FALCONER – Wskrzeszenie heavy metalowca

Pochodzący ze Szwecji Falconer nigdy nie stanie się tak popularnym zespołem jak Blind Guardian czy Helloween. Nie tylko ze względu na prosty fakt, że gdy oba zespoły wydawały pierwsze płyty, muzycy Falconer byli jeszcze w podstawówce. Przede wszystkim dlatego, że jest to zespół niezwykle rzadko koncertujący, opierający swój byt przede wszystkim o działalność studyjną. Ta jest za to wyjątkowo bogata. Black Moon Rising, ósmy album Szwedów, uderza żywiołową kanonadą rasowych, power heavy metalowych riffów, które kruszą skały. O życiu zespołu i sprawach codziennych opowiedział gitarzysta i główny kompozytor Falconer, Stefan Weinerhall.

„Black Moon Rising” robi wrażenie najmocniejszego materiału od czasu debiutu w 2001 roku. Co o tym sądzisz?

Myślę, że album posiada taką samą moc i intensywność co pierwsza płyta, ponieważ oba wydawnictwa są skomponowane przede wszystkim z naciskiem na gitary, co daje wrażenie ciężarufalconerband4 i energii. Przez dłuższy czas moim ulubionym albumem Falconer był „Northwind”, ale muszę przyznać, że „Black Moon Rising” go zdetronizował.

Nowa płyta zawiera najszybszy i najbardziej drapieżny materiał w historii zespołu. Skąd bierze się ten ogień?

„Armod”, poprzednia płyta, miała zupełnie inny charakter. Tempa były raczej wolniejsze. Było sporo akustycznych fragmentów. Skoncentrowaliśmy się na elementach folkowych, których wcześniej nigdy nie było w naszej muzyce aż tak dużo. W związku z tym kolejną płytę zdecydowałem się napisać zupełnie inną. Miałem głód szybszego, bardziej bezpośredniego heavy metalowego hałasu. Skupiłem się na komponowaniu riffów, co okazało się wielką frajdą, bo dawno tego nie robiłem z taką intensywnością. Dodatkowo moja rodzina przechodziła przez trudny okres, co odbiło się na kształcie tego, co tworzyłem. Ten czas frustracji i smutku przełożył się na bardziej agresywne i dzikie kompozycje.

Po raz kolejny nagrywaliście z Andym La Rocque. Jak czujesz się w studio?

Samo nagrywanie jest dla nas procesem, który mamy wielokrotnie przerobiony, więc wiemy jak przygotować się do sesji i na czym polega praca w studio. Ja osobiście czas spędzony w studio uważam za najciekawszy z możliwych. Komponowanie i nagrywanie materiału to kluczowe momenty w życiu zespołu i są dla mnie niezwykle ważne i ekscytujące. Cieszę się dodatkowo z faktu, że udało się nam popchnąć czy raczej nakłonić Mathiasa, aby ze swoimi wokalami poszedł krok dalej. Wydawało mu się, że na poprzednich płytach osiągnął już szczyt swoich możliwości, a jednak przebił wszystko tym, co zrobił na „Black Moon Rising”.

Ty i Karsten Larsson założyliście Mithotyn w 1993 roku. Później po rozpadzie kapeli wystartowaliście z Falconer. Łącznie nagraliście jedenaście płyt z oboma zespołami. Wyobrażam sobie, że musicie być dobrymi kumplami i kapitalnie się rozumieć. Opowiedz proszę o Waszej relacji.

Żyjąc w tak małym mieście jak Mjölby naturalnie wszyscy lokalni muzycy znają się bardzo dobrze. Właściwie każdy z każdym grał w jakimś zespole. Z Karstenem znamy się całe życie i trzymamy się razem. Szczególnie dziś, kiedy jesteśmy już bardziej dojrzałymi twórcami i wiemy dokładnie czego chcemy. Odnaleźliśmy swój styl i swoją niszę i chcemy to kontynuować. Mamy podobne ambicje i poglądy na muzykę. Można powiedzieć, że rozumiemy się bez słów. Kiedy około 2000 roku napisałem pierwsze kompozycje dla Falconer i zaprogramowałem ścieżki bębnów, to znajomi powiedzieli mi, że choć to komputerowa perkusja to brzmi, jakby grał na niej Karsten. Myślimy prawie identycznie, łączy nas jakaś niewidoczna więź.

Od początku działalności jesteście wierni barwom Metal Blade. Czy coś zmieniło się w Waszych stosunkach z wytwórnią na przestrzeni tych ośmiu płyt?

Można powiedzieć, że niewiele, ale to bardzo dobrze. Właściwie nie gramy tras, więc też nie wymagamy jakiegoś ogromnego wsparcia czy finansowania. To na czym nam zależy to, aby studio zostało opłacone, a płyta została należycie rozpowszechniona i była dostępna w sprzedaży. Wszystko działa, jak należy i nie mamy prawa narzekać.

Wskrzeszenie heavy metalowca

Wskrzeszenie heavy metalowca

„Black Moon Rising” trafiła do mnie w momencie, gdy oglądałem czwarty sezon „Gry o tron”. Płyta stanowi świetny soundtrack do serialu. Jesteś fanem czy może preferujesz „Wikingów”?

Widziałem tylko fragmenty „Gry o tron”, więc nie mogę powiedzieć, że jestem miłośnikiem, aczkolwiek moja żona uwielbia ten serial. W sumie nie śledzę żadnych serii, bo wolę czas konsumować na inne sposoby. Widziałem za to kilka odcinków „Wikingów” i straszliwie znudziły mnie te piękne, wymuskane i wypielęgnowane twarze, jakby hollywoodzkich aktorów. Jeśli chodzi o wiadomą tematykę to zdecydowanie bardziej lubię filmy islandzkiego reżysera Hrafna Gunnlaugssona. Jego wikińska trylogia „When the Raven Flies” (1984), „In the Shadow of the Raven” (1988) oraz „The White Viking” (1991) to prawdziwa klasyka gatunku. Małe budżety, ale za to surowy i brudny klimat oraz realizm, który znacznie bardziej do mnie przemawia.

Na początku działalności Falconer często w wywiadach powtarzałeś, że Mathias jest wokalistą nie mającym do tej pory nic wspólnego z metalem. Czy po kilkunastu latach Mathias stał się w jakimś stopniu fanem metalu?

Falconer zasadniczo nie gra tras, więc Mathias nie miał zbyt wielu okazji, aby poznać środowisko heavy metalowe. Oczywiście, zagraliśmy kilka koncertów, ale było tego naprawdę niewiele. Od początku działalności może ze dwadzieścia sztuk. Mathias nie słucha metalu, nie ciągnie go to tych dźwięków i to jest moim zdaniem z korzyścią dla zespołu.

Okładkę Waszej debiutanckiej płyty zaprojektował Jan Meininghaus. Współpraca trwa nadal, bo Jan ilustrował wszystkie kolejne albumy. Kim jest ten gość?

Mówiąc zupełnie szczerze, nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że jest kapitalnym grafikiem i tak naprawdę jest to jedyna rzecz, która mnie interesuje. Kontaktuje się z nim tylko kiedy zbliża się premiera nowej płyty. Współpracujemy od lat, więc idzie bardzo sprawnie. Jan dokładnie wie czego potrzebujemy.

Niemcy uchodzą za największy power metalowy kraj. Sprzedajecie tam więcej płyt niż w Szwecji?

Zdecydowanie Niemcy są naszym największym rynkiem. Każda kolejna płyta zrobiła tam podobny wynik sprzedażowy, choć zapewne były wahania o parę tysięcy w zależności od albumu. Na przykład „Armod” nie sprzedał się zbyt dobrze. Częściowo dlatego, że jest na nim sporo kawałków po szwedzku, a całość jest bardziej stonowana. Choć sprzedaż była odrobinę rozczarowująca, to nie żałuję tego ruchu. Po prostu chciałem nagrać ten materiał. Nasze życie nie zależy od wyników sprzedażowych, więc mamy w sobie luz robienia tego, na co przyjdzie nam ochota i co sprawia przyjemność.Falconerplays

Karsten gra jeszcze w King of Asgard, a Jimmy i Magnus także mają swoje mniejsze kapele. Jak Ty spędzasz czas poza Falconer, jak wygląda zwykły dzień Stefana Weinerhalla?

Prawie codziennie gram na gitarze i komponuję nowy materiał. Spędzam dużo czasu w domu, szczególnie w zimnych okresach w roku. Mam rodzinę, żonę, dzieci i dom z ogrodem, którego pielęgnacja wymaga sporo energii i czasu. Z dzieciakami bawimy się grami komputerowymi. W tygodniu jestem w pracy do szesnastej, a po powrocie do domu toczy się zwykłe codzienne życie.

Czy jesteście w stanie przebić „Black Moon Rising”? To będzie trudne zadanie. Może lepiej odpuścić kiedy jest się na topie?

Sam nie wiem. Po wypuszczeniu „Armod” przechodziłem przez ciężki okres. Właściwie wszystkiego mi się odechciało i byłem skłonny rzucić to w cholerę. Przetrwałem jednak i „Black Moon Rising” jest dla mnie jak ponowne narodziny, jak zmartwychwstanie. Muzyka daje możliwość oderwania się choćby na chwilę od codziennych problemów i świata. Będę grał z Falconer tak długo, jak będzie mi to potrzebne. Wraz z nową płytą wpadłem na nowe pomysły i pojawiły się świeże inspiracje, więc jestem pełen entuzjazmu. Nie mogę jednak zagwarantować, że będziemy grać przez kolejne dziesięć lat.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu