ENTOMBED A.D. – pozbyliśmy się balastu

Siedem lat. Tyle upłynęło od premiery „Serpent Saints”. Przez ten czas nie działo się zbyt wesoło. Entombed powoli gasł, informacji było jak na lekarstwo, trochę koncertów i tyle. A potem, kiedy już pojawiły się pogłoski o nowej płycie, wybuchła afera pt. „odejście Alexa Hellida”, jednego z założycieli ekipy. Dla wielu ludzi to był koniec, na jaw zaczęły wychodzić historie z prawnymi przepychankami, termin wydania płyty rozpoczął wędrówkę po kolejnych miesiącach w kalendarzu. W zasadzie przyznam się – nie czekałem zbyt niecierpliwie na „Back To The Front”. Inna sprawa, że gdzieś po wydaniu „Inferno” oddaliłem się od tego zespołu. W sumie, dzisiaj, kiedy wreszcie jest nowa płyta, muszę stwierdzić, że choć nie będzie to mój ulubiony krążek ekipy L-G Petrova, cieszę się, że wyszli na prostą. Jasne – z klasycznego składu został w zasadzie jedynie żulerski wokalista, jednak zasyfiony sound nadal rządzi i dzisiaj Entombed A.D. bliżej wczesno death’n’rollowych płyt niż późniejszego, nie zawsze oczywistego oblicza. Jak wygląda odnowiony (osierocony?) skład na żywca, przekonamy się podczas zbliżających się krajowych koncertów zespołu, a teraz w ramach mini – promocji zapraszam na pogawędkę z gitarzystą – Nico Elgstrandem.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Ile to lat minęło?

Nico: Za dużo (śmiech…). To był dla nas bardzo trudny czas, szczególnie ostatni rok. Tym bardziej jestem szczęśliwy, że płyta wreszcie się ukazała i możemy z nią coś zrobić. Zazwyczaj ScreenHunter_932 Aug. 28 12.51jest tak, że zespół po wydaniu płyty zaczyna narzekać – zmienilibyśmy to czy tamto. W naszym przypadku jesteśmy szczęśliwi, że się udało i nie widzimy niczego, co można by poprawić.

Tytuł nowej płyty też jest w dużej mierze symboliczny, dla mnie brzmi jak jakaś deklaracja…

Tak, można tak powiedzieć. W tekstach pojawiło się trochę militarnych metafor, poza tym – faktycznie wracamy po wielu latach, po walce… Tytuł odnosi się do tego, co działo się w zespole, w pewnym sensie wszyscy przyczyniliśmy się do takiego zwrotu. Mieliśmy trochę szarpaniny, żeby wreszcie wrócić na plac boju. Poza tym – taki tytuł dobrze brzmi.

No właśnie, pytanie, które chyba już wywołuje u Was skurcze, brzmi – co do cholery się wydarzyło w waszym obozie, że skończyło się takim a nie innym cyrkiem?

Nie dziwię się, bo każdy chciałby dokładnie wiedzieć, co się dzieje, tym bardziej, że sami mówiliśmy o tej płycie już dawno temu. Wszystko związane było z wewnętrznym zamieszaniem w naszych szeregach, które doprowadziło do nieprzewidzianych komplikacji. Efekt, jaki był, każdy wie, w zespole nie ma już Alexa. Materiał został nagrany, spędziliśmy nad nim dużo czasu, i kiedy myśleliśmy, że już finiszujemy, Alex zaczął stawiać problemy, że jeszcze nie jest to dobre, żebyśmy zaczekali. Jeśli mam być szczery – nie wiem do końca, o co mu chodziło. Może miał dość tras i koncertów, może mu się znudziło a nie chciał tego powiedzieć? Dość, że kiedy mimo wszystko postanowiliśmy wydać materiał, nagle pojawili się prawnicy, którzy w imieniu Alexa stwierdzili, że to on ma prawa do nazwy, co blokowało naszą dalszą działalność. To było niemiłe zderzenie z rzeczywistością. Obawiając się kłopotów i żmudnego procesu, tym bardziej, że i tak mieliśmy opóźnienia, postanowiliśmy znaleźć wytrych w postaci zmiany a raczej rozszerzenia nazwy, bo tylko w ten sposób mogliśmy wydać płytę i koncertować. Póki co nazwa „entombed” jest zawieszona (a w zasadzie należy do kilku osób…) i czeka na wyjaśnienia, nie sądzę jednak by wszystko zostało rozładowane w najbliższym czasie.Ento1

Myślisz, że można stwierdzić, że ta płyta to dla zespołu nowy początek?

Tak, dobrze to określiłeś, z punktu widzenia działalności, bo głównie o te aspekty chodzi, to jest nowy start. Nowe siły i nowa nadzieja. Jesteśmy naładowani energią, w zespole jest zupełnie inny, lepszy klimat. Wszyscy mamy jeden cel, lubimy się i atmosfera jest sprzyjająca pracy. Po tym co działo się wcześniej, teraz mamy sielankę.

Czy ta sielanka spowodowała, że nagraliście taki surowy, bezpośredni materiał i wróciliście tym samym do dość zamierzchłej przeszłości?

Nie wiem czy chodzi o sielankę, czy wkurwienie, które przez jakiś czas nas nie opuszczało. Fakt, chcieliśmy mieć na koncie album, który mimo zmiany nazwy, będzie pokazywał prawdziwe oblicze Entombed. Nawet w stosunku do „Serpent Saints”, który był też dość klasyczny. Tym razem chcieliśmy mieć prosty, szorstki materiał, który wszystkimi cechami nawiązywał będzie do najlepszych momentów zespołu. Ale muszę Ci powiedzieć, że przede wszystkim zależało nam na szczerości. Bez szukania nie wiadomo czego. Byliśmy zmęczeni długim milczeniem zespołu, batalią, która o mały włos nas nie wykończyła i mieliśmy ochotę zwyczajnie przypieprzć. To co słychać na „Back…” to 100% Entombed A.D. i niech Was nie zwodzi inne logo czy nazwa.

Nie boicie się, że przez te zmiany – chodzi o odejście kolejnego, „klasycznego” członka zespołu – ludzie będą Was postrzegać jako… hmmm… Entombed z probówki?

Prawda jest taka, że o ile dobrze pamiętam, już „Same Difference” było uważane za zdradę, „Uprising” za krążek niemetalowy itd. Zawsze ktoś będzie zadowolony a inny nie. Dlaczego mielibyśmy przestać grać? Rozumiem, że ktoś może uważać, że powinniśmy zwyczajnie zmienić nazwę, ale… to skomplikowane. Wypracowaliśmy pewną markę, włożyliśmy w twór o nazwie Entombed mnóstwo pracy i chociażby z szacunku chcieliśmy go zachować. Jasne, nie ma co ukrywać, że jest to pewne obejście cholernego, prawniczego gówna i dla wielu owo „A.D.” będzie powodem do kręcenia nosem. Ale jeśli ktoś woli postrzegać nas przez pryzmat kłopotów z nazwą niż muzyki, to… niech przestanie nas słuchać.

ENTOMBED A.D. Back To The Front  Wydawać by się mogło, że tak wyluzowani muzykanci jak opisywane tu obszczymury za nic mają sobie konwenanse i prawne zawijasy. Wystarczy wódeczka i jest rock’n’roll. Tymczasem okazało się, że i na nich przyszła pora. Niespodziewane odejście z zespołu jednego (przedostatniego…) z założycieli, Alexa Hellida, unaoczniło wszystkim konflikt, który oparł się był o paragrafy prawne. W efekcie słówko „entombed” w równej mierze należy do czterech,  głównych partycypantów, skutek jest zaś taki, że nikt bez zgody pozostałej trójki użyć jej nie może. Dlatego też na „Back To The Front” mamy malutki dopisek „AD”, który ma jednak niebagatelne znaczenie – tylko dzięki takiemu wytrychowi możemy słuchać dzisiaj nowej płyty… właśnie, kogo? Bo w to, że za jakiś czas na rynku pojawi się kolejny, „entombedowy” klon (np. z dopiskiem „&co”) nie wątpię. Palma pierwszeństwa należy się – na razie przynajmniej – ekipie Petrova i na tym się skupiamy. Nie ukrywam też, że cały ten syf nadwyrężył moje względem zespołu mniemanie i dość ostrożnie do „Back…” podszedłem. Siedem lat to kupa czasu, po drodze sporo się działo a firmowy patent ekipy Petrova dzielnie rozwijały załogi z pogranicza hc i metalu z Trap Them na czele. Trudno zatem dzisiaj traktować powrót Entombed A.D. w rejony death’n’rolla z jakąś szczególną emfazą. Czasy „Uprising” raczej nie wrócą i choć „Back To The Front” ma sporo atutów, jednak słucha mi się tego krążka ciężko. Główna zaleta to brzmienie. Nadal nikt nie potrafi oddać wspaniałości zasyfionego, gitarowego przyboju jak Szwedzi i w takiej Okładka Entokategorii nowa płyta wygrywa na całej linii. Wystarczy postawić ją obok opisywanej na naszych łamach niedawno Blissfucker by wszystko stało się jasne. Mamy na „Back…” także kilka niezłych petard, jak chociażby „Vulture and Traitor” czy „Bedlam Attack”, które pokazują, kto jest ojcem death’n’rollowej rewolucji, są świetne, duszące zwolnienia i rozpoznawalny od pierwszych dźwięków ryk Petrova. Pomijając kilka zamulonych i nie do końca łapiących za jaja fragmentów (ten heavy metalowy patos w „Soldier of no Fortune” mogli sobie z powodzeniem darować), można uznać krążek za udany. Dużo bardziej niż zbyt deathmetalowy z dzisiejszej perspektywy „Serpent Saints”. Czego zatem tak stękam? Ano, największym problemem płyty jest to, że choć sama w sobie może i jest niezła, to w zderzeniu z tym, co dzieje się na scenie około i metalowej dzisiaj, zdaje się być tylko i wyłącznie odbitym blaskiem dawnej świetności. W każdym razie czasy, kiedy w okolicach „Uprising” dostawałem – że tak subiektywnie pojadę – amoku, nie powrócą nigdy już. Co nie zmienia faktu, że „Back To The Front” jest solidnym, a miejscami nawet błyskotliwym powrotem jednego z ważniejszych dla metalowej sceny zespołów.

Nie obawiasz się, że za czas jakiś może pojawić się kolejna płyta z logo Entombed + jakiś dodatek?

I co mam na to poradzić? Rozpłakać się? Nie wiem, jak to będzie wyglądać, ale dzisiaj promujemy naszą płytę, która jest w 100% krążkiem mającym w sobie tego, klasycznego, zapyziałego ducha starego Entombed i to jest najważniejsze. Później będziemy się martwić o takie gówno…

Mówisz o starym Entombed i faktycznie, słychać tu klasyczne echa chociażby „Wolverine Blues”…

Faktycznie, jest coś z tej płyty, owo nieokrzesanie i pierwotna siła, chociaż nie ma sensu porównywać tych materiałów, bo każdy miał swój czas…

Masz swoją ulubioną płytę Entombed?

Niech pomyślę, wiesz, od kilku dobrych lat jestem w tym zespole, a to zmienia perspektywę. Jeśli jednak miałbym wymienić jakiś album, który utkwił mi w głowie na dłużej i zrobił jakieś zamieszanie, będzie to „Clandestine”, no i oczywiście najnowszy album.

Dla mnie na zawsze pozostaną „Uprising” i „Same Difference”.

Ten drugi wybór może zaskoczyć… Wiem, że wielu ludzi „Same Difference” nie trawi i uważa, jak już mówiłem, za zdradę. Jesteśmy w sumie strasznymi zdrajcami – zdradziliśmy już death metal, potem odeszliśmy od death’n’rolla, cholera wie, kogo jeszcze zdradzimy (śmiech…).

bez balastu...

bez balastu…

Może tak, ale to doskonała porcja materiału, które nie jest nawet w 10% metalowy, tylko raczej noise-hardcore’owy. Zmieniając temat – Entombed uważani są za ojców death’n’rolla. Lubisz ten termin, myślisz, że ma sens?

Nie mam z nim żadnego problemu. Wiesz, dziennikarze lubią szufladkować, ludzie lubią wiedzieć czego słuchają, może my też musimy wiedzieć, co gramy (śmiech). To dobra nazwa, bo mikstura rocka i death metalu zawsze się sprawdza. Chociaż każda nasza płyta była trochę inna. Zobacz – „Serpent Saints” to moim zdaniem bardziej death metalowy krążek, bliższy korzeniom tej muzyki, ale na „Back…” znowu na wierzch wychodzi ten rock’n’rollowy syf, surowe, rockowe pieprzniecie, skrzyżowane z czysto death metalowym mrokiem. Więc nazwa pasuje.

Dla mnie – nawet jeśli nie wszystkie kawałki mi pasują – najważniejszym elementem tej płyty jest niesamowite, organiczne i zgruzowane brzmienie, które pasuje do Was niemal idealnie – jak udało się stworzyć takiego potwora?

Dzięki. Nie podobają Ci się wszystkie kawałki? Ok, masz prawo (śmiech). Co od brzmienia – przede wszystkim naturalizm. Zero kombinacji, tylko czysty dźwięk wzmacniaczy, akustyczne bębny, mnóstwo energii i sprawny, kumaty realizator, czyli w przypadku tej płyty – Roberto Laghi. Świetny facet, dobry kompan i gość, który potrafi słuchać, nie przerywa, choć dokładnie kontroluje to co się dzieje. Miksami zajął się Michael Ilbert. Wdaje mi się, że ta produkcja to było dobre posunięcie. Wiesz, kiedy masz zbyt wygładzone brzmienie, zaczynasz automatycznie gubić agresję, a to w naszym przypadku byłoby niewybaczalne.

Entombed zdarzały się niezłe okładki i podobnie jest tym razem – obrazek fajnie koresponduje z muzyką, choć trzeba przyznać, że w wersji kompaktowej trochę giną szczegóły, lepiej będzie, mam nadzieję, przy okazji winyla. Nie ukrywam, że cieszę się, iż ponownie na płycie zagranicznego wykonawcy pojawia się malunek mojego rodaka, Zbyszka Bielaka. Jak się spotkaliście?

Ento2Nie pamiętam, jak nawiązany został kontakt, może to Cię rozczaruje, ale do Zbyszka dotarł nasz management i potem przedstawił nam jego prace. Bardzo dobre, więc nie było się co zastanawiać. Ta kojarzy mi się z ginącym, gnijącym światem, w którym wszystko się ze sobą wymieszało. Okładki są ważne, choć nie ukrywam, że na tę chwilę właśnie „Serpent Saints” i „Back to the Front” są moimi ulubionymi. I wcale nie dlatego, że brałem udział w ich nagraniu (śmiech).

W związku z zamieszaniem, mieliśmy do czynienia z dość śmieszną sytuacją – otóż, przez pewien czas w necie funkcjonowały dwie wersje okładki “Back To The Front” – ze starym logo i z nowym. Znalazłem nawet recenzję płyty, z wykorzystaniem tej starszej wersji…

W sumie się tym nie przejmujemy. Jasne, że jest to słabe, ale nie chcemy się z tym użerać, mamy to gdzieś. W związku z zamieszaniem troszkę wymknęło się to spod kontroli, ale chyba teraz nie ma już z tym problemu. Jeśli wpiszesz w google tytuł płyty – wyskoczą tylko dobre okładki, poza tym, płyta z właściwym logo jest już w sklepach, więc już po wszystkim.

Jako się rzekło – jest płyta, sprawy związane z nazwą i całym tym prawniczym syfem też za wami – jak oceniasz to wszystko dzisiaj i jak widzisz przyszłość zespołu?

Może od końca – na pewno nie zamierzamy przez siedem lat czekać i pieprzyć się z kolejną płytą. Myślę, że pojawimy się ponownie szybciej niż myślicie, choć kto wie, co się wydarzy (śmiech). Co do oceny – pozbyliśmy się balastu, który od jakiegoś czasu ciągnął nas w dół. Może wreszcie będzie spokój. Teraz skupiamy się na koncertach, bo to jest dla nas najważniejsze…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu