ENCOFFINATION – rytuały śmierci

Co nowego u starych znajomych? Nowa płyta, kult śmierci i praca w biznesie pogrzebowym. Czy ten ostatni wpływa na muzykę, czy też może jest wynikiem filozofii życiowej gitarzysty i wokalisty skrywającego się za ksywą Ghoat nie śmiem wyrokować. Posiłkując się jednak dźwiękami płynącymi z „O’Hell Shine in Thy Whited Sepulchres”, mogę spekulować, że życie panów z Encoffination autentycznie upływa na smakowaniu śmierci i rozkminianiu, jak się z nią bezboleśnie zakumplować. O tym wszystkim opowiadają nam w swoich funeralnych pieśniach, będących, jak zwykle, mariażem doom’owej, posępnej atmosfery, osiąganej za sprawą rytmów wolnych jak samo umieranie z death metalowym riffem i duszną, zatęchłą atmosferą. Jak zwykle bez krzty optymizmu, jak zwykle z pogardą dla nowoczesności i jak zwykle śmiertelnie (sic!) poważnie…

To już drugi wywiad do Violence  Magazine, powiedzcie zatem, co zmieniło się w Waszej muzyce, w stosunku do pierwszego albumu?

Na początek – wielkie dzięki za nieustające wsparcie, to dla nas bardzo ważne. Nowy album to przede wszystkim większa głębia i lepiej podkreślona atmosfera. Muzyka jest ciemniejsza, mroczna i bardziej złożona, w stosunku do tego, co stworzyliśmy wcześniej. Zarówno muzycznie jak i estetycznie. Tym razem udało się nam lepiej dopracować utwory, doszlifować ich konstrukcje a także bardziej skupić się na przygotowaniu i dopasowaniu tekstów. Jednym słowem – wszystko jest bardziej dopracowane i stanowi zwartą całość.

Encoffination to nadal duet. Uważacie, że to najlepszy skład zespołu, czy nie udaje się nikogo dopasować do waszej dwójki? A może to ukłon w stronę Darkthrone?

To jedyny skład Enco, jaki kiedykolwiek będzie istniał. To nasz sposób działania i na pewno nie jest to żaden ukłon w stronę Darkthrone. To tylko takie podobieństwo, zresztą zespołów dwuosobowych jest sporo, teraz jest nawet lekki snobizm na takie składy. Jeśli już miałbym się do kogoś porównać, to stawiałbym, że jesteśmy takim death metalowym Inquisition…

Encoffination gra ekstremalnie podziemną, pozbawioną jakichkolwiek komercyjnych cech death/doom metalową rzeźnię. Liczy się tylko własna satysfakcja,  czy mimo wszystko odbiór waszej muzyki też ma znaczenie?

rytuały śmierci
rytuały śmierci

Tak, piszę muzykę tylko dla siebie. Najważniejsze dla mnie jest to, że sam jestem fanem tego, co stworzę i nie obchodzi mnie, co inni ludzie o tym powiedzą. Chyba każdy artysta powinien tworzyć coś, co go wartościuje. Nie wyobrażam sobie pisania muzyki na zasadzie „czy to się spodoba”. Kierujemy naszą twórczość do wybranej grupy ludzi, którzy są wystarczająco inteligentni, by zrozumieć, co tworzymy i to mi jak najbardziej odpowiada.

Nowy album to przede wszystkim niesamowicie tłuste, naturalnie brudne brzmienie, które wymaga dobrego sprzętu, bo tylko taki może oddać jego istotę. Co trzeba robić, by muzyka tak brzmiała?

Niskie strojenie, wooolne rytmy i stary, zdezelowany sprzęt. A poważnie to chodzi po prostu o jak największy naturalizm i najprostsze środki. Żadnych, nowoczesnych i cyfrowych form zapisu. Analogowy sprzęt, minimalna korekta dźwięku. Liczy się to, co złapie mikrofon. Nagraliśmy autentycznie głośne dźwięki nasycone charakterystycznym brzmieniem naszych instrumentów. To ciepłe brzmienia, choć może takie określenie do nas nie pasuje. My pozwalamy naszym instrumentom pracować razem, tak by tworzyły jedność. To właśnie jest „naturalne brzmienie”… Zupełnie inaczej niż w sytuacji, kiedy instrumenty „walczą” ze sobą, by być w miksie słyszalne, co w pewnym sensie jest lekkim oszustwem.

Wasza  muzyka rozciąga się między death metalową ciemnością (np. „Crypt of this Command Devourment”) i doom metalową otchłanią (np. “Annunciation of the Viscera” czy “Washed and Buried”). Jak myślisz – czy na nowej płycie udało się Wam uzyskać idealną równowagę, czy nadal poszukujecie i płyta jest tylko kolejnym etapem poszukiwań?

Nie. To jest nasze idealne brzmienie i pełna symbioza pomiędzy głębią, hałasem i mrokiem. Równowaga. Co do określenia naszego miejsca na zmieni, cóż, jesteśmy po prostu  death metalowym zespołem, który gra bardzo wolno. Jak śmierć. Śmierć też jest powolna. Jest w niej ból i cierpienie. To jest właśnie nasze brzmienie…

W recenzji napisałem, że „O’Hell…” powinna być słuchana z normalnej płyty a nie mp3, bo tylko wtedy można poczuć prawdziwą moc Waszej muzyki. Zgadzasz się z tym? Co sądzisz o sprzedaży muzyki online?

Całkowicie się zgadzam. Ten album musi być grany bardzo głośno z dużą ilością „dołu”. Słuchanie go z gównianej jakości mp3 czy na jeszcze bardziej gównianych głośniczkach laptopa jest kompletną głupotą. W zasadzie nawet kompakt nie jest w stanie przenieść ciężaru tej muzyki. Tylko analog daje odpowiednią moc, bo to przecież fizyczny sposób zapisu dźwięku. To jest ideał. Sprzedaż płyt w necie – współczesność, której nie unikniesz a która wcale mnie nie cieszy…

„O’Hell…” to znowu świetny obraz, prawdziwe dzieło sztuki – opowiedz coś o nim i kulisach jego powstania?

Nie wiem za dużo o tym artyście, poza tym, co widzę na obrazach – oprócz  naszej okładki znam jeszcze kilka innych prac. Zdecydowaliśmy się na ten właśnie obraz, bo nic tak szybko do mnie nie przemówiło i nie wzbudziło takich emocji. Tu jest przedstawiona prawdziwa wizja śmierci. Śmierć moralna, śmierć wszystkich świętości, z którymi mamy do czynienia. Ten obraz idealnie reprezentuje naszą muzykę i podejście do śmierci. Zespolenie idealne, dzięki czemu nasza płyta jest dziełem kompletnym…

Zdradź, jak wyglądają teksty jakie napisałeś na płytę – czy ich treść odbiła się na muzyce, czy jest odwrotnie, pisałeś je mają w głowie dźwięki jakie skomponowaliście?

Pracowaliśmy nad tekstami równolegle z muzyką. Są one chorobliwymi wizjami współczesnych rytuałów śmierci. Teksty tworzą pewien koncept, który stworzyłem z punktu widzenia osoby pracującej w pogrzebowym biznesie. Myślę, że tak powinny być interpretowane – jako świadoma ucieczka w krainę śmierci…

Słowa, jakie najlepiej opisują Wasz nowy album to smutek, grób, rozpacz i właśnie śmierć. Możesz coś do tych określeń dorzucić?

Śmierć jest przedostatnią doskonałością ludzkiej formy. A nasz album jest dźwiękowym obrazem i wcieleniem śmierci…

Kiedy słucham Waszej płyty dochodzę do wniosku, że jej konsumpcja powinna polegać na skupieniu się i smakowaniu czystego dźwięku, zapominając o czymś takim jak aranżacje…

Do pewnego stopnia tak. Oczywiście, są tu poszczególne utwory, jednak powinny one być słuchane jako pewna całość. Nie zależy mi na tym, co ludzie sądzą o sposobie, w jaki budujemy nasze kompozycje, nie interesują mnie poglądy i teorie dotyczące aranżowania muzyki. Grając, staramy się muzyką malować obraz naszej psychiki, naszego stanu duchowego. Pozwalamy piekłu przechodzić za sprawą naszych głosów a przez nasze dłonie i instrumenty przepływa śmierć. Dokądkolwiek nas to zaprowadzi, tam idziemy…

Skoro tak, to jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

Pracujemy nad nowym mini albumem dla Detest Records i faktycznie planujemy jakieś pojedyncze koncerty, ale o tym dowiecie się, kiedy będą znane konkrety…

Słowo na koniec…

Doświadczajcie śmierci…

Doświadczał śmierci Arek Lerch