FIREBALL – nie czujemy ograniczeń

Fireball to jeden z nielicznych, polskich zespołów grających metalcore – na w miarę przyzwoitym poziomie i z potencjałem. Panowie być może kiedyś pójdą za ciosem i śladem kolegów z Siren’s Dawn przejdą na stronę melodyjnego death metalu, dzięki czemu trafią do znacznie szerszego audytorium niż modna młodzież. Zanim to jednak nastąpi, raczą nas swoim debiutanckim albumem, utrzymanym w metalcore’owej stylistyce. O albumie oraz sprawach stricte zespołowych opowiadał nam Miłosz Pawęta – gitarzysta i jeden z kompozytorów.

Dość długo kazaliście czekać, zarówno fanom, jak i ogólnie słuchaczom krajowego metalcore’a na swoje pełnowymiarowe wydawnictwo. Jakie czynniki zadecydowały o tak długim okresie prac nad tym albumem?

Masz rację. Sporo czasu upłynęło, odkąd się za to zabraliśmy. Wyobraź sobie, że gitary nagraliśmy prawie dwa lata temu!! Dopiero potem wokal, aż zostaliśmy kompletnie bez frontmana. F LiveMyśleliśmy, że jesteśmy w dupie, ale pojawił się Matas i w sumie lepiej nie mogliśmy trafić. Dograliśmy jeszcze dwa numery i Żurek nagrał bębny, bo początkowo miały być „ z kompa”. Zvish również nieco się ociągał (śmiech).

Album, przynajmniej w mojej opinii, to wypadkowa dźwięków z pogranicza Killswitch Engage (melodie, sola, czyste wokale) oraz niemieckiego metalcore’a (motoryka i agresja). Efekt zamierzony? Czy raczej pozytywny wypadek przy pracy? Mało kto gra teraz czysty, nieskażony djentem metalcore…

Część naszego materiału z początku nie była metalcore’owa. Wiesz, obie kapele KSE czy Caliban niezwykle cenię i nie ukrywam, że miały na nas wpływ, ale staramy się grać po swojemu.

Niejednokrotnie w naszej rozmowie padła nazwa gatunku jakim się paracie. Przyporządkowanie do tego, już mocno wyeksploatowanego i przemielonego niemal, brzydko mówiąc, do „porzygu” nurtu nie jest dla Was ujmą? Dziś większość kapel stara się odżegnać od konotacji z core’m. Słusznie? Lepiej stanąć po zwykłej, metalowej stronie barykady?

Ostatnio z Borkiem „rozkminialiśmy” trochę taki temat. Jakoś nie czujemy żadnego ograniczenia, do tej muzy można wrzucić tyle różnych pomysłów, praktycznie co się chce. Nigdy mi nie przeszkadzało szufladkowanie kapel, że grają metalcore, deathcore, melodic death metal i takie tam…

 nie czujemy ograniczeń

nie czujemy ograniczeń

Za brzmienie albumu odpowiedzialny jest Zvish, niegdysiejszy członek krakowskiego Drown My Day. Od razu zdecydowaliście się aby jemu wysłać materiał? Zagraniczne rozwiązania wydają się być niepewne?

Według mnie stosunek jakość-cena najlepszy w Polsce. Mam ep – kę DMD „Forgotten” i ep – kę Paulo Sergio i niemal od razu zdecydowaliśmy się na współpracę z nim. Nie wiem, to nie mógł być nikt inny, choć nie ukrywam, były obawy co do zbytniej sterylności i plastikowego brzmienia. Ale jest git, więc się jaramy…

Coraz więcej zespołów korzysta z pomocy firm zajmujących się PR’em oraz wyspecjalizowanych agencji koncertowych. Tego typu współpraca niesie ze sobą – prócz oczywiście kosztów – konsekwencje związane z budowaniem własnej marki i bardzo ostrożnym stąpaniem po gruncie rynku muzycznego. Rozważaliście coś takiego, czy póki co, wolicie działać w duchu DIY?

Wiesz co, chętnie. Ale realia są jakie są, i jak na razie chyba podziałamy na zasadzie weekendowych wymian z innymi kapelami. Tak będzie najwygodniej.

Zeszłoroczna internetowa sensacja w postaci prześmiewczego bloga krytykującego – mniej lub bardziej otwarcie – działalność polskich ekip wielu uzmysłowiła kilka faktów. Po pierwsze: mnogość zespołów wcale nie działa na korzyść sceny, która wciąż tak naprawdę jest w powijakach, po drugie: jak się okazuje, granie takiej muzyki najzwyczajniej w świecie nie jest dla każdego. Znakomita większość z młodych adeptów tejże sztuki, aspirujących do miana „na poziomie” zatrzymała się w czasie na etapie gdzieś 2007 roku. Z czego według Ciebie to wynika?

Śmieszny blog. Regularnie czytałem wpisy i nawet chciałem aby koleżka o nas napisał. Szkoda, że to ucichło. Co do kapel, każdy niech rzeźbi swoje, a że najczęściej jest to granie a la Slayer, Metallica, Iron Maiden itd. (bo trzeba od czegoś zacząć), to inna sprawa.

A skoro już mówimy niejako o bolączkach sceny. Jeszcze do niedawna w sieci pojawiały się liczne wpisy ludzi z branży, dotyczące organizacji koncertów, a raczej stosunku klub – artysta/zespół. Jesteście niezbyt dużego miasta, które mimo wszystko może się pochwalić raczej solidnym przygotowaniem do imprez muzycznych w ogóle, choć przyznam, że koncertowa mapa Polski nie zawsze uwzględnia Pabianice (śmiech). Spróbujmy zatem dokonać małej regionalnej analizy – warto udawać się w Wasze rejony? Jest, brzydko mówiąc: OK, czy trzeba się wystrzegać niektórych promotorów?

Nie znam żadnych promotorów. Zna się właściciela klubu, albo zespół, co już tam grał, na tej zasadzie. Ostatnio grając w DOM-ie w Łódzi w ramach Fongrafika Young Stage, czy jakoś tak, F Live2dostaliśmy propozycję żeby zagrać w wakacje przed jakąś zagraniczną kapelą, a poza tym raczej sami próbujemy coś załatwiać.

Skoro mówimy o koncertach. Jest nowy album, zbierający pochlebne recenzje, ustabilizowany skład, co ze sceniczną ofensywą? Gdzie i kiedy będzie można Was zobaczyć i czy nie boicie się pojedynczych koncertów w ogórkowym okresie wakacyjnym?

14 czerwca Zelów, 15 czerwca Bełchatów, 21 czerwca Pabianice, prawdopodobnie 17 sierpnia Łódź. Dobrze by było jechać gdzieś dalej, ale to właśnie pewnie dopiero po wakacjach.

Powodzenia. Ostatnie słowa dla Ciebie.

Dzięki za recenzję i wywiad. Zachęcam do posłuchania naszej debiutanckiej płyty, którą można odsłuchać i kupić naszym bandcampie. Jeśli Wam się spodoba, to udostępniajcie nasz profil facebookowy i jutubowy, żeby płytka nie przeszła bez echa i żebyśmy mogli dzięki temu załatwić więcej koncertów. Pozdro!

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia koncertowe: Angelika Czech