GOVERNMENT FLU – nie oglądać się za siebie…

Warszawski Government Flu z lokalnej sensacji, która miała zakończyć żywot po pierwszej demówce, stał się marką rozpoznawalną daleko poza granicami naszego kraju, o czym świadczą trasy koncertowe i udział w festiwalach od Holandii po Danię. Zamiast narzekać, chłopaki ciężko pracują, mając kilka dużych atutów w ręku. Jakich? Nie wspomnę o kwestiach muzycznych, bo to subiektywna sprawa, chodzi mi raczej o ogromną świadomość własnego miejsca na tym świecie i jasno obrany cel, do którego konsekwentnie zmierzają. Moment na ten wywiad jest jak najbardziej dobry – po wydanej jakiś czas temu ep – ce „Like Letters” zespół ma w zanadrzu świeży krążek, zawierający zbiór nagrań z winylowych singli („Singles Collection”), nowy materiał przeznaczony na split z Poiosn Planet i szykuje się właśnie do kolejnej trasy, tym razem wokół Bałtyku. Czego chcieć więcej? Może zaproszenia na koncerty do USA?

Zanim przejdziemy do ep – ki, kilka słów odnośnie poprzedniej płyty – jesteście z niej zadowoleni z dzisiejszej perspektywy?

Marcin: Specjalnie ją sobie włączyłem i przesłuchałem, żeby Ci rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie. Ja jestem z niej nadal zadowolony. Kosztowało nas trochę nerwów, żeby wszystko wyszło tak jak chcieliśmy. Na dzień dzisiejszy nie wiem czy cokolwiek bym tam zmienił. Może wyjebałbym z jeden kawałek i ze dwa inne riffy, ale w gruncie rzeczy nadal podoba mi się tak jak jest, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że z dzisiejszej perspektywy jestem z niej zadowolony tak samo, jak wtedy, kiedy ją nagraliśmy.

Rafal: ja tez jestem zadowolony, nawet bardzo zadowolony. Prawdę mówiąc, jestem zadowolony ze wszystkich nagrań. Każde z nich w pewien sposób podsumowuje pewien okres zespołu. Dlatego nic bym nie zmienił ponieważ wtedy było dokładnie tak jak na tej płycie. Intensywnie, z problemami, szybko i w ogóle. To prawda, że kosztowało nas to sporo nerwów, ale myślę że było warto…

W recenzji „Are You Sorry Now?” w Teraz Rocku ze strony dziennikarza padła sugestia, że okładkowy motyw i tytuł płyty są niebezpieczne, bo mogą kogoś sprowokować do targnięcia się na swoje życie. Macie coś na ten temat do powiedzenia?

Marcin: Nie gramy emo, więc raczej nie trafiamy bezpośrednio do ludzi, którzy są gotowi targnąć się na swoje życie po usłyszeniu takiej czy innej płyty. Niebezpieczna jest nadinterpretacja, a na to na pewno nie mamy wpływu. Mam nadzieję, że okładka Cro-Mags nie sprowokowała nikogo do konstrukcji bomby atomowej.

Rafał: Czytałem tę recenzję. Moim zdaniem pan dziennikarz nie do końca zrozumiał ideę tego całego bałaganu. Nie chodziło o to by zachęcać, a raczej wskazać problemy, które popychają ludzi do takiego kroku. Dlatego wyszło mrocznie i trochę depresyjnie…Zdjęcie z okładki to inspiracja filmem „Wristcutters a love story” zrobionego na podstawie opowiadania znakomitego pisarza Edgara Kerreta o tytule „Pizzeria Kamikaze”. Film i książka podejmują ten temat ale w sposób inny niż wszystkie produkcje. Ale skoro to nie jest magazyn Film, to sami sobie zobaczcie a ja nie będę udawał Kałużyńskiego. Wracając do pytania, cała płyta to swoista analiza niektórych czynników prowokujących konkretne zachowania a nie zachęcanie do skończenia ze sobą.

Dlaczego decyzja o nagraniu ep – ki byłą podjęta tak szybko, w zasadzie z dnia na dzień? Co Was tak przypiliło?

Marcin: Ta ep-ka została po prostu zrobiona prawie z dnia na dzień. Szybko ją zrobiliśmy, to też szybko nagraliśmy. Nie mieliśmy jakiegoś ciśnienia – tak po prostu wyszło. To była spontaniczna decyzja, która była bardzo dobra. Do zespołu doszedł Wolfi, okazało się, że przy robieniu kawałków rozumiemy się w zasadzie bez słów, zrobiliśmy cały materiał chyba na dwóch próbach, potem szybko w jedną noc nagraliśmy i okazało się, że była to bardzo dobra decyzja. Chyba potrzebowaliśmy też nagrywki po zmianie składu. Nowe wydawnictwo zawsze robi dobrze w takim wypadku, bo zamyka w pewnym sensie wcześniejszy rozdział. Można powiedzieć, że ten singiel był dla nas takim dotarciem się w zespole i zobrazowaniem jak to wszystko teraz razem brzmi. No i mieliśmy od razu nową płytę przed samą trasą. Dobrze to wszystko wyszło.

GF jest w tej chwili uznawany za jeden z najciekawszych zespołów reanimujących punk/hc muzykę z lat 80- tych. Cieszycie się z tego powodu, czy raczej macie inne zdanie na ten temat?

Marcin: Jeśli ktoś ma o nas takie zdanie, to jasne, że się cieszymy. Jednak dobrych zespołów nawiązujących do starego amerykańskiego hardcora na świecie jest w pytę. W Polsce nie ma ich może zbyt dużo, ale wystarczy karnąć się na północ przez Bałtyk. Nie wspominając już nawet o Stanach, gdzie zespołów i wytwórni specjalizujących się w wydawaniu głównie tego typu stuffu jest całe mnóstwo. Czasem trudno odróżnić czy słuchasz czegoś z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, czy z 2012 roku.

Rafał: Cieszymy się bardzo i dziękujemy za wszystkie miłe słowa.

Wolfi: Czuję się mile zaskoczony tymi słowami. Myślę, że dzisiaj trudno odkryć nowe ścieżki i zagrać świeżo takie dźwięki; my nie chcemy, rzecz jasna, wyważać otwartych drzwi, ale myślę, że możemy tą muzykę zagrać z odpowiednim „strzałem”.

Nowa płytka to kolejna zmiana w składzie i kolejny raz znika perkusista. Co Wy im robicie? Za ciężka praca, czy też nie lubicie perkusistów?

Marcin: Czy ciężka praca to nie wiem, bo nigdy nie grałem na perkusji. Czasem tak bywa, że trzeba coś zmienić. Najważniejsze, żeby nie zrobić tego jak już będzie za późno. Z Piotrkiem nagraliśmy dwa pierwsze single i kawałki na składankę Warsaw is Burning, z Markiem nasz pierwszy longplay. Lubię wszystkie te wydawnictwa, ale też staram się nie oglądać zbytnio za siebie. Wolę patrzeć w przód.

Rafał: Myślę, że nie chodzi o to czy praca jest ciężka czy lekka tylko o to kto co chce zrobić z tym zespołem. Oprócz grania w gf większość z nas pracuje i zespół jest taką odskocznią od tej nudnej rzeczywistości. W aktualnym składzie gramy kiedy możemy, jeździmy na trasy, nagrywamy nowe rzeczy bez niepotrzebnego ciśnienia i presji, że musimy rzucić wszystko inne. Jak to było w jakimś wywiadzie? „Bez ambicji i oczekiwań”.

W składzie pojawił się Wolfi – czym Was do siebie przekonał, pomijając fakt, że chciał z Wami grać?

Amator wegańskiego ciasta - Wolfi

Amator wegańskiego ciasta - Wolfi

Marcin: Pytanie raczej czym my jego do siebie przekonaliśmy, że chciał z nami grać. Z Wolfim znamy się nie od wczoraj. Kiedy rozstaliśmy się z Markiem, to szczerze mówiąc Wolfi był pierwszą osobą, o której pomyśleliśmy. Zaprosiliśmy go do zespołu, a on zgodził się w nim zostać. Cieszymy się, bo wszystko teraz jakoś łatwiej i sprawniej idzie.

Wolfi: Muszę wyznać, że rzeczywiste powody mojego dołączenia do Government Flu są bardziej banalne – Marcin jest niesamowitym kucharzem i potrafi zrobić najlepsze, wegańskie ciasto. Rzucałem się na jeden kawałek za drugim! Mimo, że mam sto innych zespołów, po prostu nie potrafiłem się oprzeć jabłecznikowi z cynamonem, jaki Marcin przygotował na pierwszą trasę. Taka jest prawda.

Rafał: Ja także od razu pomyślałem o Wolfim… Jak powiedział Marcin, znamy się już długo i wiedzieliśmy, że jeśli się tylko zgodzi to będzie strzał w dziesiątkę. Zresztą dobrze wiemy, że Wolfi lubi takie granie. Poza tym Wolfi jest naprawdę wyluzowanym gościem i doskonale czujemy się w jego towarzystwie zarówno na próbach jak i na wyjazdach. Wprowadził dużo pozytywnej energii i nawet te stare kawałki nabrały jakiegoś takiego nowego kopa i wyrazu.

Czy widzicie różnicę w zespołowym brzmieniu i drajwie, w obecnym składzie w stosunku do poprzedniego z Markiem Sarbą na pokładzie?

Marcin: Przez zespół przewinęło się trzech perkusistów i każdy grał trochę inaczej. Gra na garach ma spory wpływ na brzmienie i charakter całego zespołu. Za każdym razem kiedy przychodził do zespołu nowy perkusista, widoczna była różnica. Każdy z materiałów, który nagraliśmy czy to z Piotrkiem, Markiem czy z Wolfim różni się i każdy ma w sobie coś fajnego. Wolfi gra taką muzykę już bardzo długo i na pewno czuje się tu jak ryba w wodzie. Marek nigdy wcześniej (przynajmniej z tego co ja wiem i z tego co sam mówił) nie walił po garach w zespole grającym w takim stylu. Można powiedzieć, że było to dla niego coś nowego, ale przyznam, że od pierwszej próby polubiłem jego styl grania – prosty, chamski, na bucu. Pasowało to idealnie to kawałków, które zaczęliśmy wtedy razem robić. Marek używał też dosyć dużych bębnów, co sprawiało, że te kawałki brzmiały chyba nieco ciężej. Wolfi z kolei jest bardzo dobrym perkusistą i jest w stanie zagrać wszystko. Poza tym jest bardzo szybki. Ma w sumie wszystko co potrzebne, żeby czuć swobodę w graniu takiej muzyki. Kawałki z nim robi się mega szybko, bo po prostu czuje ten temat. Jak robimy coś nowego to często nawet nie musimy niczego omawiać – po prostu gramy i wychodzi to tak, że wszyscy są od razu zadowoleni.

Wolfi: Odnośnie grania koncertów – ja na prawdę podziwiam takie zespoły jak Total Fury, takie, które grają set bez przerw między kawałkami, zwyczajnie piosenka po piosence bez nabijania pałeczkami. To jest coś, co chciałem zrobić w Government Flu i myślę, że jesteśmy w tym temacie na dobrej drodze.

Na nowej ep – ce pojawiły się cztery kowery. Chcę, żebyście skomentowali każdy zespół – dlaczego go wybraliście i na czym polega jego wyjątkowość, w Waszym odczuciu?

Nie oglądamy się za siebie!

Nie oglądamy się za siebie!

Marcin: Założenie było takie, że każdy wybiera sobie jeden kower, taki jaki chce i nagrywamy je na drugą stronę singla. Jedynym warunkiem było to, że nie może być zbyt długi, bo byliśmy ograniczeni limitem czasowym jednej strony siedmiocalówki. Ja wybrałem Void, ale równie dobrze mógłbym wybrać każdy inny kawałek pośród tych wybranych przez chłopaków. To posunięcie pokazało, że mamy bardzo zbliżony gust. Void jest genialnym zespołem. Mimo, że jest to wszystko chujowo nagrane, krzywe, rozstrojone i nieokrzesane, to jednak ma w sobie to coś. Jest to na tyle chamskie i proste, że aż urocze. Może właśnie o to w tym wszystkim chodzi…

Rafał: ja wybrałem Jerry’s Kids kawałek o tytule „Straight Jacket”. Ten kawałek pochodzi ze składanki „This is Boston not LA”. Niesamowite w nim jest to, że pomimo swojej prostoty ma niesamowitego kopa. Trochę taki zagoniony, szybki i myślę, że doskonale pasuje do repertuaru GF. Myślę, że spokojnie mógłby być jednym z naszych kawałków…Swoją drogą, graliśmy też kiedyś inny kawałek Jerry’s Kids „Raise the curtain” który pochodzi z płyty „Is this my world?” jest zdecydowanie inny od Straight Jacket, ale tak samo zajebisty. Ten zespół ma w sobie bardzo dużo agresji, wkurwienia i niepokoju co sprawia, że jest jednym z moich ulubionych zespołów.

Gdzieś w drodze...

Gdzieś w drodze...

Wolfi: Wybrałem kawałek Antidote. To jeden z moich ulubionych zespołów, ciągle mam sekretne plany i nadzieję, żeby założyć kowerband, który zagra całą ep – kę „Thou Shalt Not Kill”. Ten kawałek, który nagraliśmy, wykonywałem już na żywo z Vitamin X, dlatego było to dla nie dość proste zadanie.

Hubert: Ja wybrałem kawałek Necros, bo to był doskonały hc/punkowy zespół, ale z gatunku tych mniej docenianych i pamiętanych, pewnie dlatego, że nie pochodzili ani z Zachodniego ani ze Wschodniego Wybrzeża USA, tylko z jakiejś dziury w Ohio.

Lepiej nagrywa się kowery, czy własne kawałki?

Marcin: Własne kawałki. Nie wiesz jak wyjdą po nagraniu i to jest największa zajawka. Zawsze coś Cię może zaskoczyć.

Rafał: Zdecydowanie wolę własne kawałki, z kowerami jest trochę tak, że później porównuje się je z oryginałem i mimo tego, że jest prawie tak samo to jednak zawsze trochę inaczej:) Nie wiem czy to dobrze czy źlę, po prostu trochę inaczej. Jak powiedział Marcin, ze swoimi kawałkami jest totalna podjarka tym jaki będzie efekt końcowy.

Wolfi: Zdecydowanie łatwiej nagrywać kowery, bo o prostu kopiujesz to, co ktoś już zrobił, nie musisz wymyślać, co by tu w dalszej części kawałka zagrać. Ale oczywiście satysfakcja, z jaką słucha się nagranego, własnego kawałka bije na głowę każdy kower.

W recenzji napisałem, że te kowery mogłyby równie dobrze być waszymi autorskimi numerami – to dla was komplement, czy bzdura?

Marcin: Dla mnie komplement. Inspirujemy się tymi zespołami, żeby wprost nie powiedzieć, że z nich zrzynamy.

Rafał: He, he, komplement.

Zastanawia mnie przekaz płyty – jest w jakiś sposób uwarunkowany, czy to zbiór  różnych przemyśleń a nie jakieś manifesty?

Staram się nie pisać manifestów...

Staram się nie pisać manifestów...

Rafał: Staram się nie pisać manifestów ani rzeczy powszechnie prawdziwych wpisujących się w szeroko pojęte zjawisko hardcore/punk. Przyczyna jest taka, że nie wszystko to co wkurwia innych musi tak samo działać na mnie. Jeśli chodzi o LP, to dużo tekstów podejmuje temat samotności w tłumie, frustracji wynikającej z tego, że ciężko odnaleźć się pośród ludzi, że narzucane odgórnie zasady i sposoby postępowania gówno dla mnie znaczą…mimo tego, że to może przypominać truizmy zawsze piszę o konkretnych sytuacjach, które siedzą we mnie mocno. „Like Letters” jest kontynuacją tego co rozpoczęliśmy na „Are you sorry now?”, czyli ciąg dalszy podwójnej moralności i oceny sytuacji w kawałku „Navy Blue”, gadania, które ma na celu wywołać w kimś poczucia winy i robienia z siebie kozła ofiarnego w kawałku „if I” i „Like Letters”…jest dużo negatywnego i krytycznego spojrzenia na świat, ale ja tak właśnie odbieram hardcore. Nie wypruwam sobie żył krzycząc, że jest zajebiście, tylko że jest chujowo.

Wolfi: Rafał powiedział ostatnio na koncercie: “Piosenki są o nas i o was, ale przede wszystkim o was…”

Jesteście zespołem koncertowym, często wyjeżdżacie, co można prześledzić na Waszej stronie. Może kilka uwaga na temat ostatniego, europejskiego wypadu? Co zapamiętaliście z tej eskapady, gdzie było najciekawiej?

Wolfi: Istnieje kilka historii z tras, które warto opowiedzieć. Np. granie spontanicznego koncertu w parku w składanym, plastikowym namiocie, Niemcy próbujący gadać ze sobą po polsku, frytki na śniadanie w Muenster,  czy Wolfi szalejący na każdym, gównianym i rozstrojonym klawiszu, jaki wpadnie mu pod łapy, czym denerwuje cały zespół, bo potem jest w stanie zagrać tylko dwa kawałki (potencjalny powód, żeby wykopać go później z zespołu…).

GovFlu w Nancy

GovFlu w Nancy

Marcin: Tak naprawdę to nie gramy tych koncertów aż tak wiele. Mamy zrywy raz na jakiś czas i w dużej mierze zależne jest to od tego, kiedy Wolfi jest w Warszawie, jak też od innych czynników, chociażby urlopów w pracy. Staramy się zrobić w roku co najmniej jedną trasę po Europie, a jak pani bozia da trochę więcej czasu, to i gramy więcej. Ideą tego zespołu jest granie gigów. Nie wyobrażam sobie inaczej. Oczywiście lubimy robić i nagrywać nowe kawałki, ale robimy to po to, żeby je później grać na koncertach, a nie po to, żeby umieszczać je tylko na plastikowych krążkach podbudowując swoje próżne ego.

Wasza ep – ka ukazuje się na winylu, wpisując się w obecną histerię odnośnie czarnych placków. Co w takim razie proponujecie np. maniakom CD, takim jak ja? Dlaczego fanów CD ignorujecie?!

Marcin: Moim ulubionym plackiem jest ziemniaczany. Czarny jest dopiero wtedy, jak się spali. Histerię można przypisać maniakom (albo raczej fanatykom) płyt kompaktowych. Jeśli pytasz nas co proponujemy maniakom, to proponujemy im na przykład trochę się wyluzować – może przestaną się wtedy czuć ignorowani.  Poza tym nie można powiedzieć, że fanów kompaktów ignorujemy, bo jest wręcz przeciwnie. Do tej pory prawie wszystko wydaliśmy również na tym nośniku. Jeśli tylko jest taka możliwość, robimy to. Lubimy kiedy nasza muzyka jest dostępna i jeśli sprawiłoby to, że będzie jeszcze bardziej dostępna, to może nawet wypuszczalibyśmy taśmy do szpulowców i pozytywki z naszymi nagraniami. Odbiorców naszej muzyki wydanej w formie CD jest na pewno trochę więcej, niż chętnych na pozytywki, ale prawda jest taka, że ciągle nie jest to oszałamiająco duża liczba – w przeciwieństwie do sporego zapotrzebowania na winyl. I żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie chodzi tu o jakiś zysk i ekonomiczne kalkulacje, tylko o realne zapotrzebowanie i co za tym idzie, sens pewnych posunięć. Potrafię zrozumieć wydawców, którzy po prostu nie chcą, aby im te kompakty zalegały potem latami w piwnicach. Mimo wszystko nadal staramy się wydawać CD. Ten nośnik jeszcze pewnie długo nie odejdzie do lamusa, choć niektórzy prorokują, że czeka go ten sam los, co kasety i będzie pewnie w przyszłości wydawany w ograniczonych ilościach tylko dla „maniaków”. Ja nie wiem jak będzie, ale chyba nie da się ukryć, że czas świetności kompaktów minął. Jeśli o nas chodzi, to w zasadzie tylko ostatnia epka i kompilacja „Warsaw Is Burning” nie wyszły na CD, ale takie też było założenie. „Like Letters” było spontanicznym wydawnictwem zrobionym na trasę, które zostało wydane w ograniczonym nakładzie 300 sztuk i w takiej formie już na pewno nie będzie wznawiane, mimo, że singiel jest prawie całkowicie wyprzedany. Oba materiały są zajebiście krótkie i nadawały się po prostu lepiej na singiel winylowy. Takie jest jego przeznaczenie, ma to swój urok i tyle. W przyszłości takie krótkie single też będziemy wydawać tylko na winylach. Ale to też nie musi oznaczać, że te kawałki nigdy nie trafią na CD. Jeśli będzie ich już wystarczająco dużo, to może zbierzemy je wszystkie do kupy i wrzucimy na kompakt. Tymczasem dla tych, którzy dla zasady nie kupują winyli, udostępniamy materiał do ściągnięcia. Jak ktoś kupi winyl a chce też mieć wersję mp3, to na pewno mu nie odmówimy jeśli się do nas zgłosi. Coś w tym musi być, że mimo, iż winyl jest droższy w produkcji i również droższy w sprzedaży, to jednak ciągle ludzie chcą go wydawać i kupować.

Na koniec kilka słów odnośnie planów na przyszłość?

Marcin: Wiadomo – szykujemy się na kolejny koniec świata. W międzyczasie nagraliśmy kawałki na split z Poison Planet, który ukaże się najpewniej jesienią w Refuse Records. W sierpniu jedziemy na trasę dookoła Bałtyku. Może jeszcze w międzyczasie wydamy coś krótkiego, a potem postaramy się zrobić nową długą (jak na nasze możliwości, czyli pewnie około 15-minutową) płytę. Ale to już plan na dalszą przyszłość. A póki co w najbliższy weekend ma premierę nasz LP zatytułowany ‘Singles Collection’, który jak zapewne łatwo się domyślić będzie zawierał wszystkie wydane dotychczas winylowe single. Tak – winylowe, nie kompaktowe. Dzięki za wywiad.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Daniel Marcinkowski

Zdjęcia z tras: Wolfi’s blog