EMBRIONAL – stoimy z boku i obserwujemy

Czy The Devil Inside zmieni oblicze krajowego death metalu? Pewnie nie i wcale nie dlatego, że to zła płyta jest. Chodzi raczej o to, że jej wyjątkowość ujawnia się dopiero po kilku seansach a przecież dzisiaj nikt nie ma czasu, żeby ślęczeć nad muzyką w poszukiwaniu absolutu. I to jest smutne, bo na wytrwałych czeka nagroda w postaci najlepszej w tym roku porcji death’owej młócki. Embrional jak mało kto dociera do sedna metalu śmierci i na tej bazie buduje własną wizję, rozpiętą między żelazną klasyką a nieokreślonym jutrem. Jasne, mamy dopiero marzec, ale kto wie, co będzie za kilka miesięcy? Póki co, delektujcie się muzyką i czytajcie co na temat Embrional i sztuki w bardziej ogólnym wymiarze ma do powiedzenia gitarzysta zespołu Rychu „Vermin” Sosnowski.

Masz w sobie wewnętrznego diabła?

Tak, jak każdy, tylko ogranicza nas kwestia poziomu samoświadomości aby w odpowiedni sposób go wydobyć i pokazać.

W jaki sposób Tobie udaje się go pokazać? Chcesz go pokazać? Pytanie teoretyczne, bo należałoby zacząć od zdefiniowania czegoś takiego jak filozoficzne zło…

Staramy się go pokazywać naszą muzyką, słowem i obrazem. Mimo pewnego ekshibicjonizmu, z którym wiąże się muzyka, jest to jednak głównie proces zachodzący głęboko w nas samych. Nie chcemy tego robić otwarcie, stawiając różne deklaracje słowne, wizualne i dźwiękowe. To po prostu wychodzi z nas. To sposób ekspresji, który cenimy w wielu dziedzinach sztuki i u wielu artystów. Trudno jest nam to zdefiniować pod względem filozoficznym bo to raczej kwestia podskórnego, wewnętrznego odczuwania. Na pewno wpływ na takie preferencje miało wiele rzeczy od czasu, kiedy zaczęliśmy być w jakiś sposób świadomi swojego umysłu, od czasu pierwszych kontaktów z nazwijmy to „złą” sztuką, która sprokurowała w jakiś sposób nasze młode wówczas charaktery. Ten proces cały czas dojrzewa.Logo

Kiedy obserwuję zespoły metalowe, przeważają wśród nich dwie opcje – takie, które owo „zło” traktują w sposób artystyczny i te, które wcielają pewne aspekty w życie. Jeśli miałbyś wymienić takich wykonawców, którzy powodują u Ciebie „gęsią skórkę”, na kogo padnie? Kto zapłodnił Ciebie jako artystę tym mrokiem?

Jeśli chcesz i tworzysz pewien rodzaj atmosfery mroku i zła to uważam, że każdy sposób tej ekspresji wiąże się z tym, że w jakiś sposób wcielasz to codziennie w swoje życie. Nie wyobrażam sobie robienia muzyki, filmu czy obrazów przez kogoś, w kim to podskórne zło nie kwitnie lub się nim nie fascynuje. Nie mam na myśli oczywiście tego, że każdy musi od razu być psychopatą i mordercą. Chodzi o to, że odczuwasz i myślisz na co dzień podobnymi kategoriami wrażliwości, przepełnionymi fascynacją czymś nieopisanym, co powoduje „gęsią skórkę”. Z drugiej strony, dzieje się dookoła tyle pojebanych spraw, że nietrudno tym przesiąknąć. Kwestia doboru rzeczy, które ten impuls wywołują. We mnie ten ogień zapłodnił na pewno Kubrick, Beksiński, Diamanda Galas czy Lynch i całe mnóstwo zespołów metalowych, industrialnych czy psychodelicznych z końca lat ’80 i początku ’90. Ten proces trwa jednak nadal, bo takiego rodzaju sztuki ukazuje się cały czas bardzo dużo.

Nie masz wrażenia, że za dużo?

Produktów jako takich jest zdecydowanie za dużo. Ogromna ilość nie przekłada się, jak to w zazwyczaj bywa, na jakość, jednak  nadal zdarzają się w każdej dziedzinie ciekawe rzeczy. Sztuką obecnie jest oddzielić ziarna od plew. Męczące to, ale nikt nikomu nie może zabronić coś sobie robić i upubliczniać. Plusem jest taki, że inteligentni ludzie wybiorą dla siebie i tak to co im odpowiada i spełnia ich oczekiwania. Minusem natomiast, że w tej powodzi wszystkiego, łatwo przeoczyć wartościowe produkty, które czasem z błahych powodów umykają.

Właśnie, nie boicie się, że tak dobry album jak „The Devil Inside” przepadnie w całym tym zgiełku?

Czy dobry, ocenią słuchacze. Na pewne sprawy, mimo ogromnego zaangażowania w zespół naszych kilku przyjaciół nie mamy wpływu. Ograniczeni jesteśmy tylko fizycznymi tematami bo wyobraźni nie brakuje nikomu z nas. Przepadnie teraz, ale może za kilka lat ktoś odkryje i się podnieci, tak jak my odkrywamy przeróżne zespoły i płyty. Nie sposób wszystkiego ogarnąć, ale podstawowa zasada jest taka, że dobra muzyka musi obronić się sama.

A propos fizycznych tematów – doszły mnie słuchy, że Wasz perkusista ma problemy zdrowotne – co się dzieje, prawda to?

Tak, to prawda. Niestety, pojawiły się na horyzoncie, chwilę przed premierą „The Devil Inside” problemy zdrowotne Kamila, uniemożliwiające nam pokazanie mocy nowego materiału na żywo. Nie chcę się tutaj wypowiadać na tematy zdrowotne kogokolwiek z zespołu bo to nie czas i miejsce, ale uwierz, dla każdego z nas jest to cios. Wierzymy, że wszystko się dobrze potoczy i w przyszłości znowu będziemy mogli z diabelską precyzją gwałcić narządy słuchu występami na żywo.

Rozumiem, że opcja zastępstwa, w sumie dość popularnego wśród metalowych zespołów, w waszym przypadku nie wchodzi w grę? Braterstwo nawet kosztem promocji?

A powiedz mi, kto tak pojebane partie perkusji, jakie znalazły się na „The Devil Inside”, zagra z marszu z podobnym feelingiem jak Kamil? Kto w tym kraju ze stricte „metalowych” perkusistów, mimo, że zajebistych w tym co robią, zna nuty? Nie zrozum mnie źle, bo nie chcę deprecjonować kogokolwiek, ale jak mamy komuś wytłumaczyć nieregularne podziały rytmiczne i zmienne metrum w kilkunastu charakterystycznych motywach znajdujących się na płycie? Komuś kto tych nut nie zna? Możemy szukać profesjonalnego, wykształconego muzyka, zastępstwa na jakieś poszczególne koncerty, ale kto za to zapłaci? To trochę jak szach-mat w naszym podziemiu metalowym.

Czyli czekamy, a w międzyczasie rozbieramy „The Devil Inside”. Jeśli miałbyś w jednym albo dwóch zdaniach przekonać kogoś do tej płyty, jak byś tego dokonał?

Jeśli ktoś lubi w muzyce schizofrenię, różnorodność, mroczne klimaty podane z własną wizją, precyzją i zgiełkiem, powinien dać nam szansę i spróbować posłuchać uważnie tego jadu. Ukrytych jest tam wiele smaczków i nudy nikt raczej nie powinien zaznać podczas obcowania z „The Devil Inside”.

stoimy z boku i obserwujemy

stoimy z boku i obserwujemy

Te smaczki powodują, że „The Devil Inside” stoi w zasadzie na pograniczu. Konstrukcja jest death metalowa, a wypełnienie konstrukcji, klimat jest zdecydowanie black metalowy, wykonanie akademickie. W którą stronę jest Wam bardziej po drodze?

Trudno to określić jednoznacznie. Nie ograniczamy się w swoich inspiracjach niczym, poza tym, że musi to być bardzo dobre twórczo i „chore” w odbiorze, cokolwiek to znaczy. Klapki na oczach i umyśle tylko blokują. Konstrukcja death metalowa wywodzi się pewnie z naszych korzeni i to ogólnie jest podstawą muzyki, ale cała reszta to konglomerat wszystkiego co ponure w nas i do czego nas ciągnie. W jakim kierunku pójdziemy, tego nie wiem i nie pokuszę się o takie analizy na tym etapie, jednak chcemy raczej rozwijać styl z „The Devil Inside” bo możliwości jest bardzo wiele, aniżeli go rewolucjonizować w coś abstrakcyjnego.

Ależ „rewolucja” to dzisiaj słowo – klucz, które jest pożądane przez wszystkich – dziennikarzy, muzyków czy wydawców. Nie uważasz, że muzykę – w tym i metal – zabija profesjonalizacja? Myślisz, że na „The Devil Inside” udało się ową profesjonalizację – taką negatywną – wyeliminować? Słowem – jest „The Devil Inside” płytą niebezpieczną?

Rewolucja to zawsze efekt przesycenia marazmem i aktualnie panującą sytuacją. Normalna kolej rzeczy, nic nowego. Obecnie w świecie wszechobecnego konsumpcjonizmu i zalewu wszystkiego i wszystkim jest tym bardziej pożądana przez w/w bo nakręca popyt i sprzedaż. Zainteresowanie to teraz przecież podstawa wszystkiego. Jednak ile w tym wartości, oceni każdy sam. Owszem, zdarzają się w tym wszystkim, jak zawsze, perełki, jednak one i tak wcześniej czy później dadzą o sobie znać. My preferujemy, w każdej dziedzinie naszego życia, ewolucję, bo to ona nas kształtuje i prowadzi do przodu. Profesjonalizacja to jedna z podstaw ewolucji, jednak – jak sądzę – masz na myśli muzykę produkowaną obecnie „profesjonalnie” poprzez wszelkiego rodzaju polepszacze i nowinki techniczne, mające na celu udoskonalenie braków warsztatowych, wiedzy i umiejętności wszelkiego rodzaju. Toż to kult ideologiczny od lat przecież. Nieważne, że nie stroi, nieważne, że nierówno. Na „The Devil Inside” wyeliminowaliśmy wszelkiego rodzaju „polepszacze”, które producent nam sugerował, czy też sam podczas naszej nieobecności zastosował. Muzyka została nagrana na żywo, akustycznie, bez ingerencji komputera jako lepszej części nas, tylko z podstawowymi ścieżkami każdego z instrumentów. Wszystko wyszło z naszych rąk bez ingerencji techniki i osób trzecich. To nazywamy profesjonalizacją w pełnym tego słowa znaczeniu.

Słychać w tym taką lekko arogancką nutę i to jest fajne, bo w myśl mojej teorii, tylko aroganccy muzycy mają szansę zwrócić na siebie uwagę.

Nie nazwałbym tych wypowiedzi i nas aroganckimi. Daleko nam do zadzierania nosa czy idealizowania czegokolwiek lub kogokolwiek. Raczej stoimy z boku i obserwujemy wyścigi „sztucznych szczurów”. Mamy natomiast świadomość i wiedzę, ile czasu, pracy i wysiłku trzeba włożyć w to by być naprawdę zadowolonym z efektów swoich tworów. Wiemy jak się nagrywa obecnie wiele rodzajów muzyki i ich wykonawców – to powoduje u nas uśmiech politowania, jednak z arogancją nie ma nic wspólnego. Niech każdy robi to co uważa za słuszne, ale zbyt wielu ludzi nabiera się na te tanie, cyrkowe sztuczki. Teraz wszystko ma być szybko i jak najmniejszym kosztem. Sądzę, że czas to zweryfikuje.

Chodzi mi raczej o arogancję artystyczną, rozumianą jako nonszalanckie podejście do dźwięku. Brak obaw przed przekraczaniem granic. Wy na „The Devil..” bardzo subtelnie je przekraczacie…

Ciekawie powiedziane. Mamy nadzieję, że uważny i otwarty słuchacz te subtelne niuanse wychwyci i być może doceni. Nie ma sensu ograniczać się muzycznie, dopóki sprawia nam to satysfakcję i nie koliduje z naszymi wyobrażeniami odnośnie muzyki Embrional.Embrional1

Uważasz, że „The Devil Inside” jest formą ostateczną, czy może macie zakusy na dalsze zmiany i poszukiwania? Pytanie o tyle zasadne, że wielu wykonawców, znajdując wygodne i komfortowe miejsce – niszę, eksploatuje ją na maksa…

Nie ma czegoś takiego jak forma ostateczna w muzyce czy innej sztuce. Kwestia wyrazu artystycznego nie powinna być niczym ograniczana. Wyobraźnia ludzka ma nieograniczone możliwości, które blokuje tylko umiejętność jej wyrażania. Nie wiem, czy jest to wygodna i bezpieczna dla nas pozycja, zważywszy na sporą złożoność i schizofrenię tego materiału. Z jednej strony jesteśmy mocno zakorzenieni w dźwiękach, które na nas wpływały i działają nadal, z drugiej, cały czas pracujemy nad sobą i szukamy własnego ja. Jedno mogę powiedzieć na pewno – nie dążymy do bycia w wygodnym i łatwym miejscu bo kręci nas chora, różnorodna i niejednoznaczna muzyka. To nas rozwija jako ludzi, to nam sprawia satysfakcję, ale z drugiej strony nie zmienimy też radykalnie i rewolucyjnie nas samych jak w/w wcześniej. Jeśli coś psychicznego pchnie nas w innym kierunku, zapiszemy to pod inną nazwą. Embrional musi charakteryzować poszukiwanie, perfekcja i pasja, ale w pewnych ramach gatunkowych, które są nam najbliższe.

Nie denerwują Was porównania do Immolation?

Porównania do różnych kapel zawsze nam towarzyszyły, chociaż czasami były w/g nas totalną abstrakcją. Taka kolej rzeczy: żeby sprecyzować kogoś mało znanego, podpina się go pod jakąś etykietę czy wrzuca w szufladkę i wszystkim jest łatwiej ogarnąć temat co też takiego dana kapela robi i w jakich rejonach się porusza. Tak naprawdę z Immolation to chyba zły i duszny klimat nas łączy, bo riffy mamy bardzo różne. Zresztą ile uszu, tyle opinii. Nie spędza nam to snu z powiek bo wiemy w jakim kierunku stopniowo i mozolnie idziemy. Nie kopiujemy nikogo, staramy się szukać własnego pomysłu na muzykę, ale pewne wpływy zawsze usłyszysz – Pestilence, Gorguts, Godflesh, Morbid Angel, Morgoth, Absu, DeathSpell Omega, Incantation i wiele, wiele innych. Wymieniać można bez końca bo inspiracji muzycznych mamy mnóstwo, ale staramy się robić death metal cały czas po swojemu i dążymy do tej własnej charakterystyki. Nie można nas określić jako jednoznacznej kopii kogokolwiek.Embrional kosiarz

Na koniec kilka słów o formach wydania płyty, bo tych macie bez liku. Wśród nich niewątpliwie jedna budzi emocje. Kaseta. Kiedyś znienawidzona, teraz przedmiot kultu. Pamiętasz jak kupowałeś swoją pierwszą „taśmę”?

Tak się ciekawie złożyło, i chyba po raz pierwszy, przynajmniej w naszym kraju i Europie, że wydaniem muzyki zajęły się jednocześnie 4 wytwórnie. Każda ma trochę inny profil wydawniczy, inne kontakty w środowisku i kanały dystrybucyjne, jednak wszyscy działamy jak jeden organizm. Bardzo cenimy ten układ, podoba nam się ciągły i twórczy kontakt ze wszystkimi z nich oraz wiara w naszą muzykę. To bardzo ekscytująca i budująca sytuacja dla nas. „The Devil Inside” ukaże się jako regularny CD nakładem OLD TEMPLE, jako limitowane CD i kaseta dzięki GODZ OV WAR/THIRD EYE TEMPLE, oraz dwa rodzaje LP dzięki HELLTHRASHER REC. Osobiście, nigdy nie znienawidziliśmy kaset, bo na tym nośniku poznaliśmy metal,tak ukształtowały się nasze muzyczne charaktery pod koniec lat 80′ i początku 90′, jednak pęd technologiczny wyparł je z naszego życia. Nadal posiadam kilkaset kaset w piwnicy i sama myśl o nich powoduje u mnie przyjemny ścisk w jamie brzusznej. Pamiętam jak dziś swój pierwszy zakup. Jestem rocznikiem ’76. Będąc w 7 klasie podstawówki, zaznajomiony dzięki starszym kumplom z „Powerslave” i „Ride The Lighting”, wybrałem się do sklepu a tam bez wiedzy o temacie, wybrałem 3 kasety po okładkach. Był to King Diamond „Conspiracy”, Bathory „Hammerheart”, Voivod „Dimension Hatross”. Dalej poszło lawinowo w każdym kierunku. To było totalne zniszczenie, które zmieniło moją psychikę na zawsze i tylko pogłębiam ten stan.

Jeśli chcesz kogoś obrazić, lub coś obiecać – teraz jest czas na wolne wnioski…

Nic nie obiecujemy, bo to mija się z celem. Obrażać i pluć możemy przez najbliższe kilkaset zdań, ale to również nic nie zmieni, więc pierdolić to po całości. Dzięki za zainteresowanie i wsparcie słowem EMBRIONAL.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia:  Semen Turkowski