FEAR FACTORY – Ja, robot: rozmowa z Mikiem Hellerem

W 1992 roku ukazał się ich debiut „Soul of a New Machine”. Trzy lata później światło dzienne ujrzała „Demanufacture”, płyta która zrewolucjonizowała gatunek. Z nie byle powodu o Fear Factory mówi się jako o pionierach metalu industrialnego. Ich zasługi trudno przecenić. Kapela, która pod koniec lat 90-tych była u szczytu popularności, nieprzerwanie nagrywa kolejne albumy. W 2012 roku, nakładem Candlelight, ukazał się dziewiąty – „The Industrialist”. Po koncercie w poznańskim Eskulapie rozmawiałem z Mikiem Hellerem, perkusistą który do zespołu został zwerbowany na początku tego roku. Muzyk udzielający się między innymi w Malignancy, System Divide, Kalopsia czy Success Will Write Apocalypse Across the Sky, okazał się być wylewnym i dowcipnym rozmówcą.

 

Czy granie w Fear Factory to wyzwanie dla bębniarza?

Dla mnie na pewno tak. Przede wszystkim dlatego, że gra głównie koncentruje się na stopach, a ja zawsze uważałem się za mocnego w graniu przede wszystkim rękoma. Nogi w moim mniemaniu były zawsze moją słabszą stroną. Musiałem więc zmienić podejście i nauczyć się tego stylu, który jest zasadniczo inny od wszystkiego, co robiłem do tej pory w poprzednich zespołach. Wyzwaniem jest to, że w Fear Factory perkusja musi brzmieć perfekcyjnie, a moja gra powinna przypominać grę robota, nie ma miejsca na improwizację. Muszę trzymać się bardzo ściśle określonego rytmu. Sprawia mi to dużą przyjemność, ponieważ odkryłem u siebie ten potencjał.

Jak dołączyłeś do Fear Factory?

Wszystko rozegrało się na początku tego roku. Mój kolega Nick Augusto, który grał kiedyś w grindowej kapeli Maruta, a obecnie jest bębniarzem Trivium, usłyszał gdzieś, że Fear Factory szuka perkusisty. Ponoć od czasu odejścia Gene’a Hoglana wypróbowali już kilku kolesi, ale nikt nie satysfakcjonował ich w 100%. W związku z tym Nick zarekomendował mnie i przekazał, że warto mnie sprawdzić. Jakiś czas później dostałem telefon z prośbą o nagranie wideo, jak gram do kawałka, którego nie słyszałem nigdy wcześniej. Nagranie spodobało się, więc otrzymałem propozycję od Dino Cazaresa, żeby przylecieć z Nowego Jorku do Los Angeles na próbę. To wypaliło, pograliśmy razem i wkrótce później Dino zadzwonił z wieścią, że jestem członkiem zespołu. Wszystko wydarzyło się dosłownie w przeciągu kilku dni.

Jesteś wolnym strzelcem, który zahaczył się na trasę czy pełnoprawnym członkiem?

Biorąc pod uwagę, co mówi Dino i Burton, jestem normalnym członkiem kapeli. Muszę jednak pamiętać, że Fear Factory istnieje od ponad dwudziestu lat, ja nie gram z nimi nawet dwunastu miesięcy. Tak więc nie przeceniam swojej pozycji, ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie to tylko krótki epizod, ponieważ świetnie się dogadujemy.

Co z przygotowaniami do pierwszej trasy, jak sobie poradziłeś?

Czasu było naprawdę bardzo niewiele. Od momentu kiedy zostałem zaangażowany, mieliśmy raptem dwa tygodnie do rozpoczęcia trasy z Shadows Fall w kwietniu 2012. W tak krótkim czasie musiałem nauczyć się szesnastu numerów. Całymi dniami słuchałem płyt Fear Factory i ćwiczyłem po dziesięć godzin dziennie. To było niesamowite doświadczenie. Na początkowym etapie uczyłem się jeszcze także w trakcie trasy. Nawet teraz, po siedmiu miesiącach wspólnego grania i około osiemdziesięciu sztukach, wciąż dopracowuję pewne elementy i uczę się nowych piosenek, ponieważ nie chcemy grać cały czas tego samego setu. Teraz mogę powiedzieć, że opanowałem tą stylistykę i potrafię się w niej swobodnie poruszać. Ostatni kawałek, którego się uczyłem, złapałem wciągu dwudziestu minut. Poprzedni zajął jakieś czterdzieści. Na samym początku liczyłem w godzinach.

Które z kawałków, które grasz na tej trasie są najtrudniejsze?

Każdy jeden z najnowszej płyty „The Industrialist”, czyli numer tytułowy, „Recharger” oraz „New Messiah”. Jest tak dlatego, że na tej płycie został wykorzystany automat perkusyjny. Odtworzyć te ścieżki na żywo to cholerna bolączka. Moim zdaniem te numery są dużo trudniejsze niż wszystkie pozostałe. Na skali od 1 do 10, te kawałki to 12, a cała reszta mniej więcej 6. Jeśli jednak mówimy o starszych piosenkach, to najciężej jest zagrać utwory z „Demanufacture”. Żeby zabrzmiały idealnie i w tempo, trzeba naprawdę sporo umiejętności i feelingu. Głównie w numerze otwierającym, czyli w tytułowym, jest ogromna ilość nakładających się bitów. Nieźle się napracowałem, żeby go opanować i myślę, że idzie mi całkiem dobrze.

Fear Factory - roboty

Fear Factory – roboty

Jak to jest być częścią kapeli, w której grały takie legendy jak Raymond Herrera i Gene Hoglan?

Legend nie da się zastąpić, ale staram się robić, co w mojej mocy, aby być na podobnym poziomie. To wielki zaszczyt, ponieważ oboje są fantastycznymi perkusistami, z własnym niepowtarzalnym stylem i klasą. Fear Factory to dla mnie duża szansa, ponieważ żadna z moich poprzednich kapel nie jest nawet w połowie tak rozpoznawalna i zasłużona. Nie znaczy to, że odpuszczam grę choćby w Malignancy, ponieważ lubię robić różne rzeczy, grać w różnych stylach. Nie lubię ograniczać się do jednego wąskiego podgatunku. Jestem kreatywnym człowiekiem. Póki co w Fear Factory nie mogę wykazać się kreatywnością, ale kiedy będziemy nagrywać nowy album w przyszłym roku, z pewnością będę mógł wnieść coś od siebie.

Myślałeś, żeby podpytać Raymonda o rady?

Nigdy go o to nie pytałem. Poznałem go kilka lat temu, kiedy ukazała się „Mechanize”, czyli pierwsza płyta już bez niego, w zamian za to z Hoglanem. Jedliśmy obiad z grupką znajomych. Raymond to przemiła osoba i ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Od tamtego czasu nie mieliśmy okazji pogadać. Nie mam pojęcia, co myśli o mojej grze. Może nienawidzi tego, co robię (śmiech)! Mówiąc poważnie, między aktualnymi i dawnymi członkami zespołu nie ma zawiści. Stosunki są przyjazne.

W 1995 roku, kiedy ukazało się „Demanufacture”, miałeś trzynaście lat. Byłeś wtedy świadom istnienia Fear Factory?

Tak, byłem wtedy w podstawówce. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich kawałki, od razu stałem się fanem, ponieważ byli bardzo oryginalni i tak inni od wszystkiego dookoła. W tamtym czasie nie miałem wielu kolegów, których interesowała ciężka muza, więc wiedzę czerpałem z magazynów i gazet. Przeczytałem gdzieś, że Fear Factory to metal robotów. To określenie przypadło mi do gustu i postanowiłem lepiej się im przyjrzeć. Krótko później kupiłem „Demanufacture” i płyta zmiotła mnie z powierzchni ziemi. To do dziś mój ulubiony album FF. Mogę powiedzieć, że się na nim wychowałem. Już jako dzieciak próbowałem nauczyć się tych podziałów rytmicznych. Byłem zafascynowany grą Raymonda Herrery.

Grałeś już z niejedną death metalową kapelą, często udzielasz się także jako muzyk sesyjny, ale prawie za każdym razem jest to bardzo szybkie granie w ekstremalnych tempach. Jak zareagowałbyś na propozycję od kapeli doom metalowej?

Prawdę mówiąc gram w jednej doomowej kapeli, ale nie ma jeszcze nazwy. To mój projekt z Johnnym, z którym grałem wcześniej w Success Will Write Apocalypse Across the Sky. Uwielbiam wyżywać się na zestawie perkusyjnym w wolnych tempach. To zupełnie inne doświadczenie i wyzwanie, niż granie blastbeatów. Pracujemy nad jednym 15-minutowym numerem, ale ze względu na obowiązki w Fear Factory, to musi poczekać.

Mike Heller - Robot

Mike Heller – Robot

Pochodzisz z Brooklynu, z Nowego Jorku. Stamtąd pochodzi wiele kapel hardcore’owych. Interesuje Cię ta scena?

W swoim czasie chodziłem na koncerty Sick Of It All. Zresztą jako nastolatek chodziłem na wszystko, na hardcore, metal, cokolwiek grało w sąsiedztwie. Później zaczęły się wypady za miasto. Być z Brooklynu to fajna sprawa. To miejsce ma długą historię, jeśli chodzi o ważne kapele. Jestem dumny, że pochodzę z Brooklynu, ale teraz gram z zespole z Los Angeles i to także jest zajebiste.

Czy jakieś albumy, które ukazały się w 2012 roku, zapadły Ci w pamięć?

Tu mamy problem, ponieważ od kwietnia słucham prawie wyłącznie Fear Factory (śmiech)! Było kilka innych rzeczy, które przypadły mi do gustu, ale obawiam się, że mogły wyjść w 2011 albo nawet w 2010. Właściwie jest tylko jedna płyta, która z pewnością wyszła w tym roku i która jest kapitalna. To „Away From The World” Dave Matthews Band. Bardzo podoba mi się to nagranie, ale z metalem nie ma nic wspólnego. To raczej rock alternatywny.

Wyobraź sobie, że w przyszłym roku dzwoni do Ciebie kapela Twoich marzeń i zaprasza na trasę. Jaka byłaby to kapela?

Niezłe pytanie. Myślę, że to musiałby być jeden z zespołów, których słuchałem jako nastolatek. Jedni z moich bohaterów. Jeśli zadzwoniłaby Metallika, to byłoby coś. Biorąc pod uwagę fakt, że Lars Ulrich od dawna nie gra na żywo z tą samą intensywnością, co przed laty, ja zagrałbym dokładnie tak, jak można usłyszeć na płytach. Prawdopodobnie fani byliby zadowoleni. Podobnie z Anthrax. Styl Charliego Benante był dla mnie wzorcem w młodości. Z drugiej strony, moim marzeniem byłaby propozycja grania ze słynnym pianistą Chickiem Corea. Uwielbiam jazz i jego styl, więc granie z nim i na przykład z Victorem Wootenem na gitarze basowej, byłoby zupełnie powalające.

Pomimo, że masz dopiero trzydziestkę na karku, grałeś już z całą masą zespołów. Co jest tego powodem, szybko się nudzisz?

Po części na pewno tak. Kocham różnorodność i tego szukam w muzyce. Dlatego właśnie tak ważne jest dla mnie Malignancy. Za każdym razem kiedy gramy koncert, gram odrobinę inaczej, sporo improwizuję, dorzucam nowe elementy, ciągle kombinuję. To za każdym razem jest dla mnie największa przyjemność. Lubię szafować stylistyką i przeobrażać się, jak kameleon. Tak samo uwielbiam death metal i grindcore, jak jazz i fusion. Staram się być dobry we wszystkim i cały czas się rozwijać.

Większość metalowych perkusistów to samouki. Ty ukończyłeś nowojorską Collective School of Music, gdzie wykładowcami są światowej klasy muzycy. Czy znasz kogokolwiek ze sceny metalowej, kto ma podobne wykształcenie?

Jest nas naprawdę niewielu. Jedyny gość, który przychodzi mi na myśl to Alex Cohen, który zastępuje mnie aktualnie w Malignancy. To profesjonalny perkusista z Nowego Jorku, który często pojawia się jako muzyk sesyjny. Gra w Pyrrhon i Imperial Triumphant, ale robi też zupełnie inne rzeczy. Cieszę się, że gra teraz z Malignancy, bo jest świetnym muzykiem.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia Mike’a Hellera: Łukasz Popławski