G.WOLF – rozmowa z Wojtkiem Garwolińskim

Jeśli ktoś z uwagą śledzi scenę rockową w Polsce, nazwisko tego pana nie jest mu obce. Pomijam historię, bo o niej jest mowa w poniższym wywiadzie jak i w recenzji „Magnetic Dog”, ważniejszy jest kontekst, bo postać Wojtka spina z jednej strony lata 90 – te z czasami współczesnymi, z drugiej w ciekawy sposób tworzy alternatywę dla blues – rockowej siermięgi długowłosych okularników, próbujących co roku zagrać wielką orkiestrą „Hey Joe”, obrzydzając mi spuściznę Hendrixa. Garwoliński udowadnia, że szanując dorobek tego muzyka, nie musi bić przed nim pokłonów, ale za to twórczo wykorzystuje jego pomysły, tworząc bardzo współczesną i zajebiście wciągającą, psychodeliczno – neo – bluesową muzykę, która znalazła w tym roku ujście na solowej płycie artysty a wkrótce w ciekawy sposób spuentuje historię reaktywowanego zespołu Pivo. Resztę informacji znajdziecie poniżej…

Zawsze miałem szczęście do dobrych muzyków…

 Wojtek Garwoliński

Wojtek Garwoliński

W przypadku gitarzystów nie ma problemu z pierwszym pytaniem – jak zaczynała się przygoda z instrumentem? Banalne. Może zatem odwrotnie – dlaczego w jednym przypadku, edukacja zatrzymuje się na poziomie koślawo zagranego „Hey Joe” a w innym rozwija w silną osobowość, czego przykładem jest mój rozmówca – Wojtek Garwoliński? „Ciężkie pytanie – komentuje Wojtek – w moim przypadku chodzi o to, że wiedziałem, co mi się nie podoba. Dzięki bratu trafiłem na Stonesów, z lat 60 – tych interesowało mnie psychodeliczne podejście do formy, choć nie wiedziałem, że podstawą jest blues. Potem trafiłem na kasetę, gdzie znalazłem utwory „Crosstown Traffic” i „Fire” Jimiego. Kumple z ogólniaka coś tam grali i ja w to wpadłem. Tak jak na początku chciałem studiować medycynę, z takim samym zapałem później wstawałem przed lekcjami dwie godziny wcześniej i ćwiczyłem na gitarze pentatoniki, różne takie rzeczy. Co decyduje, że jeden zostaje na tym koślawym poziomie? Może pasja, może to, jakich ludzi spotyka się na swojej drodze; można nigdy tego „Hey Joe” nie pchnąć do przodu, jeśli nie ma się z kim zagrać. Ja zawsze miałem szczęście do dobrych muzyków…”. Tymi „dobrymi muzykami” okazali się dwaj kumple, z którymi Wojtek założył zespół Pivo. Pierwsza połowa lat 90 – tych, koncerty i szok, że można grać tak korzennie i naturalnie; wydawało się, że zespół, który zdobył serca publiczności a także laury na prestiżowym wówczas festiwalu Marlboro Rock – In, ma otwarte drzwi do wielkiej kariery. Stało się jednak inaczej a sprawców tego potknięcia należy szukać wśród decydentów, chcących uwarzyć zgoła inne Pivo. Oddajmy głos samemu zainteresowanemu – „Generalnie duże znaczenie w tej opowieści ma czas. Kiedy wygraliśmy Marlboro Rock – In, gwarantem był kontrakt płytowy, jednak warunki były, że tak powiem, uziemiające. Na szczęście kolega, który się nami wtedy zajmował, przeanalizował to i postanowiliśmy sprawę przeciągnąć przez rok, aż do momentu, kiedy wytwórnia MUSIAŁA się z kontraktu wywiązać. Dzięki temu udało się pewne rzeczy wynegocjować i nie zostaliśmy uwiązani na 20 lat. Inaczej dzisiaj nie oglądałbym mojej winylowej płyty, wydanej we własnym wydawnictwie. Na tamtym etapie spotkaliśmy w BMG Romka Rogowieckiego i perkusistę Jacka Kochana. Ich propozycja była taka – wymieniamy sekcję rytmiczną Piva, Kochan zagra na bębnach, na bas może weźmiemy Ścierańskiego, Bogdan Loebl – którego bardzo szanuję – napisze teksty a ktoś podstawi piosenki. Ja to jednak od razu zawetowałem i wtedy zrobiło się, że tak powiem, „kwaśno”. Na horyzoncie pojawił się wtedy Skawiński. Będąc młodym człowiekiem, wydawało mi się, że tak to się odbywa na całym świecie – odważamy się stracić swoją tożsamość, bo jeśli to zrobimy – zyskamy więcej; skoro jest producent, który chce wyciągnąć co najlepsze z zespołu, może być tylko lepiej. Stąd też nasze zaufanie do Skawy. Efekt był taki, że przy naszym przyzwoleniu pociął on nagrania Piva. My byliśmy po raz drugi w studiu i stwierdziliśmy, że tak to pewnie wygląda, że perkusista musi grać cały czas najgłośniej jak potrafi, nie może używać dynamiki itp. Przecież pracował z nami człowiek z doświadczeniem… Ludzie oczekiwali jednak zupełnie innego zespołu…

W ten sposób powstała płyta „Dziki Dziki”, która wzbudziła bardzo skrajne reakcje. Zupełnie inaczej słuchało się jej w 96 roku (totalna klapa – przyp. autora) a zupełnie inaczej dzisiaj, choć faktycznie, największym minusem były teksty. „Coś się na pewno z płyty obroniło – analizuje Wojtek – coś bym zostawił. Patrząc na swój wokal – podejście do erotyki, sensualności, które się w wersji angielskiej dobrze sprzedawało u Red Hot Chili Peppers czy w murzyńskim wydaniu, po przełożeniu na język polski okazało się klapą i dzisiaj, kiedy słucham niektórych tekstów, myślę sobie – no, ładnie (śmiech…). Pretensjonalne. Myślę, że takim najbardziej reprezentatywnym numerem, zresztą skomponowanym jako ostatni, jest „Słońce”, który od strony i harmonicznej i wokalnej wyznaczył moją dalszą ścieżkę muzyczną. Na dzień dzisiejszy z tej płyty zostawiłbym może ze trzy piosenki. Było to na pewno fajne doświadczenie, początek, inny mental, jeśli chodzi o to, co chce się grać. Mniej świadomie, inaczej”.

                                                                                        PIVO – reaktywacja

Pivo plays G.Wolf

Pivo plays G.Wolf

Pozostaje jeszcze jedna kwestia, odnośnie Piva – otóż, co zdradza Wojtek, zespół ten, na ogólnej, pozytywnej fali został… reaktywowany. W kontekście faktu, że w 99 roku nagrany został drugi – nie wydany do dzisiaj – album grupy, nie może zostać bez odpowiedzi pytanie o losy tegoż materiału… „Cóż, naturalną konsekwencją reaktywacji Piva, będzie nagrywanie nowego materiału tego zespołu już w grudniu – opowiada Wojtek – będą trzy numery z „12 Małp”, te kawałki, które najbardziej fizjologicznie nam pasują. Teraz mamy optymalny sound. „12 Małp” oczywiście wyjdzie, tylko jest problem z uzyskaniem odpowiedzi z wytwórni, co z tym zrobić – czy reedycja, czy wykupienie licencji, na razie nikomu na tym nie zależy. Znając jednak życie, to, jak się zmienia rynek, pewne rzeczy się wyjaśnią. Na pewno nie nagramy materiału na nowo, bo był on przypieczętowaniem pewnego okresu w naszym życiu – udało nam się wciągnąć w ten materiał wiele osób – min. Pospieszalskiego, Krupę, Karolaka. Nie miałoby to sensu, za dużo lat minęło. Widzę to raczej tak, że doprowadzę do reedycji pierwszej płyty i „12 Małp” będą na niej takim bonusem, zamknięciem pierwszego rozdziału”. Widać zatem, że wiele się może wydarzyć, jedno jest jednak pewne – w reaktywowanym Pivie nie będzie dawnego perkusisty. Rafał Igiel wybrał nieco inną ścieżkę kariery. Wojtek – „Kiedy pojawił się pomysł reaktywacji, stwierdziłem, że zrobimy taki koncert – trzy kamerki i przywalamy konkretny set na żywo, wtedy okazało się, że Igiel ma jakieś swoje projekty i nie za bardzo chce się zaangażować. Stwierdziliśmy zatem z basistą, że szukamy nowego muzyka, i tu pojawiło się nazwisko Oskara Podolskiego. Jeden link od producenta Szymona Swobody wystarczył, jeden telefon i dwa słowa. Dwudziestolatek przyjechał na próbę i kapcie mi spadły. Pod koniec dnia Oskar stwierdził – to co, gram w zespole Pivo? … nie było innego wyjścia, takiego muzyka spotyka się raz na życie”.

 Oskar Podolski

Oskar Podolski

I w tym miejscu tworzy się nam zupełnie nowa, bezprecedensowa sytuacja. Wojtek pod szyldem G.Wolf wydał świetną płytę, nagle reaktywuje się Pivo z równie potężnym bagażem pomysłów – nasuwa się zatem pytanie, jakie relacje łączyć będą te dwa projekty – „Będą funkcjonować równolegle i zamiennie – komentuje sam zainteresowany – będzie coś w rodzaju „Pivo plays G.Wolf”, czyli opracowujemy program, który w listopadzie zarejestrujemy na DVD, to będzie taka opowieść – część numerów z płyty G.Wolf , jeden łączący, gdzieś tam z czasów kOŚCI i kawałki Piva. No i oczywiście praca nad kolejną, drugą płytą tego ostatniego zespołu. U mnie zawsze jest dwoistość, tak było od samego początku – w tym samym czasie kiedy pracowaliśmy z Pivem… z kontrabasem i werbelkiem, z innymi muzykami z Głogowa jeździliśmy grać na stricie po Europie; zabezpieczyłem się już, żeby robić różne rzeczy z różnymi muzykami. Pivo jest jakby konkretnym składem, a G.Wolf może jeszcze spróbować ponownie z innymi ludźmi, może z Deriglasoffem coś nagrać, z kimkolwiek innym… nie tylko z Polski”. Skoro jednak dzisiaj Wojtek nagrał jako G.Wolf materiał, którego kiedyś nie udało się zarejestrować z Pivem, jaką zatem muzykę będzie dzisiaj grać ów pierwszy, reaktywowany właśnie zespół? „Uważam to za coś w rodzaju pieczęci autentyczności – tłumaczy muzyk – dojście do momentu, gdzie zrzuciłem to, co leżało mi na wątrobie a teraz możemy na bazie tego wystrzelić z Pivem, z takim zupełnie świeżym, szczerym podejściem. Z drugiej strony czekałem na taki zestaw osobowościowy, na ludzi, którzy manualnie nie mają żadnych ograniczeń stylistycznych i możemy pójść dokładnie tam, gdzie nam się podoba. Część piosenek, które wymyślałem jeszcze pod szyldem G.Wolf, znajdzie się na drugiej płycie Piva; Pivo jako zespół przypisane jest rodzimemu rynkowi. Natomiast marka G.Wolf, na potrzeby której powstała spółka kompozytorska Wojtek Garwoliński/Pete Brown to kamień węgielny pod karierę, dla której trampoliną jest Londyn”.

W tym miejscu poruszona została kolejna kwestia, czyli kolaboracja z tekściarzem, który dał się poznać ze współpracy z wieloma uznanymi artystami, min. z Cream – „Moja – była – żona kiedyś w Londynie podrzuciła mu pierwszą płytę kOŚCI. Pete’owi spodobała się muzyka, stwierdził, że można to trochę lepiej nagrać, a on dołoży swoje teksty itp. Skontaktowałem się z nim w tej sprawie, jednocześnie informując kolegów z zespołu o takiej możliwości – o tym, że świat się przybliżył i w tym miejscu pojawia się odpowiedź, dlaczego z zespołem kOŚCI wyszło tak a nie inaczej: reakcja i zainteresowanie z ich strony było raczej… mierne. Dlatego musiałem to zrobić sam.”.

                                                                                  Pomost, czyli kOŚCI

Pominęliśmy jeszcze jeden, ważny wątek, łączący Pivo i G.Wolf – pomostem jest bowiem nieco zapomniany i marginalizowany, choć bardzo intrygujący – wspomniany wyżej – zespół kOŚCI. Dwie płyty tego projektu nie zostały docenione, choć w ciekawy sposób pokazywały zupełnie inną naturę Wojtka jako muzyka. „To był dziesięcioletni epizod w moim życiu – śmieje się Wojtek – zespół jest w pewnym sensie ciągłością moich działań. Kiedy z Patolem (Patyk, basista Piva…) zobaczyliśmy, że albo mamy szansę iść w taką stronę, jaką proponował Igiel będący tamtym okresie naszym managerem, czyli grać w coraz dziwniejszych miejscach, które są kompletnie nieadekwatne do naszych aspiracji, postanowiliśmy zawiesić działalność i dokładnie w dniu ostatniego występu Piva w Głogowie, odbył się od razu koncert pierwszego składu nowego zespołu. Jakoś to wszystko szło, tylko w przypadku tego zespołu brakowało planu i to zaważyło na jego działalności. Pamiętam, że zanim przystąpiłem do pracy nad płytą G.Wolf, skomponowałem utwór otwierający czyli „Anymore”, wyobraziłem sobie strukturę tego numeru, jednak wtedy zrozumiałem, że muszę tę wizję zrealizować solowo i naturalnym ruchem było odejście z kOŚCI. Chłopaki jeszcze coś próbowali robić z trzecim materiałem, ale widocznie nie było kierunku… Ten zespół był też ważnym momentem, bo pokazał, że na komputerze za 160 złotych można nagrać na najprostszych mikrofonach płytę w piwnicy, wtedy mieściła się ona tuż obok kanciapy zespołu Ocean. Tu chodziło o precyzowanie pod kątem producenckim tego, co chcieliśmy zrobić. Pierwszy album nagrywaliśmy z Cieślakiem a potem było już budowanie zaufania do swoich umiejętności – i kompozycyjnych i brzmieniowych”.

Obok swoich własnych projektów, Wojtek, jako nietuzinkowy gitarzysta, został zauważony przez innych artystów, dlatego przez jakiś czas jego gitarę można było usłyszeć min w składachGarwol Małgorzaty Ostrowskiej, Kasi Kowalskiej czy w zespole Blenders – „Mogłem obserwować, jaką pracę musi zrobić solista, osobowość sceniczna, która bierze na klatę promocję marki, ile pozascenicznych działań trzeba wykonać, żeby to wszystko utrzymać w gotowości, dążyć do celu. Szkoda czasu na nie swoje rzeczy… Czasami jest taka retrospekcja – siedzisz i widzisz, że czas mija, nie wiadomo, na co czekasz. Jedynie w przypadku debiutanckiej płyty Olafa „Produkt” było inaczej – to przyjacielski układ, z Marianem (perkusja) tak samo. To dla mnie duże szczęście, że mogłem pomagać Olafowi. To był kontakt z jednym z moich idoli, z czasów Apteki i płyty „Menda”. Dla nas był on guru, kiedy działały jeszcze kOŚCI. Pamiętam, że demówki kOŚCI przekazywaliśmy Olafowi, potem okazało się, że on chodził na moje koncerty w Trojmieście. I mnie sobie wypatrzył, na zasadzie: z tym gościem chcę coś nagrać. Ważne były te wszystkie rady starszego brata – przyjaciela, bez których nie byłoby takich rzeczy jak dbanie o prawa autorskie, świadomość, na czym to wszystko polega. To rozpoczęcie przygody, która jeszcze z pięćdziesiąt lat będzie trwała, mam nadzieję. Jest jeszcze dużo rzeczy do zrobienia – podróże, możliwość wejścia w kontakt z Eddie Kramerem – przez Pete’a – chciałbym porozmawiać z gościem, który współpracował z Hendrixem, był odpowiedzialny za brzmienie „Moby Dick”. No i Seattle, to jedno z tych miejsc… Chciałbym, żeby Pivo i G.Wolf pozwoliły mi tam polecieć, poznać ten smrodek klubów, pójść na grób Jimiego i Bruce’a Lee…

                                                                                        Ku przyszłości

W ten sposób znaleźliśmy się w czasach współczesnych, w roku 2013, kiedy Wojtek, doświadczony muzyk i świadomy kompozytor nagrywa płytę, jaka śniła mu się od kilkunastu lat. Dlaczego zatem tak długo trwało kiełkowanie tej idei? Dlaczego dopiero teraz mamy do czynienia ze 100% Wojtkiem Garwolińskim? „Z jednej strony musiałem wyleczyć się z kompleksów i z tego, że inni wiedzą lepiej niż ja. Kiedy miałem 20 lat i kontrakt podsunięty pod nos, nie wiedziałem, co jest grane. Ktoś mówi mi np., że coś jest nieprofesjonalne i robi to z pełną premedytacją. Zanim zacząłem grać na gitarze, rysowałem do gazet, dlatego także pod względem graficznym mogłem tym razem zrobić wszystko tak, jak chciałem. Lubię mieć zachowaną autonomię i musiałem doprowadzić do momentu, kiedy dzierżę wszystko we własnych łapach i jest ta najwłaściwsza satysfakcja. Nikt mnie nie okrada z muzyki, działam jak chcę i realizuję swoją pasję, we własnej wytwórni płytowej – teraz sam docieram do swoich fanów. To długi proces, ale myślę, że ta frustracja w naturalny sposób została przekuta na doświadczenia, które zbierałem przez ten czas”. Nowa płyta G.Wolf ukazała się, jak wspomniał Wojtek, w jego własnej wytwórni, co dzisiaj może już nie dziwi, jednak, zważywszy na doświadczenia mojego rozmówcy, nasuwa się podejrzenie, że związane jest to niemiłymi wspomnieniami kontaktów z wydawniczymi molochami. „Policzalność – krótko ucina Wojtek – po prostu. Kiedy coś robię, jestem w stanie to wyliczyć i wiem, że tłocząc np. 500 płyt muszę wykonać konkretną, promocyjną robotę, że każdy egzemplarz ma swoją wagę i dociera do moich odbiorców, którzy kupią potem drugą płytę, to taka sprzedaż bezpośrednia. Myślę, że w czasach Internetu jest to najzdrowsze rozwiązanie i jeśli wierzyć, że ma się swoich fanów, publikę, która potrzebuje takiej muzyki, to ufam, że takie działania procentują i dzięki temu będę mógł nagrywać kolejną, niezależną od mejdżersów muzykę, jaką będę chciał. A kontrakt mogę zawsze z mejdżersami podpisać”.Koncert

Muzyka, jaka znalazła się na płycie „Magnetic Dog”, co zresztą podkreślone było w recenzji, to w zasadzie jedna, wielka improwizacja, stąd też koncerty mogą być prawdziwą eksplozją, niekoniecznie mającą coś wspólnego z tym, co na krążku. Moje podejrzenia potwierdza sam zainteresowany – „Swobodnie, to będą interpretacje tego, co jest na płycie. Umówmy się – łapa Deriglasoffa, to jest łapa Deriglasoffa, słychać jak brzmi, bębny Mariana to bębny Mariana, też brzmią w konkretny sposób, w innym składzie będzie to wyglądało inaczej. Nigdy nie miałem też chęci, by odtwarzać coś na siłę, to są dwie różne sprawy” – tłumaczy muzyk. „Magnetic Dog” to głęboka i nie tłumiona fascynacja Hendrixem. Skoro w 95 roku z Pivem nagrana została płyta, będąca odzwierciedleniem ówczesnych trendów, kOŚCI w wielu miejscach zdradzały fascynację stoner rockiem, czy zatem dzisiaj Wojtek może powiedzieć, co oprócz rzeczonego muzyka fascynuje go na scenie – „Ciężko powiedzieć, bo to wszystko się między sobą zaciera i przenika. Najbardziej zafascynowało mnie ponowne odkrycie Son House’a, bluesowego pieśniarza z delty Mississipi, u którego zobaczyłem coś, co znalazło się też na mojej płycie, jeśli chodzi o kwestie głosu i ekspresji i jak można te dwie rzeczy połączyć. To może być religijne, choć mocno prymitywne, bardzo uniesione, natchnione ale też seksualne i w takich kategoriach na nowo odkryłem wokal. A z takich rzeczy zespołowych, to także raczej mało znany gość – Giovanni Sollima, który prezentuje w muzyce wszystko, na poziomie totalnym. A zespołów jest milion, niektóre mi pasują, inne mniej… Queens of the Stone Age zrobili dla muzyki to czego nikt inny od wielu lat nie zrobił, odświeżyli formułę rockową. Choć jednocześnie oni są w tym bardzo konserwatywni…”.

Czego zatem możemy spodziewać się ze strony Wojtka w najbliższym czasie? „Cały czas będzie trwała radiowo – internetowo – recenzyjna aktywność, jeśli chodzi o „Magnetic Dog”, natomiast od połowy maja ruszamy z regularnymi próbami jako Pivo pod kątem nagrywania 9 listopada w Bolesławcu, w Starym Teatrze, koncertu na DVD z programem „Pivo plays G.Wolf”. W grudniu będziemy nagrywać drugą płytę Piva, która będzie wydana w mojej wytwórni Experience Based Music, to nasza praca… No i dalej współpraca z Petem, ze trzy – cztery kawałki będą na pewno po angielsku. Mam jeszcze marzenie, żeby moja muzyka znalazła się w filmie…”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Dominik Ostrowski/Dekwadrat

Foto Wojtka Garwolińskiego – fotopestka.pl

Puentą powyższego tekstu miało być jakieś inteligentne podsumowanie, zamiast tego proponujemy Wam konkursik, w którym nagrodą jest pachnąca jeszcze drukarską farbą płyta G.Wolf „Magnetic Dog”, zaś kluczem do jej zdobycia jest odpowiedź na pytanie:

„Kto był realizatorem pierwszej płyty zespołu kOŚCI?”

Odpowiedzi prosimy słać na adres arek.violence@gmail.com

Pierwsza poprawna odpowiedź zostanie nagrodzona płytą „Magnetic Dog”!