ETERNAL DEFORMITY – pakt z diabłem zostawiamy innym

Żorski (a częściowo i londyński…) Eternal Deformity nie ma łatwego życia, bo i sztukę obrał sobie wymagającą i w pewnym sensie kontrowersyjną. Tym bardziej warto zwrócić na zespół uwagę, bo w temacie symfonicznego czy też progresywnego metalu poczyna sobie całkiem nieźle, a piąta płyta „The Beauty of Chaos” ujmy im bynajmniej nie przynosi. Może podchodzę do tematu nieco z dystansem, bo, jak już gdzieś napisałem, stylistyka to zdradliwa i łatwo w niej o autoparodię, jednak staram się realnie patrzeć na sytuację zespołu. Nowa płyta w ręku, trzęsienia ziemi nie ma, jednak muzycy są zdeterminowani i walczą nadal, z czego mniemam, że jeszcze nie raz o nich usłyszymy. Dzisiaj z powodzeniem polecam płytę poszukiwaczom nieco trudniejszych dźwięków, choć także i zwykłym zjadaczom metalu, bo nośnych i agresywnych riffów na płycie jest cała masa. Może zespół nie dotarł jeszcze do miejsca, gdzie można go nazwać oryginalnym, jednak profesjonalizmu i hartu ducha odmówić im nie można.

Czym można wytłumaczyć Waszą zawziętość – mimo braku wymiernych (dużych) sukcesów, ciągle działacie, nagrywacie płyty i próbujecie zaistnieć w szerokiej świadomości. Oczywiście, można odpowiedzieć, że to miłość do muzyki itp., jednak może coś mniej trywialnego?

Aro – Nie wiem, czy miłość do muzyki można uznać za coś trywialnego? Nasza zawziętość, jak to określiłeś, zapewne wynika z naszych charakterów, ponieważ Eternal Deformity to pięciu zupełnie różnych ludzi o odmiennych poglądach na życie, sprawy zawodowe czy rodzinne, których jednak łączy właśnie wspomniana przez Ciebie miłość do muzyki, pasja i przedeED wszystkim satysfakcja z tworzenia.

Muzyka ED dość mocno ewoluowała i obecnie znajduje się w punkcie, z którego bardzo łatwo zupełnie wypaść z działeczki z napisem „metal”. Myślicie, że oderwanie się od środowiska, które – powiedzmy to uczciwie – nieco stygmatyzuje muzykę/zespoły, jest Waszym celem, czy też zawsze będziecie się z tym środowiskiem utożsamiać?

Aro –Wiesz, komponując i aranżując poszczególne utwory, nie bardzo zastanawiamy się nad tym, czy jest to metal czy już przekroczyliśmy ramy tego jakże bogatego nurtu muzyki rockowej. Dany utwór musi mieć w sobie przede wszystkim ten pierwiastek, który będzie miło łechtać nas wszystkich, jeśli tylko udaje nam się tego dokonać i czujemy, że ma to coś, wówczas gotowy jest do prezentacji publicznej. Nie będę jednak ukrywał, że korzenie metalowe są w nas bardzo głęboko zapuszczone i trudno by w naszej muzyce nie było tego słychać. Kochamy szeroko rozumianą muzykę metalową i nie zamierzamy się od niej odcinać. Środowisko fanów metalowej muzy również nam odpowiada i dobrze się z nimi czujemy. Oczywiście, lubimy eksperymentować i staramy się to czynić, jesteśmy muzycznymi poszukiwaczami.

Na krótki moment zatrzymajmy się w przeszłości – czy są jakieś wydarzenia, fakty, które chcielibyście najlepiej wymazać, jeśli chodzi o zespołową prehistorię?

Aro – Osobiście chyba największą dla mnie traumą była kradzież wzmacniacza po koncerciku w jednym z Jastrzębskich pubów, a także zerwanie struny na jednej z pierwszych edycji Brutal Assault festiwal – był to bodajże 1998r bądź 1999r, mieliśmy wówczas pół godziny na zaprezentowanie się, niestety, podczas wykonywania trzeciego utworu zerwała mi się jedna ze strun i zmuszeni byliśmy zakończyć swój występ. Byłem wówczas bardzo młody i niestety na stanie miałem tylko jedną gitarę, zresztą nie najlepszej jakości. Oba te doświadczenia patrząc z perspektywy czasu były dla mnie ważne. Niepowodzenia na Brutal Assault odbiliśmy sobie grając ponownie na tym festiwalu w 2009r., wówczas wszystko przebiegło bez żadnych technicznych zakłóceń.

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie wczesne wydawnictwa – sentyment czy raczej obrzydzenie?

Aro – Każde nagranie to wiele wyrzeczeń i ważny etap w rozwoju zespołu, trudno więc nie mieć do nich sentymentu. Oczywiście, są albumy czy materiały demo, promo, które słuchamy z mniejszą czy większą frajdą, dziś zapewne wiele dźwięków zagralibyśmy/ skomponowalibyśmy i zaaranżowali zupełnie inaczej, jesteśmy bowiem bogatsi w doświadczenia. Czasu, niestety a może stety, nie da się cofnąć, odcisnął on swe piętno  na każdym z poszczególnych wydawnictw i niechaj tak pozostanie. To też swoisty urok tych taśm i płyt.

Napisałem w recenzji, że Wasze granie znajduje się bardzo blisko rocka progresywnego. Wydaje mi się też, że w dzisiejszych czasach zdecydowanie bardziej wskazane jest mówienie o progresji niż np. metalu symfonicznym. Czujecie różnice, czy raczej nie zawracacie sobie tym głowy?

Aro – Tworzymy i gramy swoje, nie zastanawiamy się nad tym, jak zostaniemy zaklasyfikowani i do jakiej szufladki zostaniemy wsadzeni. Eternal Deformity gra szeroko rozumianą muzykę metalową dla ludzi o otwartych umysłach.

Eternal Deformity

Eternal Deformity

Muzyka jaką uprawiacie z założenia stawia na jakiś konkretny przekaz słowny – czy możecie opisać, o czym traktuje nowy krążek – czy to jakiś koncept, czy po prostu zbiór tekstów?

Kofi – Jest to raczej zbiór tekstów. Głównym ich tematem jest moja osobista niechęć do instytucji kościoła i nie mam tutaj na myśli tylko naszego ukochanego kościoła katolickiego. Ogólnie uważam, że wiara w jakieś niestworzone rzeczy sama w sobie nie ma sensu. Człowiek nie potrzebuje wcale dziwnych przypowieści żeby umieć odróżnić dobro od zła, nie potrzebuje też by panowie w sutannach, którzy znają rzeczy czysto teoretycznie, mówili mu jak ma żyć. W niektórych tekstach nawiązałem również do tytułowego chaosu żeby nie było, że nic się tam z tytułem płyty nie wiąże. W tekście utworu „The Sun” poruszyłem też tematykę teorii spiskowych. Zachęcam do poczytania…

Dzisiejsze, szybkie czasy nie sprzyjają muzyce, która jest wymagająca i trzeba jej troszkę czasu poświęcić – uważacie, że można wypracować formułę, która łączy wyrafinowanie z prostotą przekazu? Czy stało się to Waszym udziałem?

Aro – To fakt, mamy dziś szybkie czasy, muzyka powinna być więc odskocznią od szarości życia i ciągłej pogoni za pieniędzmi. Powinna wciągać nas w swój magiczny świat. Twórczość Eternal Deformity z pewnością nie należy do łatwych i wymaga od odbiorcy skupienia, trzeba więc wygospodarować troszkę czasu aby na spokojnieobcować z dźwiękami przez nas generowanymi – uważam, że warto.

Jak wyglądał podział obowiązków podczas tworzenia nowej płyty – czy to dzieło w 100% zespołowe, czy też są u Was osoby odpowiedzialne za komponowanie?

Aro – Szkielety czy też szkice utworów staram się komponować w domowym zaciszu, następnie prezentuję je chłopakom na próbach, tam poddawane są wielu modyfikacjom i kombinacjom. Kiedy już wszyscy jesteśmy zadowoleni z końcowego efektu, utwór zostaje zatwierdzony. Następnie nagrywamy go naszemu wokaliście i basiście Kofiemu, który na stałe mieszka w Anglii, komponuje on wówczas swoje linie melodyczne i okrasza dany utwór tekstem, głosem oraz basowym ciężarem.

Za powyższym pytaniem idzie kolejne – o zespołową demokrację. Zauważyłem, choć nie chciałbym z tego robić teorii, że jednak lepiej działają te zespoły, gdzie jest jakaś dominująca osoba, która wszystkich trzyma za przysłowiową mordę. Myślicie, że taki „zamordyzm”, nam Polakom jest potrzebny, a może sami zadajecie kłam takiemu stwierdzeniu?

Aro -W Eternal Deformity panuje pełna demokracja, więc chyba jesteśmy zaprzeczeniem takiej tezy.

 pakt z diabłem zostawiamy innym

pakt z diabłem zostawiamy innym

Pisząc recenzję, postawiłem we wstępie za wzór muzyki symfo – metalowej trzy płyty – Arcturus, Thy Disease i Lux Occulta. Jeśli Wy mielibyście stworzyć swoją „trójcę świętą”, do której się modlicie, jak wyglądałby taki zestaw?

Aro – Gdybyśmy mieli wymieniać wszystkie zespoły, które cenimy, powstałby nowy „żywot świętych”, każdy z nas ma bowiem swoje ulubione grupy, nie chcę więc wypowiadać się w tym miejscu za wszystkich członków zespołu. Osobiście trudno byłoby mi wybrać tzw. Świętą Trójcę, tym samym wybacz proszę, ale pozostawię to pytanie bez konkretnej odpowiedzi.

Jest dobra płyta, kontrakt, chęci, zespołowy flow… Co dalej, chciałoby się rzec, bo po wydaniu płyty jakoś nie usłyszałem trzęsienia ziemi. Nie obraźcie się, ale nasuwa mi się pytanie – czy nie macie wrażenia, że pewne zespoły, nawet gdyby zawarły pakt z diabłem, nie mogą się wybić a inne, choćby nie wiem jak mierne, są „na świeczniku”. Z czego to może wynikać? Z czego wynika Wasza pozycja?

Smyku – Nie ma jednej, dobrej odpowiedzi na to pytanie, tak samo jak nie ma jednej recepty na sukces. Nagrywamy dobre płyty, robimy muzę, która jest krzykiem naszych dusz – tak to kiedyś nazwaliśmy i z każdym  utworem jest to coraz bardziej aktualne, staramy się być uczciwi wobec siebie i tych, do których te dźwięki docierają. Być może jest tak, że grono tych osób jest dość ograniczone i nasza propozycja nie jest w stanie przebić się do większej ilości odbiorców, bo wymaga odrobiny refleksji i zastanowienia?? Nie potrafię tego zdiagnozować, ale tak na prawdę nie jest to rzecz, która zaprząta nam głowę. Bardziej skupiamy się na tworzeniu nowych dźwięków i kreowaniu nowych pomysłów, naszych pomysłów, a nie powtarzaniu cudzych patentów. Pakt z diabłem zostawiamy innym; my wierzymy w swoje emocje palce, stopy i struny głosowe…

Dostałem ostatnio folder reklamowy zespołu, powiedzmy „X”, gdzie stało napisane: „jesteśmy gotowi na wszystko, na festiwalowe koncerty, karierę zagraniczną, kontrakty itp.” W kontekście możliwości tego zespołu takie szumne zapewnienia wypadają cokolwiek komicznie. Jakie Wy stawiacie przed sobą wyzwania, jako zespół bądź co bądź, w moim mniemaniu bardzo świadomy swojej pozycji na rynku?

Smyku – Oczywiście, że zawsze znajdą się osoby i zespoły, które zrobią wszystko dla chwili bycia na topie – cokolwiek to nie oznacza – lub poczucia, że właśnie tam są. I każdy z nas w EDskrytości duszy wierzy, że coś takiego może się stać. Ale jest druga strona tego medalu. My nie stawiamy wszystkiego na jedną kartę – kiedyś dokonaliśmy wyboru, że granie ma być realizacją pasji i nieskrępowanym aktem tworzenia, a nie kalkulacją, co jest w chwili obecnej na topie, co się sprzeda… Każdy z nas ma swoje pozamuzyczne życie, inne sprawy, też ważne, też potrzebne, aby tworzyć naszą muzykę. To jest ściśle ze sobą związane. Ale, ale… jeżeli czyta ten wywiad jakiś BARDZO WAŻNY PREZES KONCERNU MUZYCZNEGO to informuję, że my oczywiście jak najbardziej „jesteśmy gotowi na wszystko, na festiwalowe koncerty, karierę zagraniczną, kontrakty itp.”

Zdradźcie na koniec swoje plany na przyszłość i to, w jaki sposób zamierzacie promować płytę. W kraju i jeśli to możliwe – poza nim…

SmykuNiezależnie od tego, jakie są możliwości techniczne i dostępność do muzyki to wiadomo, że najlepszą formą promocji są koncerty a problem polega na tym, że  Kofi mieszka w Londynie i nie jest w stanie w każdej chwili przyjechać na koncert. Poza tym nie chcemy grac wszędzie i za każdą cenę (jak wiemy, czasami nawet jest problem ze zwrotem kosztów za podróż). Takie są realia i nie ma się co na nie obrażać… Zawsze zagramy tam, gdzie otrzymamy poważną propozycję. A co do planów na przyszłość – pracujemy nad nowym materiałem i wszystko wskazuje na to, że jeszcze  nie wszystkie dźwięki grające nam w duszy zostały zagrane… Więc będziemy grać je nadal… W planach mamy także nagranie teledysku do jednego z utworów z ostatniej płyty a co z tych planów wyniknie czas pokaże.

Rozmawiał Arek Lerch