GARS – nie jesteśmy wyroczniami

Gars na swojej nowej płycie stworzył dźwiękowy podkład umierającego świata i niczym orkiestra z Titanica chce przygrywać  na naszym pogrzebie. W sumie nie miałbym nic przeciwko, by nad dębową trumną z moim nazwiskiem zabrzmiał np.  „111111”. O co chodzi z tym tytułem? W wywiadzie zespół wyjaśnia wymijająco o co chodzi, na szczęście w pozostałych kwestiach ma sporo do powiedzenia na temat swojej działalności, świata, kondycji społecznej i samej muzyki. Wesołe przemyślenia to nie są, ale przecież nie o disco polo tu chodzi a o sludge’owo – metalowy dół. Zespół się rozkręca a głównym powodem, by zaprezentować ich twórczość na naszych łamach jest doskonale przygotowana i dogłębnie przemyślana płyta. Poniżej znajdziecie wszystko to, co chcielibyście o zespole wiedzieć a boicie się zapytać. Nie taki Gars straszny, jak gra…   

 

Kilka słów o historii zespołu? Kto kiedy i dlaczego?

Bardzo dawno temu, Kuba i Adam poznali się na polonistyce UG i postanowili coś razem pograć. Adam grał wtedy w dżez-rockowej kapeli Ćma (potem Czechoslovakia) a Kuba interesował się sceną hardcore. Zespół nazywał się jeszcze The Gars (co miało być ironicznym nawiązaniem do brit popu) i grał coś w stylu transowo-noisowej alternatywy z discopolowymi tekstami. Duża część muzyki miała charakter improwizacji i happeningu a numery trwały po 15 min i wzbudzały skrajne emocje wśród publiki (śmiech…). Potem dołączył do nas Miłosz (ex Who Cares, Calm the Fire) a w 2008 roku Piołun (ex – Senex, Sarmata) – wokalista. Od tego czasu zaczęliśmy grać zdecydowanie ciężej i całość stała się bardziej poukładana, no i skreśliliśmy przedrostek „the”. Już po nagraniu pierwszej płyty, jako ostatni dołączył Radek – drugi gitarzysta i od tego czasu stanowimy jedną, 5-osobową, szczęśliwą rodzinę.

Co w dzisiejszych, konsumpcjonistycznych czasach bardziej motywuje do pisania i grania muzyki – chęć rywalizacji o dostęp do muzycznego high life’u, czy raczej wkurwienie na to, co nas otacza?

O żadnym high-lifie w naszym przypadku nie ma mowy. Zresztą z kim tu się ścigać? Z Perfectem, Wilkami i Bajmem? Pieniędzy z tego nie ma a raczej trzeba w to samemu cały czas ładować. Gramy z potrzeby grania. Lubimy to i tyle… To bardzo ważna część naszego życia. Nie robimy tego też nikomu na złość.  Wspólne tworzenie i granie muzyki, spotykanie się z ludźmi na gigach i próbach, wyjazdy dają nam naprawdę dużą radochę i motywację.

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie pierwszy album – przyznacie, że przeszedł trochę bez echa? Macie nadzieję, że nowe dzieło wstrząśnie muzycznym światkiem?

Pierwszy album był zupełnie inny, bo składały się na niego utwory z różnych faz kapeli, układane w różnych okresach, dlatego nie był tak spójny jak ten, chociaż część tamtych kawałków nadal możemy słuchać. Nagrywaliśmy, miksowaliśmy i wydawaliśmy go sami, także była to jakaś faza nauki i rozwoju. Echo to kilka fajnych recenzji i gigów, no i prawie cały nakład, czyli 200 sztuk się rozeszło (śmiech…). Chcemy generalnie dotrzeć do jak najszerszej grupy ludzi słuchających muzyki, bo na pewno są tacy, którzy się w tych dźwiękach odnajdą. Może przełoży się to na większą liczbę koncertów i propozycji grania? Bo o granie na żywo w tym wszystkim najbardziej nam chodzi. Chcielibyśmy robić to jak najczęściej, ale jest to naprawdę coraz trudniejsze do ogarnięcia. Kluby wolą robić dyskoteki, skoro większość ludzi siedzi w domach przed monitorami. Liczymy na to, że po tej płycie znajdą się osoby, które pomogą nam w organizacji kilku gigów a i frekwencja nieco wzrośnie. Co do wstrząśnięcia muzycznym światkiem – cóż, może to lekka przesada, ale chyba nie ma w Polsce aż tak wielu kapel grających w podobnym stylu i z polskimi tekstami, dlatego jesteśmy ciekawi, jaki będzie odbiór. Generalnie jesteśmy dumni i zadowoleni z tego jak brzmi i jakie emocje przenosi ta płyta, czego nie możemy do końca powiedzieć o pierwszej…

Nowa płyta intryguje już tytułami utworów. Rozszyfrujcie łaskawie te liczby? Co Wy tam macie w tym Trójmieście z tymi cyferkami – nowa płyta Lipali też ma w tytule cyfry a zespół nie chce tego rozszyfrować…

Szczerze mówiąc, nie zwracaliśmy uwagi na to, co robi Lipali, ale też wolelibyśmy nie rozszyfrowywać wszystkiego. Możemy jednak powiedzieć, że cyfry odnoszą się do dat konkretnych wydarzeń. Z tym że nie patrzymy na to tylko jak na aktualny komentarz, ale raczej wywodzimy z nich treści bardziej ogólne.

Porzucamy dobry humor – wkraczamy w świat, gdzie na gruzach następuje rewizja symboli. Przyznam się, że poziom pesymizmu na waszej płycie przekracza wszelkie, dopuszczalne normy – czy życie jest aż tak chujowe?!

Aż chce się odpowiedzieć jednym słowem – tak, jest takie chujowe. Nie no, wiesz, każdy z nas w jakiś tam sposób sobie radzi, co nie znaczy, że musimy zamykać oczy na wszystko, co dzieje się na świecie. Pomysł na tą płytę był taki, że chcemy o tym powiedzieć. Pokazać skrajne sytuacje, które nas w jakiś tam sposób kłują. Z drugiej strony nie chcemy robić z siebie armii zbawienia, która nawołuje do odnowy moralnej, rewolucji, etc. Zauważ, że na naszej płycie do niczego nie namawiamy, nie stawiamy żadnych postulatów. Po prostu opisujemy na swój sposób to, co widzimy, dlatego że czujemy taką potrzebę. Uważamy, że to mimo wszystko lepsze niż nie robić nic albo udawać, że nic złego się nie dzieje. To jest często bardzo prosty schemat: wydarzyło się coś – denerwuje mnie to, chcę się na ten temat wypowiedzieć. Przy okazji mam mnóstwo myśli na temat codziennego życia, polityki czy historii. Kto ich nie ma? Zresztą uciekanie na siłę od tematyki społecznej i właściwie każdej innej, która może się czasem kojarzyć z rzeczami nieprzyjemnymi, jest już dziś w muzyce rockowej tak daleko posunięte, że często spotykamy się z określeniami „wojujący rewolucjoniści” itp. Tylko dlatego, że nasze teksty mają zazwyczaj więcej niż 4 linijki, są w języku polskim (co w Polsce jest rzeczywiście zaskakujące), nie mają układu zwrotka-refren, nie są miałkie i neutralne i nie opowiadają o tym, że „kocham cię, ojejku”. To, że chcemy od czasu do czasu opowiedzieć jakąś historię, nie jest chyba zbrodnią. Nie znaczy to też, że już każdy nasz numer to będzie dół. Po prostu taki był koncept na tę płytę. Następna może będzie zupełnie inna?

nie jesteśmy wyroczniami

nie jesteśmy wyroczniami

W tekstach bardzo konkretnie rozprawiacie się z współczesnym światem i durniami, jacy go zaludniają. Zastanawiam się, ile z tych tekstów ma oparcie w konkretnych wydarzeniach, które Was dotknęły a na ile to poetycka fantazja?

Tytuły, numery i ukryte pod nimi wydarzenia to symbole z drugim dnem. Generalnie każdy tekst odnosi się do sytuacji, z której nie ma idealnego wyjścia. To często tragiczne wybory. My zauważamy, że istnieją. Nie przechodzimy obojętnie, ale też nie jesteśmy wyroczniami tego, co jest dobre a co złe. Wiesz, to jest gdzieś pomiędzy tym co widzieliśmy na własne oczy albo słyszeliśmy w mediach a tym co o tym myślimy i jak tę sytuację w głowach rozwijamy. Staraliśmy się pokazać kilka różnych sytuacji z oczu czy nawet głowy osoby, która w nich uczestniczy – czy to emigranta w 271005, czy porwanego w 280908 czy np. alterglobalisty w 260112. Niekoniecznie to, co śpiewa Piołun w danym numerze odpowiada jego przekonaniom. To czyjś punkt widzenia jak w 111111 o starciach w Warszawie.

280908 to kawałek, który opisuje, jak mniemam, los człowieka porwanego dla okupu. Z drugiej strony czuję tu drugie dno – opis człowieka, dla którego ta brudna szmata to rzeczywistość, która  go zniewala i trzyma w szachu. Czy można to tak interpretować, czy akurat w tym przypadku nie ma co szukać drugiego dna?

Drugiego dna warto szukać zawsze – na tym polega interpretacja, tak, że punkt dla Ciebie, Arek (śmiech…). Rzeczywiście, tekst mówi o konkretnym porwaniu Piotra Stańczaka w Pakistanie, w tym numerze są też wplecione jego nagrane wypowiedzi, ale tak jak wspominaliśmy, jest to tylko punkt wyjścia. Pewnie, że można to traktować jako metaforę zniewolenia, a przede wszystkim bezsensownego okrucieństwa ludzi wobec siebie, w dodatku często podsycanego religią. Ten porwany człowiek przeżywa dramat, oprócz tego, że został porwany za jakąś „stawkę” to zaczyna się modlić o siłę, która skrzywdzi porywaczy. To bardzo złożony dylemat.

260112 – bardzo wyrazisty tekst. Ok., zgadzam się z tym wszystkim, ale pytam się – jak żyć? Bo w tekście rozprawiacie się z elementami, które nie tyle zniewalają, ile często są jedynym wyjściem… Czasami „dom na kredyt” to jedyna szansa dla człowieka, który chce jakoś w miarę sensownie żyć… Nie każdy ma warunki by mieszkać u rodziców, teściów czy kogokolwiek. Co zatem macie do powiedzenia dla takich ludzi? Facebook też jest już w wielu przypadkach koniecznością. Czy uważacie, że taki radykalizm w dzisiejszych czasach ma jeszcze rację bytu?

Jak żyć? To pytanie bardziej do premiera. Szczerze mówiąc, my chyba też czasem do końca nie wiemy, dlatego nie dajemy rady. Ale dobrze, że o to spytałeś, bo 260112 pokazuje właśnie taki impas, absolutne uwięzienie przez system, z którego nie ma ucieczki. Po prostu w tej chwili jest to niemożliwe. Ten tekst właśnie demaskuje hipokryzję tych, którzy twierdzą, że są „jedynymi sprawiedliwymi”, tylko oni wiedzą, co powinno, a czego nie powinno się robić i co mówić. Jak zauważyłeś – łatwo powiedzieć „banki są chujowe i do nich nie chodzę”, kiedy nie ma się kredytu hipotecznego i rodziny na utrzymaniu…

010504 – tekst dla mnie bardzo ważny… smutny… To faktyczne wydarzenie? Jakie są szanse by poprawić parszywy los wielu zwierząt w naszym kraju – jest na to jakaś rada?

No właśnie, my raczej nie dajemy rad, bo nie uważamy się za najmądrzejszych ludzi na świecie. A co do wydarzenia i zwierząt… To nie do końca o tym jest tekst. Sytuacja opisywanego w tym tekście zwierzęcia to kolejny punkt wyjścia do dyskusji. Tym razem traktujemy o impasie między wiernym oddaniem a zniewoleniem. A symbolika tytułu potęguje znaczenie tego tekstu.

Ok., koniec z tekstami. Muzycznie Gars bardzo wygodnie lokuje się w post metalowej, niemal neurosisowej niszy. Skąd taki wybór – czy to próba dostosowania się do niewesołych przemyśleń?

Nie jesteśmy do końca przekonani, czy ta nisza jest taka wygodna. W każdym razie nie ustalaliśmy nigdy, co dokładnie będziemy grać i co można, a czego nie można robić w naszej muzyce. Wiadomo, że w jakiejś tam mierze nasz styl wypływa z tego, czego słuchamy. A że słuchamy wielu różnych rzeczy, m.in. screamo, hardcore’a, noisu, alternatywy czy post metalu; to nasza nisza okazuje się być całkiem pojemna. Posępny, „neurosisowy” klimat rzeczywiście na tę chwilę idealnie pasuje do tekstów Piołuna, ale to wyszło jakoś samo naturalnie. Takie numery nam się wymyśliły. Byliśmy natomiast pewni, że chcemy żeby ta płyta była spójna. Na poprzedniej były bardzo różne numery, dlatego tym razem postanowiliśmy, że chcemy stworzyć monolit. A nowe utwory, jakie już powstają, są krokiem w jeszcze inną stronę. Jeden z nich jest trochę powrotem do naszych transująco-noisowych korzeni, bardziej w stronę Shellaca niż Neurosis, ale o tym mam nadzieję jeszcze pogadamy…

Jak podchodziliście do tych kawałków – trudno stworzyć taki depresyjny klimat na sali prób?

Na pewno duża w tym zasługa wszystkiego tego, czego na co dzień słuchamy. Wbrew pozorom na sali prób klimat jest całkiem wesoły, a atmosfera raczej towarzyska. Nie stoimy cały czas z głowami spuszczonymi w dół, nie tniemy się żyletkami. Po prostu lubimy słuchać takiej muzyki, lubimy ją grać, czujemy ją. Podczas takich dźwięków przechodzą nas dreszcze.

Podoba mi się oszczędność formy, w jaką ubieracie poszczególne kompozycje – macie do dyspozycji sporo instrumentów a jednak stawiacie na monolit – czy to chęć zwrócenia uwagi na podstawę, czyli emocje, pewien wisielczy klimat, jaki zdominował te nagrania?

Na pewno nasza muzyka w dużej mierze odwołuje się do emocji, sporo w niej melancholijnych melodii i plemiennych, walcowatych riffów. Nie „robią” nas solówki, popisy, skomplikowane aranżacje, bo one często zakrywają to, co najważniejsze w muzyce; dlatego stawiamy na prostotę. Nie jesteśmy też wirtuozami tylko grajkami. Nie ćwiczymy w domu wprawek, tylko tłuczemy razem numery na próbach. Najbardziej liczy się dla nas rozwijanie powstającego klimatu. Choć nie zawsze jest do końca prosto, zdarzają się delikatniejsze momenty, jak np. te podkreślone altówką. Dzięki nim jeszcze lepiej smakuje przypierdolenie jakie po nich następuje. Tu tworzy się dynamika i kop (śmiech…).

Zdradźcie jak wygląda zespołowa kuchnia – w jaki sposób udało się uzyskać takie fajne, bardzo surowe i analogowe brzmienie – dużo potu zostawiliście w studiu nagraniowym?

Jako że nie dysponujemy zbyt dużym (ani nawet średnim) budżetem, musieliśmy zrobić wszystko sami, czasem po kosztach, czasem dzięki pomocy dobrych ludzi. Dlatego owszem, zostawiliśmy sporo potu, ale nie w studiu nagraniowym, a w budynku firmy ojca Adama, w małej miejscowości Kielno i na strychu u Piołuna. Nagraniami zajmował się Piołun i nasz znajomy Michał „Tasior” Koziorowski z zespołu Octopussy. Dużo pomogli nam też Konrad z Blindead, Pieczara z Ogotay, Koza i Radek z Calm The Fire czy Mihu z Pneumy pożyczając sprzęt. Analogowy sound to po prostu dobre, lampowe wzmaki i mały gain, klasycznie rockowo brzmiące Fendery i Gibsony, do tego zajebista, wielka perkusja  Gretscha od Blindeadów z minimalną ilością efektów i przerabiania tego, co się nagrało. A z drugiej strony Jack Endino, który w cenie polskich mikserów zrobił nam zajebisty miks i master w stylu lat 90-tych bez pompowania dźwięku i jeszcze opowiadał nam w mejlach o swoich kamieniach nerkowych i wycieczkach. Świetny człowiek! No a najwięcej potu i tak zostało na próbach, samo nagranie to w sumie w większości przyjemność.

Muzyka jaką proponujecie nie należy do  łatwych w odbiorze – na jaka zatem publiczność liczycie i czy widzicie dla siebie miejsce w Polsce?

Właśnie ciekawi jesteśmy, jeśli uda się dotrzeć tym razem do jakiejś większej grupy osób, jaka będzie ich reakcja na płytę. Często słyszeliśmy do tej pory od fanów alternatywy, że gramy za ciężko, od środowiska punkowego, że za wolno, od metalowców że za lekko, od innych, że nie takie teksty itd. A my chcielibyśmy po prostu trafić do ludzi, którzy słuchają muzyki bez klapek na oczach i sztucznych podziałów. Możemy grać na squattach, możemy w filharmonii, to nie ma żadnego znaczenia. Będziemy dalej robić swoje, bo robimy to w pierwszej kolejności dla siebie. Mamy nadzieję, że wreszcie będziemy mogli trochę więcej pojeździć po Polsce i podzielić się z ludźmi tymi dźwiękami…

W jaki sposób zamierzacie przekonać potencjalnych odbiorców? Ok., płyta jest fajnie wydana, ale tak dzisiaj wygląda większość wydawnictw – ta profesjonalizacja powoduje, że zespół musi się o wiele bardziej wysilić – co zatem zamierzacie w tym temacie zrobić?

Cóż, mamy w zespole dwóch grafików, którzy mają fajne pomysły, robią okładki, plakaty, t-shirty itp., ale przede wszystkim zajmujemy się muzyką. Raczej nie będziemy tańczyć na linie albo skakać przez płonące obręcze, możemy tylko grać, jak najlepiej potrafimy, dając z siebie wszystko na koncertach, angażując się w komponowanie, podnosząc swoje umiejętności i poszerzając horyzonty. Muzyka musi sama się obronić. Może w niedalekiej przyszłości uda się wydać ten materiał na winylu, co może też zachęcić trochę ludzi. Działamy w necie, zbieramy recki, wysyłamy płytę do radia, choć wiadomo, co w większości się gra. Póki mamy siłę to walczymy.

Na koniec – jakie płyty czy wykonawcy inspirowali Was podczas pisania „”Gruzów…”?

Amen Ra, Neurosis, Die Last, Fall of Efrafa, Reka, Le pre je ou souis mort, L’esprit du Clan, Tesa, Panacea, Biohazard, Blindead, Daymares, Deftones, Converge, Hatebreed, Flapjack, Stephans, Sed Non Satiata, Shellac, RATM, Amanda Woodward, Plum, Daitro, Guantanamo Party Program, Sloy, Dezerter, NP,  I pełno innych a naszego świeżaka Radka inspirował nawet Marilyn Manson  (śmiech…).

Ostatnie słowo należy do Was…

Dzięki wielkie za zainteresowanie naszą muzyką i wywiad. Do zobaczenia, mamy nadzieję, w całej Polsce na wielu koncertach!

Rozmawiał Arek Lerch