G.A.R.S. – 100% szczerości

Gars, czyli niezmordowany dół, powleczony jednak optymizmem, godnym prawdziwych pozytywistów. Mimo ciężkich czasów, nierzadko pustych sal koncertowych i dominacji Internetu, robią swoje, czyli nagrywają kolejne płyty, w tym najnowszą, opatrzoną intrygującym, wieloznacznym tytułem – Gdy Agresja Rodzi Spokój. I to ów materiał, będący z jednej strony kontynuacją ciężkiej myśli i riffu, z drugiej pokazujący, że można znaleźć kilka innych furtek w post metalowej i hardcore’owej skale, był powodem rozmowy z mistrzem niskich częstotliwości – Adamem. 

Podobała mi się Wasza poprzednia płyta, zatem od niej zacznijmy – jak oceniasz dzisiaj, z perspektywy czasu, tamten, potężny album? Coś byś zmienił w tym materiale?

Jestem przeciwny, żeby cokolwiek zmieniać w tym co już było. Płyta to zapis danej chwili. Wtedy tak nam grało w głowach po prostu; ostatnio sobie do niej wróciłem i najbardziej podobają mi się teraz fragmenty z altówką, jeden czy dwa numery gramy czasem na koncertach. Fajnie, że wyszedł nam wtedy ten Endino, to nam dało dużo pewności siebie… Aaa, byłbym zapomniał! Zmieniłbym okładkę, ale to taka nasza wewnętrzna wojna: mamy dwóch grafików w zespole i tamtą akurat robił Radek a nie ja, ha, ha…

Udało się w pełni zrealizować promocyjne założenia tamtego krążka?

Hm, nasza partia CD się sprzedała, więc chyba tak, pewnie zostało jeszcze trochę nakładu u wydawcy, czyli No Santuary. Zaczęliśmy grać więcej koncertów i dalej niż tylko na własnych śmieciach, ale najważniejsze, że co jakiś czas dostajemy sygnały z różnych części kraju, że płyta się bardzo podobała, ktoś komuś gdzieś pożyczył, potem się zagubiła i musi znowu zamawiać – takie historie są dla nas najważniejsze i dużo istotniejsze niż np recenzje. Nie traktujemy chyba w ogóle grania w kategoriach promocji, sprzedaży, rozpoznawalności itp. Ważne, że mamy dla kogo grać oprócz tego, że tłuczemy to w tygodniu na próbach dla siebie.

100% szczerości

100% szczerości

Jak to w zasadzie jest z Gars – bratacie się ze sceną hardcore, czy powoli przenosicie się w ten rejon, który nazwę „międzyscenowym”? Gdzie jest Wasze miejsce?

To skomplikowane. Generalnie czujemy, że wywodzimy się ze sceny hc i powinno być na niej miejsce dla tego typu muzyki. Gramy sporo gigów na squatach i w małych klubach razem z crustami, d-beatem itp., ale występujemy też w odmiennych sceneriach. Staramy się nie określać jako zespół. Częstym problemem jest, niestety, zamknięcie na nieco inną muzykę, ale to chyba zmienia się na lepsze. Sami organizujemy na miejscu w trójmieście trochę koncertów innym kapelom będącym akurat w trasie, więc na pewno jedną nogą mocno w scenie stoimy. Osobiście brakuje mi czegoś co było w latach 90-tych, koncertów, na których jednocześnie był hardcore-punk z reggaee, metalem i innymi, ale to może gadanie starego dziada.

Ale przecież właśnie dzisiaj ów eklektyzm stał się wręcz znakiem rozpoznawczym współczesnej sceny metalowej i okolic, jeśli chodzi o samą muzykę…

No właśnie, jest jakby lekkie rozdwojenie jaźni – kapele bardzo mocno się rozwijają, idą do przodu a część publiki wolałaby słuchać cały czas tego samego byleby było szybko, ciężko jednak generalizować. Zdarzały się nam zajebiste koncerty, gdzie był totalny szał a innym razem przyjeżdżamy na stricte hardcorowy festiwal i większość publiki zostaje na fajce. Jeśli chodzi o samą muzę, mam wrażenie, że tyle się teraz dobrego dzieje, że większości w ogóle nie da się poznać. Myślę, że przez to część bardzo dobrych kapel pozostaje niezauważona.

Z czego wynika ten schizofreniczny fakt – mamy mnóstwo fajnych, ciekawych zespołów, jednak koncerty są kulawe – mało publiki, organizatorzy najchętniej chcieliby zespoły za przysłowiowe piwo, kierowcy drodzy. Jak żyć, panie płemierze…

Pasuje tu standardowa odpowiedź – nadmiar wszystkiego w Internecie, ale może to się ludziom znudzi i zaczną znowu liczniej przychodzić na koncerty; nie ma co narzekać, trzeba robić swoje… Dobre kapele nie narzekają na brak publiki.

No właśnie, tu bym zaingerował. Na brak publiki nie narzekają kapele, które przede wszystkim dobrze się reklamują. Ale nie ma co zagłębiać się w ten niewesoły temat. Skoro jesteśmy przy dobrych kapelach – jacy wykonawcy umilają członkom Gars życie w ostatnim roku? Czyli – co Was walnęło najbardziej?

Z polskiego hc bardzo podoba nam się debiut Mojej Połowy, to wreszcie coś niesztampowego jeśli chodzi o teksty. Miłosz z racji grania w Idol Falls, studiuje klasyczną szkółkę hardcora, pewnie coś w stylu Comeback Kid + dodatki black metalowe typu Altar of Plagues. Radek siedzi w postmetalu i chyba dalej mu się nie znudziło! Także Cult of Luna, Amen Ra, As We Draw itp. Winiak pisze doktorat I nie wiem, czy ma czas na słuchanie, Piołun podobnie do Radka + jakieś starocie nam zawsze wyciąga w samochodzie. Ja siedzę bardziej w alternatywnych rzeczach i to raczej w starszych niż w nowościach – strasznie zrobiło mi The Ex – zajebisty, holenderski band. Wracam też do słuchania Mord, Ewki Braun i noise rocka z lat 90-tych a przed chwilą powalił mnie nowy Shellac – warto było czekać. A, no i warto wspomnieć jeszcze o Guantanamo Party Program z polskich rzeczy – na żywo miazga, albo takie Plum – światowa muza, na którą przychodzi 20 osób; jak byliśmy całą kapelą pierwszy raz na nich, opadły nam szczeny.

Wracamy do Gars. Kiedy pojawiły się pierwsze pomysły na nową płytę?

Numer „Nic” graliśmy już chyba na koncertach promujących „Gruzy”, także u nas to się wszystko przeplata, cały czas powstają jakieś nowe zarysy numerów, nie było jeszcze takiego czasu, że od teraz kreska i robimy tylko nowe rzeczy.Gars

Płyta zbiera niezłe recenzje, jednak zauważam bezradność dziennikarzy, którzy Waszą muzykę porównują do min Fugazi czy Biohazard. Ciut to dziwne. Jak do tego podchodzicie – śmiejecie się z tych porównań, czy traktujecie je jako, hmmm, balast?

Jakichś tam porównań nie unikniemy, bo nie tworzymy w pustce. Fugazi i Bajo – hajo bardzo lubimy i nie jest to żaden balast, bo jakoś trzeba potencjalnemu czytelnikowi określić to z czym ma do czynienia. Kłopot w tym, że często dziennikarze nie radzą sobie z sformułowaniem swojego zdania tylko kopiują jakieś bzdety z notek prasowych. Są natomiast takie porównania w recenzjach, że nie da się z nich nie śmiać…

No to słucham – najlepsze rodzynki w tym temacie?

Najlepsze motywy to takie jak porównania do kapel, o których nigdy nie słyszeliśmy, akurat dzięki takim recenzjom można poznać fajne zespoły, tak było np. z Rein Sanction. A tu najlepsze rodzynki: Coma, Hunter, KNŻ. Brakuje tylko Dżemu i happysad (śmiech…).

Dochodzimy do kontrowersyjnego chyba wątku wydania płyty. Zdecydowaliście się na wersję kasetową bo – było taniej? Bo jest hajp na kasety? A może jeszcze jakiś inny powód? Nie boicie się, że to trochę ograniczenie, np. do radia raczej z kasetą nie pójdziecie…

Chcieliśmy zrobić coś innego a w radiu i tak Garsi nie lecą, więc nie mieliśmy dużo do stracenia. I tak większość ludzi, przynajmniej tak mi się wydaje, słucha muzyki w mp3-kach i na komputerze. Kaseta to zawsze było coś fajnego – mam bardzo duży sentyment do tego nośnika; okazało się jednak, że sporo osób nie posiada już odtwarzaczy, dlatego dorzucamy kod do pobrania pliku cyfrowego. Kaseta to po prostu taki mały winyl. Co prawda po podjęciu się nagrywania tych kaset z Radkiem jako Bajkonur Rec., entuzjazm nieco nam opadł – sprzęt, choć z wysokiej półki, lubi płatać figle. Na pewno kaseta kosztowała nas dużo więcej pracy i serca. Najważniejszy powód jest taki, że w furze mam magneciaka! Mamy też w planach wersję CD, może nawet winyl, ciężko powiedzieć czy coś z tego wyjdzie. No i brzmienie! Materiał nagrywany był na taśmę, więc chcieliśmy to zachować na końcu łańcucha produkcji…

Toś mi bratem! Kupując (czyli sprowadzając wiadomo skąd…) samochód zaznaczyłem, że MUSI być odtwarzacz kasetowy, no i teraz taśmy walają się po całym, tylnym siedzeniu. A wracając do wątku – jaki był odzew na taki format?

Odzew jest jak najbardziej pozytywny ze względu na ów sentyment, spora część naszych słuchaczy doskonale pamięta czasy, w których kupowało się głównie kasety, ale część jednak uparcie czeka na CD. Jest to na pewno też coś odróżniającego, fajne w kasecie jest to, że słucha się wtedy całego materiału, nie przeskakuje się numerów, które „nie wchodzą” za pierwszym razem.

Fakt – ja też czekam mimo wszystko na kompakt. Macie już spory bagaż doświadczeń i w takim kontekście musicie mieć przemyślenia na temat czegoś takiego jak dola muzyków alternatywnych. Czy materiał zawarty na nowej płycie jest najlepszą nagrodą za trudy, wydaną kasę i brak profitów?

Najlepszą nagrodą jest dobrze przyjęty koncert z kontaktem z ludźmi, jakąś wymianą energii, brzmi to szablonowo, ale to daje największego kopa. Profity czy ich brak raczej nie zmienią faktu, że będziemy to ciągnąć dalej. Przede wszystkim, jesteśmy kumplami i miło nam się spędza czas na próbach. Satysfakcją jest oczywiście też to, co wspólnie powstaje, czyli zapis, nagranie, szczególnie tym sposobem, jakim to robiliśmy tym razem. Mieliśmy wrażenie, że coś naprawdę dobrego powstaje. Dużo mocniej to odczuwamy, grając na „setkę” w pełnym składzie, niż nagrywając osobne ścieżki instrumentów. OkładkaJakiś dół pewnie się pojawia, ale potem trafia się fajna akcja, gramy gdzieś w Polsce i jest genialnie, jak np. na skłocie Odzysk. Spotykamy zajebistych ludzi i jakoś się kręci, jest motywacja, żeby robić dalej…

Ale przecież kiedyś przyjdzie refleksja, że warto mieć z tego jakąś mamonę? Większość zespołów – moim zdaniem – robi jednak dobrą minę do złej – nomen omen – gry. Boicie się momentu, kiedy „powiecie sobie dość”?

Wiesz co, chyba nigdy nie myśleliśmy, żeby mieć z tego jakąś kasę. To, że wychodzimy na zero podróżując sobie po kraju nam wystarcza. „Dość” powiemy sobie jak przestanie nas kręcić wspólne granie, póki co się nie zapowiada. Hardcore to nie rurki z kremem, czy jakoś tak to leciało. Mamy wszyscy normalne roboty, więc możemy robić garsów 100% szczerze, bez zakusów na to, żeby coś wygładzić i gdzieś dzięki temu zarobić.

Zawsze mieliście intrygujące teksty. Tym razem jest podobnie – jak możesz zatem krótko zinterpretować tytuł – trzeba komuś dać w łeb, żeby odzyskać karmę?

Teksty to domena naszego wokalisty, mi się tytuł akurat bardziej kojarzy ze sportem – lepiej zmęcz się innym sposobem niż pranie się po pyskach, np. grając w piłkę. Generalnie, chodzi o taki rodzaj agresji, który daje spokój a nie ją zwiększa.

Dobra, koniec to kilka standardowych ogłoszeń na przyszłość – co nas czeka ze strony Gars, co planujecie i dlaczego?

W tym roku już za dużo nie planujemy, bo każdy z nas ma dużo na głowie – żony, dzieci, doktoraty, takie tam… Na pewno uda się jeszcze zrobić jedną lub dwie weekendowe trasy, może też wyjdzie ten materiał na CD lub LP. Poza tym na czas wspinaczek górskich naszego wokalisty, stworzyliśmy pozostałą czwórką coś co nazywa się Andrew Grubba. Gramy tam transowego noise rocka i jako Andrew zagramy jeszcze kilka razy w tym roku – najszybciej 26.09 na Music is the Weapon – feście w Gdyni.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu