GNAW THEIR TONGUES – bandcamp i mizantropia

Każda epoka w muzyce popularnej rodzi właściwych sobie dziwaków. Nowy Steven Stapleton już nam się raczej nie objawi, skoro więc jesteśmy skazani na laptopowych odszczepieńców, warto nakierować uszy na tych naprawdę ciekawych i utalentowanych. Mories de Jong wydaje się nieodrodnym dzieckiem swoich czasów, któremu rozwój technologii uświadomił, że właściwie wszystko już wolno. Jego muzyka może się nie podobać, ba, może wręcz powinna, ale nie sposób odmówić jej oryginalności i pewnej autorskiej wizji. Na okoliczność nowej (która to już?) płyty Gnaw Their Tongues, przepytaliśmy tego, sympatycznego w gruncie rzeczy, mizantropa.


O ile mi wiadomo, kontrakt z Candlelight Records opiewał na jeden album, a wraz z „Per Flagerrum…” powróciłeś pod skrzydła Crucial Blast. Było to chyba najbliższe dużej wytwórni co mogło spotkać Gnaw Their Tongues. Jak z perspektywy czasu oceniasz tę współpracę? Czy faktycznie coś zmieniła?

Tak, to był jednopłytowy kontrakt z opcją przedłużenia, ale album źle sprzedawał się w Europie, więc nie chcieli kontynuować współpracy. Nic to nie zmieniło, wciąż robię co chcę, chociaż dzięki temu zarobiłem na całkiem niezły sprzęt do nagrywania. Kiedy podpisaliśmy papiery, przez dłuższy czas nie wiedziałem jak się w tym odnaleźć, bo miałem poczucie, że to nie było dobre posunięcie. Ale myślę, że teraz nie ma to już znaczenia, nic się nie zmieniło.

Słuchając płyt Gnaw Their Tongues zastanawiam się na ile są one wynikiem improwizacji, a może realizujesz wizję z góry założoną przed procesem nagrywania?

bandcamp i mizantropia...
bandcamp i mizantropia…

Improwizacja jest częścią procesu komponowania, ale raczej u jego podstaw (perkusja i bas). Wszystkie nagrania są potem montowane i przearanżowywane. Montuję je według własnego uznania i dodaję pewne elementy; wstawiam na przykład partię skrzypiec albo konkretny motyw rytmiczny, a potem poprawiam linię basu wiele razy, aż wybiorę taką, która brzmi najlepiej. Jednak część materiału wymyślana jest najpierw, jak na przykład w którym momencie następować mają po sobie określone partie, itd. Generalnie zwarta wizja obecna jest zawsze. Na przykład w przypadku „L’arrivee…” i nowego albumu, miałem w głowie pomysł na POTĘŻNIE brzmiące utwory, z mnóstwem chórów i organicznie brzmiącymi partiami kotłów. Rzadko jednak efekt finalny jest taki, jakim słyszałem go w głowie. Zawsze się to zmienia.

Jakiego sprzętu używasz podczas nagrywania i masteringu? Masz jakieś programy albo instrumenty niezbędne w procesie tworzenia?

Tak, wtyczka, którą używam do masteringu jest absolutnie niezbędna, nie znalazłem innej, która dawałaby takie brzmienie. Używam również taniego przedwzmacniacza mikrofonowego – przez niego nagrywam wszystko, co pozwala uzyskać taki „brudny” sound. Kiedy go włączysz, od razu zaczyna buczeć i trzeszczeć, tak jak lubię. W zeszłym roku kupiłem nowego, potężnego Mac’a, który powiększył moje możliwości o 200%. Z poprzednim osiągnąłem już maksimum, nowy pozwala mi na rejestrowanie większej ilości nakładek i używanie lepszych samplerów do orkiestracji. Używam też taniej gitary basowej, którą mam od lat i 80-watowego Marshalla. Mam też stare organy, syntezatory, zestawy hi-fi i inne zabawki do tworzenia hałasu. Wszystko jest nagrywane bezpośrednio na komputer albo w sali prób i innych miejscach, z użyciem dwóch mikrofonów pojemnościowych i laptopa.

Dlaczego zdecydowałeś się umieścić swoje nagrania na bandcamp? Czy w dzisiejszych czasach ludzie wciąż chcą płacić za mp3?

To coś w rodzaju mojego archiwum. Dużo czasu spędzam siedząc przed komputerem (również w pracy) i jestem zbyt leniwy by włączać płyty CD, więc słucham muzyki w streamingu, już nawet jej nie ściągam. Zresztą większość rzeczy na bandcamp jest za darmo albo w cenie jednego czy dwóch dolarów, a do tego w plikach .wav z jakością CD. Ludzie raczej przestali już kupować płyty kompaktowe, zobaczymy co przyniesie przyszłość. Rozważam wydawanie muzyki wyłącznie w mp3, a potem zbieranie zamówień na wydanie winylowe i CD i produkowanie dokładnie takiej ilości nośników. W ten sposób uniknąłbym kartonów zawalających mi mieszkanie.

Gnaw Their Tongues jest bardzo płodnym projektem, że nie wspomnę o Aderlating i De Magia Veterum. Nie obawiasz się czasem, że taka nadprodukcja doprowadzi cię do twórczego wypalenia? Ile czasu zajmuje ci stworzenie albumu?

Tak, boję się, że źródła inspiracji mogą wyschnąć, ale jak dotąd, nie zdarzyło się to. Jednak trochę zwolniłem, bo zrobiło się to trochę głupie. Wciąż czuję potrzebę tworzenia każdego dnia. Również dlatego bandcamp jest fajny – tworzysz coś i po prostu wrzucasz tam. Jeśli ludzie chcą tego posłuchać to świetnie, jeśli nie – też w porządku. Nikt nie traci pieniędzy ani energii. Obawiam się również, że słuchaczy zmęczy w końcu moja osoba i muzyka – „o nie, znowu ten koleś”… ale jak już powiedziałem, potrzebuję kreatywności. Stworzenie albumu może zając od dwóch tygodni do dwóch lat. Cenię sobie to, że mogę przeskakiwać do innej muzyki, bo łatwo się nudzę, więc po roku pracy nad materiałami Gnaw Their Tongues zajebiście jest chwycić za gitarę i ujarzmić trochę chaosu na potrzeby De Magia Veterum. Ostatnio zajmuję się również zupełnie inną muzyką, która skupia się wyłącznie na tym, co dobre. Żadnej brutalnej rzeczywistości, morderstw itd. – tylko to, co w życiu najpiękniejsze. Myślę, że w miarę upływu lat NIC już nie postrzegam w czarno-białych barwach, jak kiedyś. Wszystko ma dwie strony.

Mimo, że każdy z twoich projektów ma swoje indywidualne brzmienie, są elementy wspólne dla nich wszystkich. Jak dzielisz materiał?

Elementem wspólnym jestem zapewne ja i moja miłość do ekstremalnie brzmiącej muzyki, która jest wszechogarniająca i silniejsza ode mnie. Podział jest prosty: De Magia Veterum jest oparty głównie na gitarach i tradycyjnym metalowym instrumentarium. Gnaw Their Tongues to połączenie metalu i orkiestracji, a także unikanie wszelkich standardów i schematów. Aderlating jest przeznaczony dla najbardziej hałaśliwych i dronowych obszarów mojej twórczości. Współtworzę go również z Ericiem, co czyni go całkiem odmiennym bytem.

W przepastnym świecie muzyki popularnej istnieją dwa typy mizantropów – ci, którzy opowiadają, jak to sztuka pomaga kanalizować negatywne emocje i radzić sobie z codziennością oraz ci, którzy twierdzą, że ich przesłanie jest jak najbardziej autentycznie i odzwierciedla to, kim są. Biorąc pod uwagę, jak antyludzka jest muzyka Gnaw Their Tongues, na ile oddaje ona osobę jej autora?

Przeważnie naprawdę nienawidzę ludzi. Nie chcę tego, ale oni rozczarowują mnie swoją nieszczerością i głupotą, czuję to od kiedy byłem dzieckiem. Zawsze zadziwia mnie jak szybko ludzie potrafią orżnąć jeden drugiego albo wbić sobie nawzajem noże w plecy. Staram się być inny i postępować ze wszystkimi uczciwie. Mam wąską grupę przyjaciół, którym ufam i z którymi się trzymam, do pozostałych podchodzę z dystansem.

Twoja muzyka, obojętnie jakim szyldem firmowana, jest zawsze szorstka i odpychająca. Czy ten rodzaj emocji spełnia wszystkie twoje ambicje artystyczne?

Tak. Jestem zbyt apatyczny by krzyczeć ludziom w twarz, więc czynię to poprzez moją muzykę. Mam w sobie tę potrzebę, by miażdżyć muzyką, by pierdolić ludziom w głowach. Nie wiem skąd się to wzięło.

Płyty Gnaw Their Tongues – zarówno ich oprawa graficzna, jak i sama muzyka – są ekstremalnie mizantropijne, do granic rozsądku i poza nimi. Czy uważasz, że w twojej muzyce jest jakiś element groteski? Frank Zappa pytał – „czy humor i muzyka idą w parze?” – mógłbyś odpowiedzieć?

Jasne, że idą! Nie wydaje mi się, żeby ironia pasowała do Gnaw Their Tongues, ale wplatałem takie elementy do mojej twórczości (na przykład na drugiej EPce Seirom). Lubię subtelność i czarny humor w muzyce, na przykład u Malcolma Middletona, gdzie użalanie się nad sobą jest tak ogromne, że staje się zajebiście śmieszne.

Dwa ostatnie albumy Gnaw Their Tongues są bardziej rozbudowane formalnie od twoich wcześniejszych dokonań, czy spotkałeś się już z oskarżeniami o „sprzedawanie się”, albo „złagodnienie”?

Jak dotąd nie, przynajmniej ja nic takiego nie czytałem. Zresztą, i tak mnie to nie interesuje. Musiałem stworzyć te płyty takimi, jakie są. Za każdym razem chcę robić coś innego. Nie ma sensu nagrywać ciągle tego samego albumu. Jeśli ludziom się to nie podoba, to w porządku.

Twoja muzyka, zwłaszcza dwie ostatnie płyty Gnaw Their Tongues, ma swoisty „soundtrackowy” charakter. Czy chciałbyś kiedyś zilustrować swoją muzyką jakiś film? Jeśli tak, to jaki?

Tak, byłbym bardzo zainteresowany nagraniem ścieżki dźwiękowej do filmu. Najbardziej oczywistym byłby horror, ale potrafię również tworzyć bardziej emocjonalne lub eksperymentalne dźwięki, więc myślę, że potrafiłbym zilustrować muzyką jakiś „artystyczny” film. Moje umiejętności leżą raczej w obszarze smutnej i negatywnej muzyki, nie radzę sobie z tworzeniem dźwięków lekkich i krzepiących.

A jaką muzykę filmową cenisz najbardziej?

Uwielbiam orkiestrowe soundtracki z filmów nakręconych między latami 30’ a 70’. W latach 80’ pojawiła się cała ta syntezatorowa muzyka filmowa, za którą nie przepadam. Lata 90’ i współczesność to głównie składaki piosenek albo elektroniczno-orkiestrowa muzyka filmowa. Jest w tym trochę dobrych rzeczy, ale nie tyle co w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Wywiad  Bartosz Cieślak, Kuba Kolan