GEORGE DORN SCREAMS – Czarnym szlakiem na samą górę

Alternatywna Bydgoszcz, shoegaze, smak ogórkowej przy dźwiękach Alamedy, sztukowanie naciągów i pieniądze. To tyko część tematów, jakie poruszyliśmy w rozmowie z perkusistą George Dorn Screams – Marcinem Karnowskim. A powód był całkiem niezły – premiera kolejnej, świetnej płyty kwartetu – Spacja kosmiczna. Outsiderzy krajowej alternatywy znaleźli dla siebie całkiem przytulną niszę, łącząc hałaśliwe gitary z dużą dawką melancholii, co daje w efekcie nieźle hipnotyzujące dźwięki. Jeśli lubicie post rockowe hałasy, psychodeliczne, dream popowe odjazdy i żeńskie wokalizy ubrane w dysonansowe gitarowe malunki, nowa, piąty już krążek GDS przez dłuższy moment powierci Wam dziurę w głowie. Reklamacji nie będzie.

Startujemy z grubej rury – BYDGOSZCZ… Dzisiaj to słowo znaczy tyle co  ALTERNATYWA. Dobrze Ci z tym? Jak z Twojej perspektywy wygląda to miejsce, bo np. z mojej to wydaje się, że każdy, kto jeszcze nie przekroczył wieku emerytalnego gra albo grał w jakichś alternatywnych składach, koniecznie raz gadał z Ziołkiem i choć raz był w Mózgu…

He he, dobre. Nie wiem czy Bydgoszcz to alternatywa, ale chyba rzeczywiście jest tu jakieś nagromadzenie sytuacji (albo raczej ludzi, którzy te sytuacje wytwarzają), co decyduje o wyjątkowym charakterze tej szerokości geograficznej. Z Kubą się dobrze znamy, super kolega i świetny artysta. A w mózgu mam próby. No więc coś w tym jest pewnie… może to jest siła takich miast, gdzie w odróżnieniu od wielkich metropolii ludzie są bliżej siebie.

Niewątpliwie jest teraz dobry klimat na muzę z tego miasta. Może chodzi o to, że żyje się wolniej, myśli intensywniej i pewne rzeczy bada się dogłębnie. Bo jednak wielkie miasta prowokują do bardzo zdawkowego, szybkiego traktowania kultury, sztuki itp.

Mam porównanie z Warszawą, bo trochę przyjaciół właśnie tam mieszka. Często rozmawiamy o tych różnicach. W Warszawie, żeby się umówić z kumplem na piwo, trzeba bukować termin na miesiąc wcześniej (jak u lekarza). Tutaj wystarczy wieczorem wyjść na miasto. Odbiór kultury również jest nieco inny. Nie chciałbym wartościować, bo każde miejsce ma swoją specyfikę.

I z tego rodzą się historie… Właśnie – nie uważasz, że wspólnym mianownikiem „bydgoskich” projektów/zespołów/płyt jest lekki posmak melancholii, taka próba zatrzymania czasu, zmuszanie do kontemplacji czy transu. Nie wyobrażam sobie np. żeby 3MoonBoys czy Starej Rzeki słuchać ot tak, „po łebkach”, w biegu. To się nie uda…

Ja lubię kilka miast, w tym Bydgoszcz. Ale raczej ze względu na ludzi i sytuacje do których się  przywiązuję. Można zapuścić sobie do obiadu muniaków albo Starą Rzekę. Ciekawe jak smakuje ogórkowa przy Alamedzie (śmiech). No, masz rację, ta muzyka chyba wymaga troszkę innego rodzaju skupienia. Ale być może obaj się mylimy i należałoby wypróbować słuchanie bydgoszczaków na rowerze? Zastanawiam się nad odbiorem muzyki klasycznej poza filharmonią np. Z płyt Górecki już nie robi takiego ogromnego wrażenia. Owszem, nadal olśniewa, ale jednak słuchanie wykonania na żywo jest jeszcze głębsze… Zdaje się, że odbiegłem od tematu. Reasumując, rzeczywiście jest jakaś wspólna ścieżka muzyków, którzy tu grają. Ona może wynikać także z tego, że relacje między nami są zawsze serdeczne, zespoły z Bydgoszczy wzajemnie się wspierają i inspirują. A charakter miasta dodaje swoje trzy grosze.

Czarnym szlakiem na samą górę

Czarnym szlakiem na samą górę

Unikatowy przykład przyjaźni, porozumienia ponad podziałami? Zero rywalizacji i podgryzania? Toż to enklawa, którą trzeba wpisać w poczet Dóbr Narodowych…

Eee tam, chyba podobnie jest w innych miejscach… Może czasem coś złego z ludzi wyłazi, ale generalnie myślę, że w innych miastach jest podobnie. Wspieramy się w dzielnym trwaniu mimo niesprzyjających czynników zewnętrznych (śmiech).

Niesprzyjające czynniki. Czyli temat z drugiej strony – często spotykasz/spotykacie się z problemami? Co jest największą przeciwnością w spokojnym tworzeniu z Twojej perspektywy?

Powiem szczerze i zabrzmi to jak narzekactwo, ale trudno: czasami wyświetla się komunikat: „brak dostępnych środków”, a mówiąc wprost: nie da się wyżyć z muzyki (albo przynajmniej ja nie potrafię, może to niezaradność taka…), więc trzeba robić rzeczy, które pochłaniają niekiedy masę czasu, który można by wykorzystać bardziej twórczo. Z drugiej strony, czasami myślę, że gdyby nie było takiej sytuacji, rozleniwiłbym się, trudno wyczuć. Ogólnie nie narzekam (żeby nie było), kocham muzykę i mam niebywałe szczęście grać z świetnymi ludźmi. Zawsze staram się o tym pamiętać.

Dochodzimy zatem do punktu krytycznego. Chyba każdy artysta tworzący coś bardziej alternatywnego – w każdym razie nie oglądający się na mody – ma problem z płynnością finansową. Skoro przy technice jesteśmy – jak to jest z tymi perkusistami: łatasz naciągi, piłujesz pękające blachy, sztukujesz pałeczki, czy masz wypasione endorsmenty?

Naciągów co prawda nie łatam, na szczęście nie jest tak źle (śmiech). Ale pamiętam, że były takie czasy. Mieliśmy wówczas próby kilkadziesiąt kilometrów za Bydgoszczą w małej szkole na wsi. Wtedy łatałem naciągi taśmą klejącą. Piękny sound. No, ale wówczas nie wiedziałem, że perkusję się stroi. A później się dowiedziałem: „A więc to po to są te śrubki!”. Młodość jest beztroska. Ale blachy wycinam do dziś, jeśli jest niewielki uszczerbek. Nie ma szczególnej straty na brzmieniu, jeśli to jest malutkie wcięcie.

Dzielisz czas między różne zespoły a to sytuacja (co znam z autopsji…) wymagająca umiejętności planowania itp. Dajesz radę? Są momenty, kiedy plany się walą i terminy nakładają?

Jakoś to się szczęśliwie samo dobrze układa. Rzeczywiście, od czasu do czasu, trzeba troszkę się pogimnastykować z terminami, ale jak na razie nie było sytuacji konfliktowej. Z planów chyba nie warto rezygnować, można je przełożyć.

Pamiętasz moment dołączenia do George Dorn Screams? Co spowodowało, że podjąłeś taką decyzję?

Wydaje mi się, że to było nie tak dawno. Zdaje się 2012 rok. Lubiłem zawsze muzykę Dżordżów, więc chętnie dołączyłem. Radek wcześniej grał na klawiszach w 3MoonBoys, więc wypadało się zrewanżować (śmiech). A poważnie, myślę, że w pewnym momencie po prostu bardzo potrzebowałem sytuacji, która jak na zawołanie się przydarzyła. Zagraliśmy kilka prób, stwierdziliśmy, że jest fajnie i że od tej chwili jedziemy razem. Całkiem przyjemna jak na razie ta nasza wspólna podróż. Zdążyłem już wejść nieco głębiej w estetykę zespołu, zdążyliśmy się zgrać, uchwycić wspólny język. Identyfikuję się z GDS, więc chyba zażarło między nami…

Mam takie wrażenie, że Dżordż stoi trochę z boku sceny, dłubie sobie po cichutku i niespecjalnie zależy mu na „fejmie”. Dobrze to widzę, czy jest wręcz przeciwnie?

GDS to zespół, któremu bardzo zależy na kontakcie z publicznością. Dzięki odbiorcom nagraliśmy i wydaliśmy „Spację kosmiczną”, ale chyba rzeczywiście nie zależy nam na rozgłosie za wszelką cenę. Czasami rozmawiamy o tych rzeczach. Zgadzamy się, że każda postawa zaprogramowana będzie fałszywa. GDS ani nie stara się mizdrzyć do wszystkich, ani nie siedzi na siłę w piwnicy. Sposób funkcjonowania wykształcił się naturalnie. Chyba jedyna dyrektywa, której należy się trzymać to nie udawać kogoś kim się nie jest… Zatem ani nie jesteśmy z podziemia ani z mainstreamu. Pewnie siedzimy gdzieś pośrodku i popijamy zimne piwko. Pytanie – gdyby mainstream nas chciał, czy dalibyśmy się skusić? To na szczęście jest niesprawdzalne (śmiech).George grafa

Zatem statystyka – ile GDS gra koncertów i jakie warunki muszą być spełnione, żeby ruszył się z „Bydy”?

Dawno nie graliśmy i strasznie już stęskniliśmy się za sceną. Dłubaliśmy w kanciapie nad nowym materiałem. A teraz już jest i bardzo się cieszymy. Wkrótce zagramy w gdańskim B90 (9 maja) razem z Rolo Tomassi, z pewnością zagramy również w Bydgoszczy (ale jeszcze nie wiemy dokładnie kiedy), w tym roku zagramy również na festiwalu Slot Art… Jak na razie inne koncerty dopiero są w trakcie ugadywania, albo do ugadywania zmierzają. Nie mamy z góry ustalonych warunków. Chcemy dobrze zabrzmieć, a więc ważny jest sprzęt. A jeśli chodzi o inne warunki, ustalamy je w zależności od sytuacji.

Nowa płyta – co przyznaję szczerze – bardzo mi podeszła, bo uderza w sam środek fascynacji neo – shoegaze’ową stylistyką. GDS to współczesna odpowiedź na shoegaze, świetnie zrównoważone kompozycje i piorunująca dawka otumaniającej melancholii. Ivo Watts-Russel nie pukał do drzwi?

Cieszę się, że wywołuje takie dobre skojarzenia. To, że nowy materiał brzmi tak a nie inaczej jest dużą zasługą Kuby Kapsy, który doskonale te nasze nuty zarejestrował. Ciepło będziemy tę sesję nagraniową wspominać. Z kolei miks i mastering to już ucho Michała Kupicza, z czego cieszymy się równie mocno. Ivo być może podświadomie stukał nam w okienko, gdy pracowaliśmy nad tym materiałem. Nie zakładaliśmy tego, ale to dobrze, że płyta uruchamia w słuchającym odsyłacze takiego typu. Zależało nam, aby nowa płyta w pewien sposób nawiązywała do stylistyki poprzednich, kontynuowała ścieżkę, ale też aby jednocześnie brzmiała nowocześnie i świeżo. Chcieliśmy wypaść z kolein, ale zachowując kierunek podróży.

No właśnie – połączenie starego z nowym jest tu doskonale zrównoważone: słychać trochę alternatywnej Ameryki, jest zwiewna psychodelia 4AD, ale podana z dość dużym nerwem. Klimat został podany za pomocą surowego instrumentarium, z minimalną ingerencją elektroniki. Nie korciło Was, żeby polać te kawałki elektronicznym sosem?

Troszkę korci (śmiech). Ale chyba w tym wypadku mogłoby to zakłócić ten muzyczny komunikat, na którym nam zależało. No i zawsze jest to niebezpieczeństwo, aby nie przedobrzyć. Mogłoby zrobić się zbyt gęsto. Niebezpieczeństwo zagracenia przestrzeni jednak istniało. Lubimy pokoje ze skromnym, aczkolwiek funkcjonalnym umeblowaniem, bez dekoracyjnych dupereli, ale kto wie, być może następnym razem. Każde narzędzie można wykorzystać właściwie lub na siłę. Akurat w tym wypadku mogłoby się to nie sprawdzić, bo „Spacja…” jednak gada mało elektronicznie.

Idąc tropem meblarskim – dlaczego pokój „Na końcu świata” tylko pomalowaliście w delikatne barwy, ale nie wstawiliście mebli?

Ładne to (śmiech). Mogę tak sobie ten numer wyobrazić. Być może w takiej przestrzeni dźwięk się dobrze niesie. Ja to się zawsze „cykam” nadmiaru, chyba wolę brak.

Na koncertach też będziesz się w tym numerze nudził?

Zapalę fajkę, cały czas nie potrafię rzucić. Graliśmy już to raz na koncercie i sprawdziło się. Bo to taki oddech jest.

Możesz też zrobić stylowy szum na blaszkach. Tak skaczę sobie i tym razem wskakuję do ostatniego kawałka – „Począstki”. Bo tu też oddech, ale nie dość tego, pojawia się coś w rodzaju drono-ambientu na koniec, co ostatnio jest dość na czasie. Czy ten numer będziecie na żywca katować, czy pozostanie studyjną perełką?

Ten numer też już testowaliśmy na koncercie. W tym wypadku jednak wersja sceniczna różni się od studyjnej. Gramy wszyscy, co daje dobre efekty. Robimy sobie taką wędrówkę czarnym szlakiem na samą górę. Po części „Począstki” są więc sposobem na zabawę w spontaniczne budowanie aranżu na gorąco w sytuacji koncertowej. Nie ma tam bowiem z góry ustalonego planu. Jest szkic, który na żywo będziemy rozwijać. Z kolei na zamknięcie płyty taka forma wydawała nam się najlepsza.

Czyli przyjemny element improwizacji. W wersji płytowej dużo było takich „wędrówek czarnym szlakiem”?

Troszkę się takich sytuacji wydarzyło. Na niektórych szlakach upadliśmy, okazały się za trudne. Być może kiedyś do nich wrócimy. Zdecydowana większość podejść zakończyła się jednak sukcesem. Teraz trzeba będzie złazić w dół (śmiech).

A teraz poważniej – teksty. Skąd ta „spacja kosmiczna”. Ładne to jest. Tylko gra słów (a ta zawsze w cenie) czy coś więcej?

Dość długo szukaliśmy tytułu. Chcieliśmy oddać precyzyjnie taki moment pomiędzy. Coś co właśnie się kończy, jakiś etap, który się właśnie zamyka, jest jednocześnie zapowiedzią nowego. Pewna utrata, która wiąże się z zapowiedzią nowego słowa, nowej rozmowy, nowego kontaktu. Stąd ten tytuł. W połączeniu z grafiką Jakuba Czyża, który specjalnie dla nas zrobił obrazek na płytę, a który doskonale nam się z całością zlepił, tytuł „Spacja kosmiczna” wygrał ranking różnych propozycji. Właściwie cała płyta ma być taką kosmiczną spacją. Widok płonącego domu, podkreślać miał dramatyczność sytuacji.George 2

No i jest w tym wszystkim coś kobiecego. Jak mniemam, w tym w sumie 3/4 męskim teamie, Magda ma jednak decydującą rolę w tzw. „kręceniu szyją”. Mam rację?  

Magda to absolutny skarb (śmiech). Jasne, że jej rola jest niezwykle ważna, jeśli chodzi o bycie frontmenką doskonale sobie z nią radzi, świetnie wyczuwa emocje, również na scenie, a więc jest tak jak mówisz. Natomiast jeśli chodzi o zaangażowanie i twórczą potencję w GDS rozkłada się to raczej równomiernie. Radek właściwie pociągnął całą tę sytuację z crołdfandingiem, promocją, to, że „Spacja” w końcu się ukazała to jego zasługa. Wojtek natomiast wiele wysiłku wkłada w obecne rozpromowanie materiału i kontakt z światem zewnętrznym. Ja ograniczam się do stukania patykiem w membranę. Ogólnie zgrana ekipa się wytworzyła…

A propos crowdfoundingu – to nadal wywołuje kontrowersje. Dlaczego? Typowa zawiść, że jednemu udaje się zebrać klasę a innemu nie? Z drugiej mańki – nie było żadnej wytwórni, która chciałaby w GDS zainwestować, czy postawiliście na 100% samodzielność i niezależność?

Wywołuje emocje chyba dlatego, że niektórzy traktują tę formę wsparcia jako sytuację żebraczą. Ale dzięki temu udało się naszą obecność nieco podkręcić, bo przez cały czas musisz informować, zachęcać, pokazywać itd. Radek świetnie tym pokierował używając crowdfoundingu jako narzędzia promocyjnego. Jeśli chodzi o wytwórnię, u nas ta kolejność była trochę inna. Dopiero na końcu zaczęliśmy szukać wydawcy, kiedy wszystko było już gotowe. A nie chcieliśmy już zwlekać z wypuszczaniem materiału. Znów więc mamy mieszankę konieczności i własnych upodobań.

Nagrywaliście płytę w tradycyjny sposób? Czyli ślad po śladzie, a może na setę? Co tam w studiu ciekawego się wydarzyło, co można (trzeba?) przekazać potomności?

Jedna z fajniejszych sesji to była. Jeśli chodzi o sposób nagrywania, najpierw zarejestrowaliśmy sekcję. Później gitarki i wokal na końcu. Wspomniałem już o ciepłej, serdecznej atmosferze. W czasie nagrań dużo również rozmawialiśmy o muzyce. Nie mam jakichś fajerwerków i historyjek, które mógłbym opowiedzieć, że np. wycięliśmy jakiś numer po pijaku itp. Jedyna, najważniejsza historyjka została natomiast świetnie nagrana, co cieszy nas niezmiernie.

Kiedy i gdzie będzie można Was zobaczyć i posłuchać w najbliższym czasie – macie jakieś ciekawe plany promocyjno/koncertowe?

Jeśli chodzi o potwierdzony i klepnięty termin – 9 maja zagramy w Gdańsku w B90. Reszta sytuacji koncertowych dopiero się klaruje. Z pewnością będziemy chcieli pograć nasz nowy materiał, bo już nie możemy się doczekać spotkania z publicznością. To zawsze niezwykle ekscytujące przeżycie.

Zatem (ale…) na koniec nie byłbym sobą, gdybym nie zagaił o 3MoonBoys. Co słychać u tego zacnego teamu? Szykujecie coś ciekawego?

Właśnie wleźliśmy do nowej wody i zobaczymy co tam w niej pływa. Tak, zaczęliśmy pracę przy nowym. Czujemy się trochę jakbyśmy stawiali pierwsze kroki. Niepewność ale i podjarka straszna.

I tym tajemniczym stwierdzeniem kończymy. Pozostaje muzyka. Jak zawsze…

W końcu muzyka jest najważniejsza…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Muisto

Grafiki: Jakub Czyż