GRIN – Sztuka wypowiedzi

Z muzykami Grin spotkałem się w pewien piątkowy wieczór, żeby wypić kilka piw i porozmawiać o ich najnowszym wydawnictwie, A Scanner Darkly. Jakby trochę wbrew pierwotnym założeniom rozmawialiśmy jednak nie tylko o muzyce, ale także o sprawach natury ogólnej, błędach młodości i trudnych relacjach międzyludzkich. Piwo puszkowe pił Kurt (gitara, wokal), piwo butelkowe Dziadek (gitara).

INTRO   Kurt: Jak robiłem swoje pierwsze, kwadratowe kompozycje, to wszyscy się śmiali. Dzisiaj ci, którzy się śmiali albo nie żyją, albo robią dalej to, co robili. Natomiast ja nie stoję w miejscu. Może to zabrzmi górnolotnie, ale nigdy nie robię czegoś dłużej niż te trzy minuty, które są na to potrzebne.

MAJOR SMISS (1990-1995)   Kurt: Major Smiss to był jedyny mój zespół, który został opisany w Metal Hammerze. Była recenzja jak dostaliśmy się do Jarocka. Akurat wtedy moja matka zmarła. Na bębnach grał z nami jeszcze Wawrzyn Chyliński (później Damnation i Against The Plagues – przyp.autora). Zrobiłem na takim domowym czterośladzie demo, „Pain and Darkness”. Pięć numerów naszych i kower „Peace Sells” (Megadeth). Wszystko to zmiksowałem sam, wysłałem do Jarocina i pojechałem z kolegami na wakacje do Paryża. I będąc tam dowiedziałem się, że dostaliśmy się jako jedna z trzystu iluś tam kapel i jeszcze to Metal Hammer podchwycił i opisał. Powiedziałem sobie, „ja pierdolę, jest chyba dobrze, nie?” (śmiech). A jak pojechaliśmy do Jarocina to zrobiła się kompletna klapa. Ja przyjechałem tam nabuzowany, ale wyszło tak, że położyliśmy ten koncert. I potem podszedł do nas Gołąb z Dead Infection i powiedział, że „jak się, kurwa, nie ma włosów, to się, kurwa, macha brodą!” (śmiech). W Jarocinie rodziły się różne słynne później teksty. Na scenę wyszedł jakiś zespół, który nie wiem jakim cudem się tam dostał, bo kompletnie nie umieli grać. Jak ich gitarzysta powiedział, że chce więcej reverbu oraz pogłosu i więcej światła na strunę G, to ja leżałem pod stołem (śmiech). W tak zwanym hotelu festiwalowym, czyli internacie z piętrowymi łózkami, miałem przyjemność poznać laureata wcześniejszej edycji, Wilczego Pająka. Jeden z nich ubarwiał nam życie powiedzeniem „znamy się 15 minut i już takie jaja!”. Raz zrzucił ze schodów dozorcę, mówiąc mu to samo. A on przyszedł tylko zrobić porządek (śmiech). Stary, powiem ci, że rok 1992 był wesoły.

Sztuka wypowiedzi

Sztuka wypowiedzi

GRIN   Kurt: Coroner jest fantastycznie sprawnym zespołem, o naprawdę szerokim spojrzeniu. Usłyszałem ich płytę „Grin” i stwierdziłem, że tak się nazwiemy. Na tej płycie pokazali, że można wywalić wszystko na śmietnik i zrobić coś z zupełnie innej beczki. A że ta płyta się nie sprzedała? Po prostu ludzie nie zrozumieli intencji.  Dziadek: Każdy, kto grał w Grin, musiał znać tę płytę i ją lubić. Inaczej nie mógł grać w tym zespole.

SPRAWA DUCHOWA   Dziadek: Zespół reaktywowaliśmy po blisko trzynastu latach stagnacji. Przez ten, jakby nie patrzeć, długi czas, żaden z nas tak naprawdę nie odciął się zupełnie od grania. Przeciwnie, nabywaliśmy coraz to nowych doświadczeń w mniej lub bardziej uznanych, a przede wszystkim zróżnicowanych stylistycznie, grupach. Ze wskazaniem choćby na Hell-born, Blindead czy Trauma. Niestety, często na tej fajnej, odkrywczej i intensywnej drodze zaczynają się pojawiać sytuacje czysto życiowe, które sprawiają iż trochę zaczynamy gasnąć. Nie inaczej było z nami. Za wyjątkiem Kurta, który nigdy ani na moment nie przestał rzępolić (śmiech). Koniec końców trzy lata temu padł zupełnie niezobowiązujący pomysł, żeby spróbować jeszcze raz. W niemal identycznym składzie zaczęliśmy pierwsze próby, z czasem dość niepewnie zaczęły pojawiać się nowe riffy. A potem już całe kompozycje i  koncerty, koncerty, koncerty, aż do pierwszej wizyty w studio. Promo „A Scanner Darkly” zarejestrowaliśmy na przełomie 2015/16 roku. Te kilka utworów to swoista retrospekcja ostatnich dwudziestu lat! Są tu świeże aranżacje piosenek pochodzących z samego początku działalności, jak i pomysły powstałe gdzieś tam, w okresie niebytu. Są też rzeczy zupełnie nowe, które ostatecznego szlifu nabrały dopiero w studio. Niemniej wydaje mi się, że bezlitosny ząb czasu był dla naszej muzyki nader łaskawy, ponieważ „A Scanner Darkly” mimo wszystko sprawia chyba wrażenie dość spójnej płytki.  Kurt: Mam jakiś fokus na to, co ten zespół ma zrobić. Co jest dla mnie bardziej sprawa duchowa niż finansowa, bo na finanse to sobie może liczyć Nergal z Behemoth, tudzież inni, którzy mają już jakieś układy. Robię to tylko po to, że pokazać, że można inaczej. Że można iść pod prąd i osiągnąć swoje, jeśli się naprawdę w to wierzy. To jest to, co u zarania pchnęło mnie w muzykę.G

NOWA TWARZ W ZESPOLE    Dziadek: Młody to był czysty przypadek. Traf chciał, że na jakimś koncercie drapnął go Zwierzu (basista Grin – przyp. autora) i od słowa do słowa okazało się, że gra na perkusji. Przyznam się, że z początku w niego nie wierzyłem. Przyszedł jednak przygotowany i zagrał wszystko, co miał zagrać. Po dwóch próbach okazało się, że mogę się odwrócić i grać tak jak ze starym bębniarzem, z którym grałem przez całe życie.  Kurt: Różnica polega na tym, że on może iść tylko do przodu.

DYPLOMACJA   Kurt: Nie potrafię czegoś nazwać inaczej jak po imieniu. Mnie można powiedzieć prosto w oczy „nie podobasz mi się, kurwa, spierdalaj”. Ale to samo można usłyszeć ode mnie w drugą stronę. Jeżeli coś jest chujowe, to jest chujowe. Jak to kiedyś ujął Wojciech Mann, czy chamstwem jest powiedzenie „posuń się, grubasie”, jeśli ktoś jest otyły? Nie, to jest tylko sztuka wypowiedzi. Możesz powiedzieć „proszę, niech się pan przesunie, bo jest pan duży.” Ja wolę powiedzieć „posuń się, kurwa, grubasie, bo zajmujesz dużo miejsca.”  Dziadek: I w tym momencie zawsze muszę wkraczać ja i mówić „przepraszam bardzo za mojego kolegę, on chciał powiedzieć tylko, żeby pan przesunął się na prawo”.  Kurt: Ja lubię tak zwane czarno-białe relacje. Albo mówimy sobie to, co nas wkurwia, albo sobie nie mówmy, ale nie róbmy jakiejś takiej wyperfumowanej, kurwa, atmosfery. I tak samo traktuję muzykę Grin. Nie podchodzę już do tego tak emocjonalnie, że „kurwa, ktoś mnie nie lubi”. Mam to w dupie. Jeśli mnie nie lubisz, to znaczy, że albo nie chcesz mnie polubić, albo ci nie pasuje taka muzyka. Do widzenia, nie musisz mnie słuchać. Możesz wyłączyć, nie przyjść na koncert… Nie będę nikogo zmuszał.G2

W ZGODZIE ZE SOBĄ    Kurt: Jeżeli muzyk ma kłopoty z samym sobą, to nie powinien brać się za muzykę. Żadną. Bo każdą spierdoli. Ja jestem pogodzony z tym co mogę, a czego nie mogę. Wstaję rano i mówię „jest OK”. Ryj wisi, idziemy dalej. Nienawidzę momentów, kiedy ludzie nieświadomie sami robią „self destruct”. Spokój ducha jest najważniejszy w robieniu muzyki i czegokolwiek. Jeżeli jesteś w zgodzie z samym sobą, jesteś w stanie pchnąć wszystko tak, jak nikt by sobie tego nie wyobraził. Sława przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Nie można czegoś robić dla sławy. Robisz to dla siebie. Tak samo jak pieniądze nie są celem, tylko środkiem. Jest czasem zaspokajanie takiego głodu, „bo inni mają, to ja też muszę mieć”. Pierdolić to. Ja może czasami nie zjem, albo nie pojadę na Karaiby, ale są ludzie, którzy mi zazdroszczą. Dar i potencjał ma każdy, ale zawsze robisz to kosztem czegoś. Może tego czasu, kiedy mógłbyś zarabiać pieniądze. Ale czy kolejna wycieczka i samochód da ci taką satysfakcję? Ja dzisiaj mogę powiedzieć szczerze – jak będę umierał, będę zadowolony. Zrobiłem wszystko, kurwa, co mogłem. Dziadek: Daj mi tylko swoje płyty (śmiech).

Wysłuchał i spisał Michał Spryszak.

Zdjęcia z archiwum zespołu.