GRAND SUPREME BLOOD COURT – Sąd skazuje Cię na death metal

Holandia to piękny kraj. Mają najładniejsze tulipany, jeżdżą na rowerach, przyzwoicie grają w piłkę nożną. Poza tym od zarania dziejów łoją death metal, jakby to miało wyjść z mody. Chyba nigdy im się to nie znudzi, bo właśnie weterani związani z Asphyx wydali album pod nowym szyldem. Ważną rolę w zespole odgrywa Eric Daniels, gitarzysta z oryginalnego składu, który po blisko dekadzie absencji wrócił do metalu. Alwin Zuur, aktualny basista Asphyx, także złapał za gitarę. Obu wypytałem, jaka motywacja stoi za powołaniem do życia Grand Supreme Blood Court oraz do kogo adresowany jest ich debiut „Bow Down Before the Blood Court„.

Początki Grand Supreme Blood Court sięgają 2009 roku. Dlaczego na Wasz debiut trzeba było czekać aż do 2012?

Eric Daniels: Temat zespołu pojawił się faktycznie pod koniec 2009 roku. Wkrótce później napisaliśmy kilka fragmentów, żeby przekonać się w jakim kierunku zmierzamy. To jednak trwało. W 2010 i przez większość 2011 zajmowaliśmy się materiałem, ale chłopaki byli także pochłonięci pozostałymi zespołami, a ja miałem pewne zobowiązania. Pod koniec 2011 mieliśmy już nagrane większość materiału. W 2012 zrobiliśmy jeszcze jeden numer i zarejestrowaliśmy wokale. Zgadzam się, proces był trochę się rozwleczony w czasie. Mimo to jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu końcowego, który przerósł nasze pierwotne oczekiwania.

Alwin Zuur: Już kilka lat temu Eric Daniels miał pomysł na założenie kapeli, ale nie doszło do tego. Jakiś czas później Bob Bagchus, Eric i ja zdecydowaliśmy się trochę pojammować. Był to brutalny i surowy death’owy ochłap, który przypadł nam do gustu. Postanowiliśmy kontynuować temat i zaprosiliśmy Martina van Drunena i Theo van Eekelena. Tak powstało GSBC. Po napisaniu i nagraniu materiału planowaliśmy wypuścić płytę jeszcze pod koniec 2011 roku. Były jednak pewne opóźnienia i ze względu na ustaloną już wcześniej premierę „Deathhammer” Asphyx na luty 2012, podjęliśmy decyzję, aby z debiutem GSBC wstrzymać się kilka miesięcy. Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której oba albumu ukażą się tego samego roku, ale stało się inaczej.

W brzmieniu GSBC można odnaleźć podobieństwa do Soulburn, Waszego projektu z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Czy zachowały się jakieś niewykorzystane riffy z tamtego okresu, które znalazły się na „Bow Down Before…”?

Eric: Z mojego punktu widzenia Soulburn i GSBC to dwa zupełnie inne zespoły, inne inspiracje i style. Nie kontynuujemy aktualnie w żadnym stopniu tego, co graliśmy lata temu w Soulburn. To był zespół jednej płyty. Teraz liczy się tylko GSBC i zamierzamy pociągnąć to nieco dłużej. To jest nasz cel.

Czy płyta GSBC jest przeznaczona tylko dla zupełnych maniaków tradycyjnego death metalu?

Alwin: Asphyx i GSBC grają tradycyjny death metal, bo to jest styl, który kochamy i chcemy grać. Moim zdaniem GSBC ma bardziej rozbudowane kompozycje. Jest w nich więcej różnorodnych riffów, harmonii, a nawet solówek, ponieważ mamy w składzie dwóch gitarzystów. Biorąc pod uwagę, że obie kapele mają trzech wspólnych członków, można dojść do prostego wniosku, że gramy identycznie. Wydaje mi się jednak, że w brzmieniu GSBC można usłyszeć inne naleciałości. Na przykład echa takich załóg jak Master, Autopsy czy Slaughter. Nawet głos Martina ma trochę inną barwę niż na płycie Asphyx. Trafiamy w gusta oldschoolowych maniaków, ale odbiór z młodszej części sceny też jest bardzo dobry. Okazuje się, że nie trzeba być przed czterdziestką, żeby cieszyć się naszą muzyką.

Sąd skazuje Cię na death metal!

Sąd skazuje Cię na death metal!

Wasza płyta nie należy do przełomowych dokonań w death metalu. Trzymacie się dawno wyznaczonej ścieżki, nie eksperymentujecie, nie szukacie nowych rozwiązań. Czy w związku z tym gracie tylko dla samej przyjemności grania czy stoi za tym jakaś inna motywacja?

Eric: Dla mnie osobiście to, co gramy jest przełomowe. Byłem nieobecny przez dziewięć lat. Wróciłem i to jest kapitalne uczucie. Niezależnie, co myślą inni, mam po prostu wielką radość z robienia muzyki po tylu latach metalowej abstynencji. Znów cieszy mnie bycie muzykiem, pisanie numerów i wizja grania na scenie. Nie zdecydowałbym się na comeback gdybym nie był w stu procentach zmotywowany i pewny, że tego właśnie chcę. Zawsze interesował mnie tylko death metal, więc innej drogi nie było. Death metal siedzi w mojej duszy, w moim sercu, to jestem ja. Kiedy włączysz naszą płytę to jestem przekonany, że usłyszysz, co mam na myśli. Każdy z nas ma takie samo podejście. Jesteśmy grupą weteranów, którzy kochają taki właśnie styl i brzmienie. Wszystko na czym nam zależy to grać szczery doom/death metal. To jedyna potrzebna nam motywacja.

Producentem Waszej płyty, tak samo jak w przypadku ostatniego Asphyx, jest Dan Swanö. Nie przejmowaliście się tym, że albumy mogą brzmieć zbyt podobnie?

Alwin

Alwin

Alwin: Dan wyprodukował w swojej długiej karierze całą masę płyt. Nie znaczy to jednak, że każda brzmi tak samo. Na pewno brzmienie GSBC i Asphyx jest dość podobne, ale jeśli wsłuchasz się w detale zauważysz pewne różnice. Głównie w przypadku gitar i bębnów. To co powoduje, że albumy wydają się zbliżone to bardzo charakterystyczny głos Martina.

Zdecydowaliśmy się współpracować ze Swanö z prostego powodu. Facet doskonale rozumie nasze podejście do muzyki. Jest kapitalny w deathmetalowym rzemiośle. Jest bardzo sprawny i szybki. Nigdy nie zawodzi. Wykonał świetną robotę.

Rzucając okiem na składy GSBC, Asphyx, a także Hail of Bullets i Thanatos łatwo dojść do wniosku, że jesteśmy prawdziwą deathmetalową rodziną. Jestem pewny, że w Holandii jest dość świetnych muzyków, ale Wy rzadko dopuszczacie kogoś z zewnątrz.

Alwin: Martin, Eric, Bob i ja mieszkamy w tej samej okolicy. Wspólne granie jest łatwe i możemy często się spotykać. Znamy się od dawna, ufamy sobie, każdy wie kogo na co stać. Był moment, w którym szukaliśmy basisty. Zasadniczo mogliśmy wziąć kogoś nowego, ale byliśmy pewni, że Theo będzie pasował idealnie, więc zamiast się wysilać, wyszliśmy z propozycją dla niego. W przypadku takiej muzyki jaką uprawia GSBC nie ma miejsca na odmienne wizje dotyczące stylu. Nie gramy technicznie, perkusista nie poszaleje z rytmiką, nie ma mowy o progresywnych solówkach czy sześciostrunowych basach. Robimy surowy, prymitywny, rdzenny death metal i tak ma zostać.

Grałeś w Asphyx w latach 1989-95 oraz 1997-2000. Jakie masz wspomnienia z tych okresów? Czy to już dla Ciebie prehistoria?

Eric: Większość wspomnień jest wciąż bardzo świeża i żywa. Byłem członkiem Asphyx praktycznie od powstania kapeli i jest to dla mnie niezwykle ważna sprawa. Wiele się nauczyłem, dorastałem z tymi chłopakami. Nigdy nie zapomnę pierwszych sesji w studio, pierwszych koncertów czy tras. Asphyx ma w moim sercu zarezerwowane specjalne miejsce. To nigdy nie będzie dla mnie prehistoria.

Jak wyglądało Twoje życie od czasu opuszczenia Asphyx?

Eric

Eric

Eric: Skoncentrowałem się na innych sprawach. Potrzebowałem trochę odetchnąć od tego szaleństwa. Wczesne lata były bardzo intensywne i wyczerpujące. Mniej więcej w 2000, po nagraniu „On The Wings of Inferno”, zagraliśmy jakieś koncerty i zdecydowałem się odejść. Znalazłem normalną pracę. Kilka lat zajęło mi wspięcie się na ten poziom zawodowy, który chciałem osiągnąć. Mam poczucie, że odniosłem sukces. W pewnym momencie, naturalnie pojawiła się także rodzina, ale jakieś cztery lata temu wszystko legło w gruzach. Nie chcę się spowiadać ze szczegółów, to zbyt osobiste kwestie. Te wszystkie doświadczenia dały mi nową perspektywę na ponowne sięgnięcie po gitarę, na której nie grałem przez blisko dziewięć lat. Nie brakowało mi jej, robiłem co innego. Nazbierało się jednak pomysłów i inspiracji, co wykorzystałem pisząc materiał dla GSBC. Mam poczucie, że jestem ponownie debiutantem, że zaczynam zupełnie od początku. Nie miałem pojęcia, że tak będę to przeżywał. To jest bardzo zaskakujące, ale również wspaniałe.

Czy GSBC będzie koncertować? Rozumiem, że na scenie, zgodnie z Waszymi prawniczo-sędziowskimi ksywami (Sędzia Daniels, Sędzia Bagchus, Sekretarz Zuur, Kat van Eekelen, Prokurator van Drunen), będziecie występować w odpowiednich perukach i togach…

Alwin: Będziemy grać na żywo, ale decydujemy się tylko na szczególne okazje i miejsca. Prawdopodobnie będzie to kilka sztuk w roku. Nie planujemy regularnej trasy, mimo to, że mamy sporo ofert. Debiutancki gig odbył się 1 grudnia na południu Niemiec w Ingolstadt. W tym roku wystąpimy jeszcze u nas w Eindhoven.

Co do ciuchów, to nie ma mowy. Wchodzimy na scenę, podłączamy gitary i burzymy ściany. Nie ma miejsca na scenografię, strojenie się czy przebieranki. Gramy death metal, a tu mimo wszystko obowiązują jakieś zasady. Poza tym nie jesteśmy grupą teatralną. Muzyka musi wystarczyć.

Rozmawiał Adam Drzewucki