FORGE OF CLOUDS – w klimacie wkurwionego wisielca…

Polska szufladka opatrzona karteczką z napisem „post” zaczyna szybko się wypełniać.  Takie międzygatunkowe rozpychanie się na ciasnej, krajowej scenie muzycznej może tylko cieszyć. Obok mistrzów Blindead, tropiącym ich ślad Obscure Sphinx, klimaciarzy z Tides Form Nebula czy przygniatających Guantanamo Party Program, w kolejce do sławy ustawił się sosnowiecki Forge Of Clouds. Zawarta na debiutanckim albumie mieszkanka gniotących riffów i mrocznej przestrzeni może intrygować, a sami muzycy zapowiadają już nowe, rewolucyjne posunięcia. Właśnie ukazuje się w fizycznej formie ich płyta (dotychczas dostępna w darmowym downloadzie…), rozpoczęliśmy więc rozmowę od spraw związanych z ruchami promocyjnymi. Tłumaczą się przed Wami bębniarz Jakub Hanusa i śpiewający basista Maciek Śmigrodzki…

Wasza płyta została tu i ówdzie uznana za jeden z bardziej ekscytujących debiutów na niezależnej scenie. Jak postrzegacie wasze dzieło dzisiaj, kiedy jest już na rynku?

Jakub Hanusa: Dla nas ekscytującym jest samo istnienie tego materiału w wersji finalnej. Ponieważ pracowaliśmy nad nim przez rok, następnie nagrywaliśmy go sami w zaciszu domowego komputera, byliśmy w stanie na bieżąco wyznaczać drogę, w którą chcieliśmy iść. Oczywiście, z perspektywy czasu każdy patrzy krytycznie na swoje dokonania, ale nadal dominuje w nas duma z pierwszego dziecka. Wnioski oczywiście zbieramy do kolejnych nagrań, które mamy nadzieję niebawem rozpocząć.

Zdecydowaliście się na nowoczesną, nowatorską może nawet formę promocji, udostępniając fachowo materiał do ściągnięcia on line a dopiero potem wydając płytę – jakie są zalety a jakie wady takiego podejścia do tematu?

J.H. Plusem jest oczywiście dotarcie w momencie premiery do ogromnej ilości słuchaczy – jako nieznany zespół z Polski nie mielibyśmy takiej okazji postępując w „tradycyjny” sposób. Nie jest to znowu takie nowatorskie… W ten sposób zespoły działają od kilku lat, udostępniając materiał do odsłuchu w Internecie przed ukazaniem się wersji fizycznej. W naszym wypadku udostępniliśmy płytę w różnych formatach i bez ograniczeń czasowych.

Maciek Śmigrodzki: Oczywiście, wydanie fizyczne to również okładka, zapach… Dlatego z pomocą ludzi z assonance records udostępniamy wersję fizyczną naszej płyty. Ręczna produkcja kolekcjonerska, limitowana do 100 szt. dla tych, którzy chcą mieć jednak coś na półce, dostępna na naszych koncertach, oraz w Internecie.

Kontynuując ten wątek – uważacie, że „scena internetowa”, pliki mp3 i powszechny downloading są zagrożeniem dla muzyki, czy wręcz przeciwnie? Patrząc na to z szerszej perspektywy uważam, że to, co się dzisiaj dzieje (blogi z muzyką, free mp3…) jest idealnym odwzorowaniem klasycznego tape tradingu i kserowanych zinów sprzed dwóch dekad…

M.Ś. Tylko w trochę innej skali. Internet jest bronią o kilku ostrzach. Zespoły w łatwiejszy sposób mogą się zaprezentować, dotrzeć do słuchaczy, ale z powodu dużej konkurencji, trudniej się wybić. Tak, działa to na korzyść poziomu samej muzyki, ale z drugiej strony odbija się niestety na sprzedaży płyt. My nie mamy złudzeń, raczej nie zarobimy na naszej twórczości, ale nie po to gramy.

J.H. Z całej „sceny internetowej” najbardziej warte uwagi  blogi muzyczne, na których możesz znaleźć sugerowane przez autorów płyty, lub poznać nowe zespoły, skracając czas grzebania w śmietniku, jakim staje się internet. Co do zinów i kaset – miało to swój urok…

Wasza muzyka została już nazwana na wiele sposobów – czy macie jakąś własną definicję swojej twórczości?

M.Ś. Chyba nie. Określamy ją jako sludge, post-metal, ale mammy nadzieję, że słuchacze znajdą tam coś charakterystycznego tylko dla nas. Nie pretendujemy do stworzenia nowego gatunku w muzyce, ale chcielibyśmy móc kiedyś powiedzieć, że wypracowaliśmy swój styl, czy brzmienie. Dla nas samych to my jesteśmy definicją Forge of Clouds – w innym składzie byłby to już zupełnie inny twór, inny klimat dźwięków, inna muzyka.

Najistotniejszym elementem muzyki FoC jest niesamowity, choć momentami raczej wisielczy klimat. Realizujecie to całą gamą środków, jednak najważniejsze są wolne i majestatyczne rytmy. Czy możemy się spodziewać, że kiedyś przyspieszycie, czy obecny charakter zespołu to efekt finalny ewolucji?

M.Ś. Ewolucja nadal trwa i choć mamy gotowy materiał na drugą płytę, to nie wiemy co powstanie w przyszłości. Co do przyspieszenia – na naszej płycie znajdziesz również szybsze fragmenty, ale to prawda, skupiamy się na średnich i wolniejszych tempach. Staramy się urozmaicać muzykę i często bazujemy na kontrastach, dlatego ważniejszy jest dla nas efekt finalny, a nie środki użyte do jego wywołania. Patrząc na obecną chwilę, podążamy w stronę klimatu „wkurwionego wisielca” (śmiech).

J.H. W tej chwili przearanżowujemy nowe numery na jeszcze wolniejsze tempa…

Cieszy mnie, że kolejny polski zespół docenił wagę transu w muzyce – czy w związku z tym na koncertach pozwalacie sobie na wpadanie w hipnotyczny i zapętlony trans, który może przerodzić się nawet w improwizacje, czy raczej trzymacie się sztywno aranżacyjnego schematu?

M.Ś. Na koncertach raczej nie improwizujemy. Myślę, że efekt mógłby być ciekawy, ale nie do końca profesjonalny. Za to bardzo często robimy to na próbach – tak najczęściej powstają zarysy nowych kawałków, które potem aranżujemy na gotowo. Wydaje mi się, że łatwiej nam w tej chwili osiągnąć efekt kontrolowanego transu. Jeśli publiczność to czuje, to super. Na płycie staraliśmy się też osiągnąć ten efekt za pomocą odpowiedniego połączenia utworów i mamy nadzieję, że coś ciekawego z tego wyszło.

Ciekawie, choć także i kontrowersyjnie przedstawia się brzmienie płyty – bardzo analogowe z dość nietypowo zarejestrowanymi bębnami. Przyznam się, że długo się do tych brzmień przekonywałem. Czy uważacie, że uzyskaliście optymalny efekt?

J.H. Bębny rejestrowaliśmy półtora roku temu i na tamten czas byliśmy zadowoleni. Finalny efekt nie spełnia w 100% naszych oczekiwań, ale nie spodziewaliśmy się też takiego zainteresowania materiałem. Fundusze, jakie musielibyśmy wydać na rejestrację profesjonalnym studio na tamten czas przerastały kilkukrotnie nasze możliwości, więc zdecydowaliśmy się na nagrania domowe, z których myślę wycisnęliśmy 100% efektu.

M.Ś. Wspólnie miksowaliśmy materiał na moim laptopie, mastering był szkołą życia… Bogatsi w doświadczenie mamy zamiar podejść trochę inaczej do tematu nagrań, jednak ja osobiście wolałbym mieć zawsze wpływ na każdy etap produkcji.

W jaki sposób powstają Wasze numery – czy to efekt „pracy zbiorowej” czy ktoś ma ostatnie zdanie w procesie aranżowania?

M.Ś. Działamy jako kolektyw. Zdarza się, że ktoś przynosi gotowy kawałek, ale przeważnie na próbach startujemy od czyjegoś pomysłu i wspólnie kombinujemy aż do momentu, kiedy stwierdzimy, że efekt odpowiada wszystkim.

J.H. Nie ma osoby posiadającej prawo veta, ale staramy się przekonywać na wzajem do pewnych rozwiązań. Być może trwa to dłużej niż decyzje autorytarne, ale to nie jest fabryka z kierownikiem, tylko zespół.

Udało się Wam opakować płytę w fajną okładkę, która przykuwa uwagę – kto przygotował ten obrazek?

M.Ś. Autorem jest Kuba Sokólski, który odpowiada za całość graficzną płyty, również za część wykonania wersji fizycznej. Myślę, że jego praca świetnie pasuje do naszej muzyki. My sami mieliśmy też sporo dyskusji w zespole o pomysłach na grafikę, ale finalnie wygrała koncepcja Kuby, z czego teraz bardzo się cieszymy. Kuba jest świetnym grafikiem, oraz perkusistą – na co dzień w warszawskim Merkabah. Myślę, że to połączenie powoduje, że ma umiejętność przelewania dźwięków na obraz.

Jak wygląda koncertowe życie grupy – gdzie, z kim i jak często grywacie.?

J.H. Grywamy od okazji do okazji – tak naprawdę wszyscy zarabiamy na chleb w tradycyjny sposób, do koncertów wręcz dopłacamy. Chętnie dotrzemy do jak największej ilości słuchaczy, jednak samemu jest to bardzo trudne.

M.Ś. Najczęściej prosimy o pomoc starszych kolegów z Blindead, którym chcemy z tego miejsca podziękować za przygarnięcie. Oczywiście grywamy z innymi zespołami, najczęściej z podobnej szufladki: Moanaa, wspomniane Merkabah, mamy w dalszych planach koncerty z Sun for Miles, Guantanamo Party Program. Najbliższy potwierdzony koncert, na którym się pojawimy, to czerwcowe supportowanie Rosetty w Warszawie.

Jakie zadania stoją przed FoC w tym roku – czego możemy się z Waszej strony spodziewać?

M.Ś. Jak już wspomnieliśmy, przygotowujemy się do nagrania drugiej płyty, zaczynamy mamy nadzieję jeszcze przed wakacjami. Oczywiście chcemy grać więcej koncertów, ale myślę, że głównym zadaniem będzie po prostu systematyczny rozwój zespołu. Mam też nadzieję, że usłyszy o nas jeszcze więcej ludzi. Możemy Ci też powiedzieć, czego nie zrobimy: Nie zaczniemy grać speed metalu, nie zrobimy coveru Dżemu, nie będziemy ubierać masek i nie sądzę, żebyśmy zagrali na jakiś juwenaliach.

Rozmawiał Arek Lerch