gra na stadionach i parę lat temu spadł z palmy?

Joanna: Ja mam zawsze problem z takim popularnymi powiedzeniami – coś ktoś kiedyś powiedział, potem to wszyscy powtarzają jak mantrę bez zastanowienia czy to ma sens czy nie. I ogółem całkiem się z tym nie zgadzam akurat. Bo tak jak na siebie patrzę, to dopiero po trzydziestce mam ogarnięcia życiowego tyle, że jestem w stanie sobie pozwolić na instrument i wygospodarować czas na granie. Ale z drugiej strony wiem chyba co autor miał na myśli – że po trzydziestce nie ma się już tej „energii życiowej”. Pewnie dawno mi minął bunt nastolatka, ale za to na pełnej wjechało rozczarowanie i frustracja trzydziestolatka. Więc jest jeszcze o co się „pruć” na scenie.

Łukasz: No właśnie, pisanie piosenek o bólach dorastania jest słabe. Lepiej się pisze o kryzysie wieku średniego.

Wierzcie, dopiero po czterdziestce będziecie mieli na wszystko wywalone. Ale skoro przy latach jesteśmy – do kogo adresujecie płytę? Do zbuntowanych nastolatków czy sfrustrowanych trzydziestolatków?

Joanna: Do sfrustrowanych tego świata.

Łukasz: Segment zbuntowanych nastolatków chyba nie jest bardzo sfrustrowany. Nie znam ich zbyt wielu, ale przypuszczam, że mogą jeszcze być na etapie wiary, że wszystko mogą. Jeśli dotrze do nich, że tak naprawdę mogą niewiele, i nigdy wiele nie mogli, trafią do naszej grupy odbiorców.Guiding Lights

Serio, nic już nie można zrobić? I stąd ta depresja? I to mówią kreatywni ludzie, nagrywający płyty? Przecież świat do Was należy!

Joanna: A czy to nie jest czasem tak, że z kreatywności wynika życiowe rozkminianie i dochodzenie do smutnych wniosków? Z tym „świat do was należy” też bym nie przesadzała. Można mieć super pomysły, możesz mieć świetne koncepcje i idee. Ale jeśli chcesz cokolwiek zrobić, zmienić, musisz pociągnąć za sobą ludzi. I nie pociągniesz wszystkich na siłę, a jedynie tych, którzy cię zrozumieją, będą podobnie myśleć. Ja mam, niestety, takie spostrzeżenie, że niewiele osób myśli podobnie jak ja. Może jednak okaże się, że płyta nagle jest taka do wszystkich, będzie sukces i faktycznie świat będzie do nas należał. Ale raczej nie. Trochę za dużo „rewolucji” widziałam.

Łukasz: No właśnie, to co można zrobić, to powiększyć tę frustrację do takich rozmiarów, że nabierze elementów humorystycznych, to właśnie próbuję zrobić pisząc teksty. A poważnie, to nie sądzimy, że świat do nas należy, ale nie wiemy też, do kogo by miał należeć, w tym momencie pewnie głównie są to bogaci biali mężczyźni w wieku 50-65 lat.

No i siedzi Wam ten sukces w głowie, he, he… chciałoby się zagrać na offie i w studiu TVN??

Łukasz: Na offie tak, w TVN nie, tam chyba trzeba z playbacku, a my nie mamy podkładów – kroczymy ścieżką prawdy i nie gramy na playbacku.

Joanna: O nie, żadnego grania z playbacku! Off byłby spoko opcją. Ale wiadomo jak kończą polskie niezależne zespoły na Offie . To nie jest sukces, tylko suckces.

Łukasz: Byłem na Wild Books na offie o 13:30 w piątek, było super, tak naprawdę to było sporo ludzi, ale chyba wszystkich znałem z widzenia. Jedyny zespół, który grał na offie i odniósł naprawdę fajny sukces, to trupa trupa, bo akurat na ich koncert trafił Jonathan Poneman i szczerze ich pokochał. Ale oni też grali o 15.

Joanna: Czyli i tak za bardzo nikt nowy się nie dowiedział pewnie o istnieniu WB. W sumie na Złotej Jesieni też było sporo ludzi i nie wszystkich znałam z widzenia.

Łukasz: Mam już dla Ciebie tytuł wywiadu: „Gorzkie żale”, tak też powinna nazywać się nasza płyta.

Joanna: To rezerwujemy nazwę na drugą płytę. Ogółem, mam takie mikro-marzenie, żeby trochę być rozpoznanym, ale tak tylko trochę. Żeby grać więcej, ale nie wszędzie. Żeby zespół był oczekiwany, a nie przejedzony.

„Trochę” to zaprzeczenie arogancji, która jest potrzebna żeby wyjść z cienia. Nie boicie się, że to trochę to takie krok do przodu dwa do tyłu? Zbyt introwertyczne?

Lukasz: Nie, chyba jest dużo introwertycznych zespołów, które są znane i cenione, a niekoniecznie popularne, ale chyba aż tak bardzo introwertyczni nie jesteśmy, ja lubię grać koncerty.

Joanna: Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co jest potrzebne do wyjścia z cienia. Robimy w sumie to co robimy tak jak umiemy i jak czujemy. Ja nie umiem być arogancka. Ale jak powiedział Łukasz, są zespoły introwertyczne, które są popularne. Może i nam się uda.

Sukces zależy tylko i wyłącznie od samego zespołu. A propos TT, widzę ile wysiłku wkłada ich lider w promocję, gdzie robi, do kogo pisze i jak mocno wciska wszędzie TT. I to procentuje. Macie takie samozaparcie? Chcecie przekroczyć magiczną barierę dzielącą opcję „my tylko gramy i jesteśmy niezależni” z opcją „chcemy za wszelką cenę…„?

Joanna: Podejrzewam, że skończymy na „my tylko gramy„. Pewnie trzeba się wciskać drzwiami i oknami wszędzie gdzie się da, ale trzeba mieć na to czas i sięMikro-marzenie tego nie wstydzić. A ja na przykład nie jestem w stanie się zmusić do intensywnej autopromocji. Mimo iż wiem, że tak trzeba robić. Mści się to na mnie okrutnie i w życiu prywatnym i zawodowym i pewnie na zespole też, no ale nie umiem, bo irytuje mnie takie zachowanie u innych. Zero w tym logiki, ale nie umiem tego przeskoczyć.

Łukasz: Aż takie chyba nie, możemy sobie, póki co, pozwolić na bycie bezkompromisowymi, cannot into Polish. Na próbach urządzamy sobie seanse nienawiści i śmieszkujemy z tych, którzy takie promocje robią, chociaż wiadomo, że wyjdą na tym lepiej niż my. Na szczęście, nasi wydawcy obiecali, że zrobią to za nas.

Joanna: Powiedziałabym, że autozażenowanie > intensywne promowanie. A potem sobie pluję w brodę.

Właśnie, czego od Instant Classic oczekujecie?

Łukasz: Jeszcze o tym z nimi nie rozmawialiśmy – czy to nie będzie niezręczne, jeśli dowiedzą się tego z prasy?  To może odpowiemy na lekko zmodyfikowane pytanie „na co mamy nadzieję po wydaniu przez IC?”. Wczoraj rozmawiałem z Yurą z Bastard Disco i mówił, jak zmieniło się ich życie po wydaniu płyty w Antenie Krzyku. Wcześniej nikt nie chciał im organizować koncertów i nikt nie chciał z nimi grać a teraz chcą wszyscy, na to mamy nadzieję.

Joanna: O właśnie! Fajnie byłoby nie musieć dobijać się o koncerty. Może wreszcie uda się zagrać w Łodzi (to trochę inside joke, na temat tego jak ciągle nam się to nie udaje).

Łukasz: Tak, marzymy o zagraniu w Łodzi, ale ludzi, którzy próbowali nam w tym pomóc, spotykały jakieś straszne nieszczęścia.

Jednym słowem – strach z wami współpracować (śmiech).

Lukasz: Strach z nami nie współpracować

Joanna: Raczej strach być z Łodzi i próbować nam tam zorganizować koncert. Bo mamy też na koncie całych i zdrowych organizatorów ze Szczecina, Gorzowa i Sochaczewa.

To na koniec dziwne pytanie: powiedzcie z jakimi zespołami nie chcecie być porównywani? Tak dla dziennikarzy piszących recenzję… (śmiech).

Łukasz: Pixies, oczywiście, wolelibyśmy z The Breeders, ale spodziewam się, że znajdą się tam takie, których żadne z nas nie słyszało.

Joanna: No, Pixies pewnie. Założę się, że jak już ktoś nas zrecenzuje to wtedy okaże się, że jest więcej takich zespołów, do których nas porównano a niespecjalnie nam się to podoba. Ale akurat w tej chwili nie przychodzą mi żadne do głowy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Starzec