GALLILEOUS – Protoretrofuturistic vintage progressive doom psych with a touch of space rock…

Historia muzycznego rozwoju Gallileous to temat na małą rozprawę dla wąsatych znawców rockowej teorii, jednak skoro z muzyką wolę spotykać się od strony praktycznej a nowy album po raz kolejny zreformowanej ekipy z Wodzisławia Śląskiego ciągle gości w moim osobistym zestawieniu najlepszych płyt 2014 roku, postanowiłem zasięgnąć informacji u źródła. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się co właściwie oznacza termin przytoczony w tytule oraz kilku innych, związanych z Gallileous rzeczy – zapraszam na zapis rozmowy ze Stoną, który bardzo chętnie podzielił się ze mną garścią informacji z życia zespołu, który tworzy świetną muzykę.

Cześć Stona! Zbierając materiały do tego wywiadu postanowiłem przeczytać recenzje Voodoom Protonauts jakie ukazały się do tej pory i prawdę mówiąc mimo tego, że większość z nich pokrywa się z moją prywatną opinią o tym krążku, jestem trochę zaskoczony jednomyślnością krytyków. Jak to się robi? Jak tworzy się płytę, która podoba się słuchaczom?

Cześć! Masz rację, że nasz ostatni album cieszy się dobrym przyjęciem wśród różnorakiej maści blogerów i undergroundowych magazynów, zarówno w kraju jak i za granicą. Większość G gitararecenzentów przestaje doszukiwać się w nas „pionierów” funeral doom metalu, zwracając większą uwagę kim jesteśmy dziś i co sobą obecnie reprezentujemy. Raduje nas fakt, że udało nam się zerwać z pewnego rodzaju stygmą, którą naznaczyły nas poprzednie płyty, szczególnie te sprzed Necrocosmos. Bez zbędnego bagażu bierzemy dwa razy w tygodniu instrumenty i oddajemy się pasji tworzenia, której praktycznie nic nie ogranicza. Dość poważnie uszczuplił się nam również skład zespołu co dodatkowo potęguje jednomyślność w podejściu do komponowania nowego materiału. Staramy się budować utwory prostsze i przede wszystkim szybsze od naszych wcześniejszych dokonań. Okazało się, że chyba sztucznie zaniżaliśmy wcześniej liczbę uderzeń metronomu na minutę co czyniło muzykę nieco sztuczną. W naszych żyłach chyba nieco szybciej płynie krew co staramy się teraz naturalnie wykorzystywać a nie walczyć z tym. „Voodoom Protonauts” zbiera również plusy za brzmienie i produkcję co nas szczególnie cieszy, bo nagraliśmy ją od początku do końca w naszej sali prób znajdującej się kilka metrów pod ziemią bez metronomu i innych, komputerowych udogodnień.

Jak zamierzacie wykorzystać to dobre przyjęcie ze strony krytyków? Macie jakieś sprecyzowane plany odnośnie promocji i tego co chcielibyście osiągnąć za pomocą nowego krążka?

Trudne pytanie. Nie współpracujemy na stałe z żadną agencją promocyjną czy koncertową. Martin, nasz wydawca z Epidemie Records, dystrybuuje co prawda płyty na całym świecie, jednak na tym jego udział się kończy. Wszystkie akcje promocyjne i koncerty, które gramy są efektem naszej ciężkiej pracy, na którą po życiu zawodowym, osobistym czy rodzinnym nie pozostaje, niestety, zbyt wiele czasu. Jak zwykle staramy się wysyłać promo do portali zajmujących się promowaniem i recenzowaniem podobnych nurtów muzycznych. Lada dzień pojawi się singiel Yeti Scalp na płycie winylowej, oferujemy nowe koszulki itd. Na pewno chcielibyśmy grać więcej koncertów co bardzo lubimy. Dobrze byłoby też gdyby kolejny krążek wydany został przez firmę, która na poważnie zajęłaby się naszą promocją. Najważniejszym jednak jest to co po części już uzyskaliśmy a mianowicie dobre przyjęcie zarówno ze strony krytyków jak i przede wszystkim słuchaczy, którzy dają temu wyraz na koncertach.

„Voodoom Protonauts” to zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Na początek, jak wspominałeś, zmienił się skład, który od czasu wydania poprzedniej płyty dość zasadniczo się skurczył. Działacie dziś jako trio z sesyjnym klawiszowcem. Twoim zdaniem taki stan rzeczy utrzyma się na dłużej? I z zupełnie innej beczki czy ludzie, którzy udzielali się na „Necrocosmos” stworzyli by płytę taką jak „Voodoom…”?

Chyba wisi nad nami swego rodzaju fatum. Lata mijają. Dwóch byłych członków zespołu już nie żyje. Karol, pierwszy basista mieszka w Australii. Po „Necrocosmos” nie udało się kontynuować współpracy z drugim gitarzystą Olkiem. Podobnie sytuacja wyglądała z wokalistą Zgredem, który nie dał rady pogodzić swojego prywatnego życia z dojazdami do Wodzisławia na próby czy koncerty. Pamiętam jak przed trasą po Finlandii nagle okazało się, że musimy jechać w trójkę. Wydawało się to czymś niemożliwym do zrealizowania. Jednak nasze wewnętrzne ambicje i wieloletnie motywacje nie pozwoliły odpuścić takiej okazji. Wziąłem mikrofon i po miesiącu prób pojechaliśmy jako trio świetnie sobie radząc. Umocniło nas to w przekonaniu, że damy radę nagrać nową płytę w takiej konfiguracji. Okazało się, że jako trio świetnie się rozumiemy. Odpadło wiele problemów organizacyjnych, światopoglądowych czy wreszcie spornych kwestii muzycznych zmuszających nas do ciągłych kompromisów. Z drugiej strony, niezwykle trudno jest nam dziś kogoś nowego do nas dobrać. Mamy już swoje lata, przyzwyczajenia, zwiększa się różnica pokoleniowa. Z chęcią podjęlibyśmy stałą współpracę z kimś takim jak Boogie, jednak na ten czas musimy się zadowolić jego sesyjnym udziałem na naszych płytach. Z chęcią oddałbym też komuś mikrofon poświęcając się gitarze, ale i to pozostaje w sferze marzeń. Zatem, można się spodziewać, że będziemy kontynuować naszą działalność w obecnym składzie. A czy „Voodoom Protonauts” byłaby taką płytą w poprzednim składzie? Szczerze wątpię.

Dla słuchaczy rzecz być może banalna, ale zmieniliście również logo. Nie pasowało do nowej muzyki Gallileous? A może w ten sposób podkreślacie, że odnowiony skład, zmieniona muzyka to tak naprawdę nowy początek zespołu?

Tak, staraliśmy się bardziej oddać klimat lat 70-tych, stworzyć pewną całość pomiędzy muzyką a projektem graficznym. Zresztą, jakbyś się dobrze przyjrzał to na każdej płycie jest nieco inne logo nawiązujące do treści poszczególnych albumów. Można mówić również o nowym rozdziale w historii zespołu. Przez pryzmat metamorfoz jakie się w dokonują w zespole poruszaliśmy nawet kwestie zmiany nazwy ze względu na różne oczekiwania słuchaczy względem Gallileous. Doszliśmy jednak do wniosku, że wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi, tym samym zgranym zespołem, który tak samo jak każdy człowiek pokazuje coraz to nowe oblicza w związku z różnymi etapami swojego życia. Pozostaliśmy więc wierni Galilejczykowatemu, tym razem osnutemu gęstym dymem!

Przyznam, że gdy po raz pierwszy posłuchałem „Voodoom…” doświadczyłem niemałego zaskoczenia. „Necrocosmos” była płytą bardzo progresywną, ale jednak też dość mocno zakorzenioną w doom metalu, tymczasem nowy krążek cofa się daleko wstecz do czasów gdy psychodelia i ciężki rock romansowały ze sobą wyjątkowo owocnie. Wynikiem jakich poszukiwań jest taka a nie inna treść nowego krążka Gallileous?

Dla nas „Voodoom Protonauts” jest naturalną kontynuacją eksplorowania obszarów muzycznych jakie podjęliśmy na „Necrocosmos”. Pokusiłbym się nawet uznać utwór „Zabobon”, który znalazł się na splicie „Unveiling The Signs” w 2010 roku jako przełomowy, zrywający z dotychczasową otoczką zespołu. Na pewno też zmiany personalne, o których mówiliśmy wcześniej, przyczyniły się do większego otwarcia zespołu na nowe formy aranżacyjne czy też bardziej klasyczne, hard rockowe brzmienia. Nie ma co ukrywać – im więcej członków zespołu, tym więcej kompromisów, z którymi należy się liczyć. Jako trio idziemy jak burza w kierunku, o którym nie musimy dyskutować. Skupiamy się na poszukiwaniach tego co w muzyce fascynowało nas od zawsze. Transowy rytm, dobry riff i melodia z odrobiną psychodelii aby nadać utworom bardziej metafizycznego wymiaru co idealnie nadaje się do opowiadanych przez nas historii. Klasyczny, rockowy skład składający się z bębnów, gitary, basu i porządnego Hammonda wypełnia całe spektrum brzmieniowe komponowanych przez nas utworów. Kiedyś ktoś napisał na naszym profilu gallileous.bandcamp.com, ze gramy „Protoretrofuturistic vintage progressive doom psych with a touch of space rock” co chyba dobrze obrazuje nasze inspiracje.

Protoretrofuturistic vintage progressive doom psych with a touch of space rock…

Protoretrofuturistic vintage progressive doom psych with a touch of space rock…

Uważasz, że inspiracje płynące z przeszłości są bardziej fascynujące niż szukanie nowych ścieżek, co dziś w muzyce rockowej może wydawać się wręcz misją niemożliwą?

Nie można mówić, że jakieś źródło muzycznych inspiracji jest lepsze od innych. Zawsze będzie tak, że część muzyków będzie szukała nowych brzmień, nowych, postmodernistycznych połączeń międzygatunkowych, będzie używać nowego, niespotykanego dotąd instrumentarium w momencie gdy inni pozostaną wierni bardziej tradycyjnym formom. Grałem wiele gatunków muzycznych, miałem okazję ograć różne schematy od black metalu do progresywnego rocka czy jazz rocka. Teraz cieszę się, że z Gallileous powracamy do moich korzeni, do lat, kiedy starszy brat puszczał z płyt winylowych Black Sabbath, Deep Purple, Rainbow czy Thin Lizzy. Wychowałem się na muzyce lat 70-tych i 80-tych i nie roztrząsam teraz czy czerpanie z tego zbioru w moim teraźniejszym muzykowaniu jest świadomą inspiracją wynikającą ze swego rodzaju boom jaki nastał na retro granie, czy też jest to wynik działania podświadomości, która kieruje moimi palcami poruszającymi się po gryfie gitary.

Zastanawiacie się czasem gdzie taka muzyczna podróż do przeszłości Was zaprowadzi?

Przekroczymy horyzont zdarzeń, skąd, jak wiadomo, już nie ma powrotu. „We’are all waiting for the next Big Bang”! Można powiedzieć, że ten refren z „Necrocosmos” zwiastował kolejne światy, w których zamierzaliśmy się zanurzyć. Wszystko się zmienia. Okres zastanawiania się czy wypada taki a taki riff zagrać jako Gallileous mamy już za sobą. Staramy się nie nadawać naszej muzyce ograniczeń. Pozostaliśmy przy swojej nazwie i nadal kontynuujemy naszą muzyczną podróż. Zdajemy sobie sprawę, że nasze utwory stają się coraz szybsze, bardziej, że tak powiem piosenkowe. Z drugiej jednak strony od czasu nagrania „Voodoom Protonauts” eksperymentujemy z obniżonymi strojami gitar co nadaje z kolei większego ciężaru czyniąc naszą muzykę nadal ekstremalną.

Brzmienie nowych kompozycji to, można powiedzieć, temat rzeka. Czuć w tym ducha starych czasów, czuć ciężar stoner’owego piachu i kosmiczną głębię… Czy kreacja tak rozbudowanej i jednocześnie esencjonalnej formy wymaga specjalnie dobranego sprzętu? Twoim zdaniem w procesie tworzenia brzmienia ważniejszy jest odpowiedni sprzęt czy wizja tego co chcesz osiągnąć?

Jak to mówią „z piasku bicza nie ukręcisz”. Niezwykle istotnym jest oczywiście pomysł, wizja tego jak ma zabrzmieć płyta, jak mają być nastrojone instrumenty, czy nagrywa się z metronomem czy bez, czy jedziemy na setkę czy nagrywamy poszczególne tracki z osobna itd. Jednak tak jak w każdej profesji musisz trochę w to brzmienie zainwestować. Nie da się nagrać dobrej płyty z niestrojącymi instrumentami, na pierdzących wzmacniaczach, brzęczących kolumnach nie mówiąc już o samych mikrofonach, które to na samym końcu kształtują brzmienie. Z drugiej strony, nie jest też tak, że kupisz sobie half stack’a firmy Orange, Gibsona SG i sprawa będzie załatwiona. Jak we wszystkim trzeba umieć zachować zdrowe proporcje by nie zbankrutować a finalny produkt był zadowalający. W Gallileous staramy się nie naśladować brzmienia innych, nie mamy tak modnych w ostatnim czasie pomarańczowych G1wzmacniaczy, nie używamy Big Muff’a itd. Nagrywając „Voodoom Protonauts” postawiliśmy na luz i prostotę. Przede wszystkim wszystko nagrywaliśmy w naszej sali prób co niebywale spotęgowało swobodę działania. Jedynie partie Hammonda i moog’a dotarły do nas z Korei Południowej, gdzie aktualnie przebywał Boogie. Po drugie aby uzyskać odpowiedni groove odstawiliśmy metronom. Użyliśmy dobrych, sprawdzonych starych mikrofonów. Młode zespoły często wchodząc do studia gdy podstawia się pod ich paczki SM 57 uważają, że sprawa jest załatwiona. Nic bardziej mylnego. Mikrofony znacząco wpływają na brzmienie i dlatego warto spróbować kilku różnych by sprawdzić na jakim efekcie nam bardziej zależy. By uzyskać bardziej mroczne, cięższe brzmienie obniżyliśmy też strój gitar. Generalnie zależało nam by płyta nagrana była w taki sposób by słuchacz miał wrażenie obcowania ze starym dobrym, rockowym graniem. Czytając wszystkie recenzje ostatniej płyty wydaje mi się, że udało nam się osiągnąć zamierzony cel.

Dokładnie! Flow tego materiału jest wyczuwalny już od pierwszych taktów. Kolejną kwestią jest nieco inny niż dotychczas charakter waszych kompozycji, które stały się jakby bardziej „piosenkowe”. Jak dla mnie muzyka Gallileous dziś jest graniem bardzo świeżym mimo swoistego uwsteczniania, które uprawiacie… Śledzisz to co dzieje się dziś na scenie w klimatach zbliżonych do Waszego grania?

Oczywiście, że śledzę scenę około doom’ową, ale staramy się nie powielać sprawdzonych schematów. Wiesz, łatwo sprawdzić gear jakiegoś bandu, poprzestawiać kilka nutek i zabrzmieć jak on. Z punktu widzenia członka zespołu bardziej interesuje mnie to z kim ewentualnie możemy pojawić się na scenie przez co możemy trafić do potencjalnych słuchaczy. Sami też organizujemy kilka gigów rocznie, więc ta wiedza co w trawie piszczy jest niezbędna. Co do zmiany charakteru utworów – słuchamy bardzo różnej muzyki co niewątpliwie wpływa również na klimat „piosenek” Gallileous. Obecnie komponujemy jeszcze prostsze utwory, praktycznie jednoriffowce, przy których linie wokalu od razu same się układają. Doszliśmy do wniosku, że zawsze zbytnio urozmaicaliśmy nasze utwory, przez co były często niezrozumiałe dla przeciętnego słuchacza, były trudne w odbiorze. Teraz stawiamy na prostotę. Chyba wynika to z pewnego doświadczenia. Kiedyś człowiekowi zależało, żeby jak najlepiej pokazać swoje umiejętności a prawda jest taka, że niekoniecznie ilość dźwięków świadczy o profesjonalnym aranżu danego utworu.

Dużo się mówi w ostatnim czasie o renesansie muzyki spod znaku stoner/hard rocka głęboko zakorzenionego w brzmieniu z lat 70-tych. Czy odczuliście pozytywny wpływ takiego zjawiska na Gallileous? Skąd Twoim zdaniem bierze się to, że coraz więcej zespołów wraca do starych brzmień? Muzycy są znudzeni bezduszną i syntetyczną muzyką XXI-wieku?

Ja bym powiedział, że czasem czuję nawet przesyt w oglądaniu panów w dzwonach z wąsami. Osobiście pozytywnie odbieram zarówno powrót do korzeni muzycznych jak i cały odpowiadający mu dress code. Jednak nie można pozbyć się wrażenia, że jest to po prostu swego rodzaju moda. Nosząc od nastu lat konkretny zarost nie chcę być postrzegany teraz jako hipster (śmiech). Co do genezy całego nurtu to w naszym wypadku jest to jak najbardziej wynik przesycenia komputerowymi produkcjami, syntetycznym brzmieniem, wszelkiej maści komputerowym udogodnieniom, które z niczego potrafią zrobić matematyczny produkt. Czy widziałeś kiedyś, żeby orkiestra grała z metronomem? Proces technologiczny ewidentnie zabija ducha muzyki. Samo zjawisko powrotu do grania w stylu nazwijmy go „retro” na pewno pomógł nam wyjść z trudnego okresu zawieszenia pomiędzy funeral doom metalem a nie wiadomo czym co zaczęliśmy grać po reaktywacji. Byliśmy na rozdrożu nie będąc pewnym czy niektóre rzeczy przystoi grać Gallileous. Teraz łatwiej nas recenzentom sklasyfikować coG2 chyba ułatwia słuchaczom identyfikację zespołu.

„Voodoom…” to kolejny materiał jaki wydajecie w małej czeskiej stajni Epidemie Records. Moim skromnym zdaniem jest to płyta trochę za dobra jak na tak małą wytwórnię o raczej dość ograniczonych możliwościach promocyjnych. Nie szukaliście dla Gallileous innego wydawcy? Czy tak mały label jest w stanie pomóc Wam w choćby organizacji koncertów?

Oczywiście, że szukaliśmy. Zawsze wydajemy profesjonalne promo cd, które trafia do ok. 50 wytwórni na całym świecie zajmujących się muzyką w naszym klimacie. Jednak świat się skurczył, zespołów są miliony i nie mając okazji napić się z kimś odpowiednim wódki czasem nawet trudno o recenzję w podrzędnym magazynie. Taka jest prawda. Jak mówiłem wcześniej, nie korzystamy z profesjonalnych usług agencji promocyjnych itd. Gallileous nadal jest zespołem undergroundowym! Współpraca z Martinem z Epidemie może nie przynosi nam dochodu finansowego, nie obfituje w koncerty, ale zwróć uwagę, że nasze płyty są w dystrybucjach na całym świecie, w naprawdę konkretnych sklepach internetowych takich jak np. Cold Spring, Solitude Production, Crucial Blust, chilijskiej Asfixia Records czy japońskim Weird Truth Production nie wspominając o polskich gigantach takich jak Pagan Records czy SelfMadeGod Records! Myślę, że nie ma nad czym płakać tym bardziej gdy się widzi jak wiele zespołów zmuszonych jest do promowania i wydawania płyt własnym sumptem.

Gallileous nie jest może najbardziej aktywnym koncertowo składem, ale gdy już gracie to są to zazwyczaj imprezy godne uwagi. Wiem, że wiosną planujecie kilka koncertowych wycieczek. Gdzie, kiedy i w jakim towarzystwie można będzie Was zobaczyć? Pytanie, które pewnie pada dość często, ale nie mogę nie zadać go po raz kolejny, czy jest szansa na to by wojażach koncertowych wspierał Was żywy klawiszowiec z krwi i kości?

W najbliższym czasie będzie można nas posłuchać na żywo w Rybniku (27 marca), następnie przed nami wspólna trasa z Sautrus’em czyli koncerty we Wrocławiu, Katowicach i Krakowie (kolejno 14-16 kwiecień). 23 maja zapraszamy do naszego Wodzisławia Śl. gdzieś gościć będziemy fiński Oxist, z którym graliśmy wcześniej w krainie tysięcy jezior. W lipcu zawitamy w Pleszewie na Red Smoke Festival (10-12 lipca), gdzie obok nas zobaczyć będzie można takich odjazdowców jak Samsara Blues Experiment, Wedge, Stoned Jesus, Cheap Wine, Kalamata, High Fighter i wiele innych. Szykuje się piękna, letnia zabawa. Co do Boogie’go to szanse aby z nami regularnie grywał na koncertach są nikłe. Do tej pory, pomimo kilku anonsów nie zwrócił się też do nas żaden klawiszowiec, który chciałby z nami współpracować. Nie wiem czy to Boogie postawił zbyt wysoko poprzeczkę czy po prostu brakuje dobrych muzyków G3gotowych grać na undergroundowych imprezach zwykle nie przynoszących wielkich korzyści materialnych. Na tę chwilę musieliśmy stawić czoło sytuacji, aby być w stanie grać jako trio. Co pokaże przyszłość, nie wiadomo. Wypatrujcie koncertów na naszym facebook’owym profilu!

O planach na przyszłość już rozmawialiśmy,więc na zakończenie dwa słowa o mającym się ukazać za chwilę winylowym „Yeti Scalp” – jaka będzie zawartość tego wydawnictwa? I z zupełnie innej beczki – myśleliście może o tym by wznowić na czarnych krążkach Wasze pierwsze, „kultowe” materiały? Dzięki za rozmowę!

Singiel Yeti Scalp jest już praktycznie gotowy. Test press odtwarzałem już na własnym gramofonie. Na singlu znajduje się tytułowy „Yeti Scalp” oraz „Mountain’s Omen Of Death”. W najbliższych planach chcielibyśmy całą płytę wydać na winylu. Co do wznowień starszych materiałów to ze względów finansowych na razie nie mamy takich planów, chociaż wiadomo, że „Passio et Mors” byłaby konkretnym rarytasem dla wielu fanów ery funeral doom metalu! Kto wie, czy nie zorganizujemy kiedyś trasy z tym kultowym materiałem?

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marcin Pawłowski