GNIDA – Brudy, nierówności i… cały ten kał

Debiutancki materiał GNIDA to płyta, która mimo tego, że krótka jest niesłychanie, w mordę bije że aż strach. Łojenie death/grind wychodzi chłopakom lepiej niż dobrze, ale trudno się dziwić gdyż za zespół ten odpowiedzialne są persony zaprawione w bojach pod różnymi sztandarami. Gdy tylko skończyłem zbierać zęby z podłogi, postanowiłem zadać kilka pytań twórcom „S.Y.F.”. Na moje pytania odpowiadali wspólnymi siłami Lucass oraz Sirius.

Gnida – jajo wszy, osoba złośliwa, fałszywa – czym urzekło was to słowo o jakże wielu znaczeniach, że zdecydowaliście się wykorzystać je jako nazwę zespołu rock’n’roll’owego? Wiecie, że w języku szwedzkim „gnida” znaczy rabować?

Lucass: Heyo! Słowo GNIDA jest już samo w sobie przedupcone dość odpowiednio. Raz, z racji mnogości znaczeń – jak słusznie zauważyłeś, nie tylko w języku polskim, dwa – łatwo zapada Gw pamięć i budzi różnorakie skojarzenia, trzy – brzmi po prostu wyśmienicie (śmiech)! Była to pierwsza i ostatnia propozycja nazwy na ten projekt.

Sirius: Nazwa miała być ohydna i odrażająca…

Macie za sobą bogatą przeszłość muzyczną, działaliście i nadal działacie w wielu zespołach, co w takim razie daje wam kolejny band? Czym szczególnym jest Gnida, że w czasach gdy wszyscy gdzieś biegną, „trwonicie” cenny czas na kolejny zespół?

L: W moim przypadku, Gnida stała się bandem nr 1 – nie ma zatem mowy o jakiejkolwiek stracie czasu! Tutaj totalnie realizuję się jako bębniarz i kompozytor, nie może być lepiej (śmiech). Poza tym, uważam, że tym co daje nam motywację do działania jest fakt, że jako zespół nigdzie się nie spieszymy. Traktujemy ten band bardzo na luzie, czerpiąc maksimum radochy z grania muzy i przebywania w swoim towarzystwie. Podsumowując: Gnida nie biegnie. Gnida jedynie maszeruje stawiając duże kroki.

S: Można powiedzieć, że Gnida to nasze dziecko. Będziemy się starać wychować je tak by wyszło na ludzi.

„S.Y.F.” to materiał krótki, ale bardzo dosadny i mocno walący prosto w ryj; spotkaliście się już może z opiniami, że niespełna piętnaście minut to trochę krótko jak na lp?

L: Ktoś coś tam kiedyś bździł, że „za krótko”, że „za mało”… Takich opinii było naprawdę niewiele. Można by zliczyć na dwóch palcach jednej stopy (śmiech). Nie stawiamy na ilość, nie chcemy zanudzić słuchacza nadmiarem niepotrzebnego hałasu. Założenie jest raczej przeciwne: lepiej pozostawić niedosyt niż przesyt. Płyta ma kopać w śledzionę, nokautując już w pierwszej rundzie zamiast zmuszać słuchacza do oczekiwania na ten jeden spośród kilku momentów, dla których warto słuchać danego albumu… Jeśli ktoś oczekuje, że nadchodzący krążek będzie zawierał dłuższe kompozycje – jest w błędzie (śmiech). To nie nasz styl.

S: Gnida nie jest adresowana tylko do fanów death’u czy grind’u. Mamy wielu znajomych, którzy nie słuchają metalu na co dzień i chcieliśmy stworzyć coś przystępnego dla takich właśnie odbiorców. Słuchając „S.Y.F” – u nie jesteś wstanie się znudzić czy zmęczyć za bardzo a jak czujesz niedosyt, zawsze możesz posłuchać jeszcze raz.

Osobiście słyszę w waszej muzie dużo odniesień do amerykańskiej szkoły ultra brutalnego grania spod znaku death/grind – są jakieś wzorce, które miały szczególny wpływ na to czym jest Gnida?

L: Miło, że tak to słyszysz – wezmę to za komplement (śmiech). Na „S.Y.F.” – ie miało być dziko, brutalnie i zaskakująco. Muza, którą tam słyszysz jest wypadkową wielu czynników, spośród których głównym jest chyba potrzeba uzewnętrznienia podstawowej potrzeby tzw. „spuszczenia wpierdolu”. Uważam, że forma w jakiej podajemy naszą muzykę słuchaczom jest bardzo uniwersalna i każdy fan ostrego grania znajdzie w niej coś dla siebie.

S: Chodziło nam poniekąd o odtworzenie klimatu takich płyt jak D.R.I. „Dealing With It” lub „Scum” Napalmu, ale zaznaczam chodziło o klimat, muzycznie jest to całkiem co innego.

  brudy, nierówności i... cały ten kał

brudy, nierówności i… cały ten kał

„S.Y.F.” mimo, że krótki jest to materiał całkiem pokombinowany pod względem aranżacyjnym. Upchnęliście w tej formie sporo połamanych temp, pogiętych riffów. Takie było założenie by było brutalnie, ale też całkiem wymagająco?

L: Aranżacje na „S.Y.F.” – a powstały od kopa, całkiem naturalnie i spontanicznie. Priorytetem jest mocny groove, zachęcający do machania bańką. Nie mieliśmy na celu czegokolwiek na siłę udziwniać lub „uprogresywniać”. Jest żywioł i tego będziemy się trzymać.

S: Nie mieliśmy żadnych założeń robiąc ten materiał, a nawet jak mieliśmy to bardzo odbiegały one od tego, co znalazło się na płycie. Postawiliśmy na szczerość przekazu i tak wyszło.

Które granie bardziej was kręci, krótkie, kilkudziesięciosekundowe strzały czy ciężkie, mielące tempa i dłuższe formy? Czy w przyszłości Gnida pójdzie bardziej w kierunku grind’u czy death metalu?

L: Obie formy są w porządku, jeśli są odpowiednio użyte. Bardzo świadomie podeszliśmy do tematu kolejności utworów na płycie, tworząc spójny obraz z następujących po sobie miniatur. Zajęło nam to dużo więcej czasu niż samo komponowanie czy nagrywanie (śmiech). Nie sądzę byśmy mieli pójść całkowicie w którymkolwiek z wymienionych kierunków. Raczej pociągniemy jednocześnie obie sroki za ogon… Aż się zesrają (śmiech).

„S.Y.F.” to idealny tytuł dla tej płyty, bowiem brzmienie, w które ubraliście ten materiał jest ni mniej ni więcej tylko syfiaste a do tego tłuste i ciężkie. Mniemam, Gnida L2 że jesteście z brzmienia zadowoleni? Jakim zmianom poddalibyście dzisiaj pierwsze dziecko Gnida?

L: Osobiście nie przepadam za napompowanymi, wykwantyzowanymi do oporu, współczesnymi produkcjami metalowymi. Stąd brudy, nierówności i cały ten kał… Niemalże wszystko zostało nagrane za jednym strzałem – z czego jestem szczególnie zadowolony. Całość brzmi dużo lepiej niż początkowo zakładaliśmy. Nic bym nie zmienił.

S: Brud, smród i ubóstwo i tak zostanie do końca …

Do utworu „Fucking Whore” powstał teledysk, który, co tu dużo mówić, wyróżnia się na tle ostatnio realizowanych przez Gnida L3zespoły metalowe amatorskich video. Czy ten obrazek to wasze dzieło czy może skorzystaliście z usług jakiegoś profesjonalnego studia? Ze względu na tematykę oraz to, co widzimy na ekranie nie spotkały was jakieś nieprzyjemności ze strony np. feministek?

L: Pieprzyć feministki! To video dedykowane jest dla prawdziwych facetów z krwi i kości oraz kobiet, które nie zaleją się łzami „bo ten pan powiedział, że jestem gupia”(śmiech).Wiesz, co mam na myśli. Pomysł na video powstał dosłownie w oka mgnieniu, tak też przebiegła jego realizacja. Wraz z kolejnym klipem pójdziemy jeszcze dalej. Obraz ma gnieść tak jak muza – takie jest moje zdanie.

S: Chciałem zaznaczyć że nikt nie ucierpiał podczas zdjęć a jeżeli klip wywoła poruszenie to nasz cel zostanie osiągnięty. Teledysk powstał we współpracy dwóch ekip AssOentertaiment oraz Red Pig Production. Pierwsza z nich odpowiedzialna jest za zdjęcia, druga za montaż i postprodukcję.

Gnida LWygraliście w tym roku polskie eliminacje do Wacken Open Air, to dla was sukces? Odczuwacie tremę przed prezentacją live patologicznych dźwięków Gnida na tym festiwalu?

L: Mowa tu o największym, metalowym open air na świecie. Będzie to piąty koncert w karierze Gnidy – grzechem z naszej strony byłoby nie uznać tego za sukces. Bez względu na to czy odniesiemy tam kolejny sukces czy nie, jest pięknie (śmiech). Trema? Możliwe, że jest, delikatna. Ale przede wszystkim jedziemy tam po to by zagrać najlepszy koncert w dotychczasowym życiu każdego z nas. Damy z siebie WSZYSTKO!

S: Nigdy nie myślałem o tym, żeby pojechać na Wacken w roli fana a co dopiero jako muzyk. Naszym zadaniem jest zejść ze sceny ze świadomością, że z naszej strony wszystko poszło zgonie z planem. A trema powinna być zawsze. To mobilizuje i nakręca do działania.

Jeśli o koncertach mowa – lubicie je grać czy bardziej interesują was popijawy po występie artystycznym?

L: Koncerty, fajna rzecz (śmiech). Gnida live to jeszcze więcej dziczy i ekstremy niż definiuje to płyta. Każdy gig jest inny, każdy dotychczasowy był udany – oby taka tendencja się utrzymała. Co do imprez powystępowych, również w tej kwestii dominują „blasty i ciężki wpierdol”. Combo dobrego gigu z solidnym afterem jest tym, co tygrysy lubią najbardziej (śmiech).

S: Jeśli chodzi o mnie to zdecydowanie koncerty, impreza na drugim planie.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu