ELVIS DELUXE – stateczna dojrzałość i ciągłe poszukiwanie

Elvis nam dojrzał, spoważniał, zmienił lekko skład i nagrał nową płytę, która w całkiem fajny sposób puentuje powyższą ewolucję. Obok dwóch starszych, zarejestrowanych w 2003 roku kawałków mamy pięć nowych rzeczy, doskonale opisujących Elvisa już nie jako naśladowcę stonerowych trendów, ale raczej jako smakosza stylu, robiącego muzykę we własny, łatwo rozpoznawalny sposób. To ważne, bo w pewnym sensie jest potwierdzeniem mojej teorii, w myśl której najważniejsze w robieniu muzyki jest doświadczenie i dojrzałość, na które pracuje się latami. „The Story So Far” to Elvis nadal ciężki, rozjechany i brudny, nadal pustynny, ale ze zdecydowanie większym luzem i dwudziestoprocentową dawką improwizacji, o czym przekonywał nas śpiewający basista – Wojtek Ziemba.

Kiedyś nagraliście album zatytułowany „Lazy”. Czy ta tytułowa przypadłość nadal jest Waszym udziałem, czy coś się zmieniło?

Wojtek Ziemba

Wojtek Ziemba

Staramy się trochę walczyć z tą naszą przypadłością, mobilizować się nawzajem. Oczywiście nie będzie nagle tak, że co roku będziemy wypuszczać nową płytę itp., ale nie chcemy dać o sobie zapomnieć publiczności. Dużo nowej, świeżej energii wniosło pojawienie się na pokładzie Wojtka. Ma dużo zapału, nie czuje na plecach tego ciężaru kilku lat istnienia zespołu, nie zdążył się jeszcze zmęczyć, więc przy nim i my staramy się być trochę mniej „lazy” niż dotychczas, ale ciśnienia też u nas nie uświadczysz.

Przez lata Elvis stał się scenowym dziadkiem a wokół powstała cała scena stoner/sludge/rockowa – czujecie oddech na plecach? A jeśli nawet nie, to czy są krajowi wykonawcy z tej działeczki, którzy zdobyli Wasze uznanie?

Faktycznie w ostatnich latach scena, nazwijmy to, około stonerowa w Polsce bardzo się rozwinęła, co niewątpliwie cieszy. Na pewno pojawienie się wielu dobrych zespołów mobilizuje nas w pewnym stopniu do działania, niemniej jednak przez tę dekadę naszego istnienia często mocno odchodziliśmy od typowo stonerowego grania. Dzisiejsza scena kojarzy mi się raczej z cięższymi, metalowymi brzmieniami, większość zespołów idzie w tym kierunku, więc my automatycznie znajdujemy się gdzieś na przeciwległym biegunie. Na mnie osobiście duże wrażenie robi zespół Satelite Beaver, świetnie brzmią, potężna moc. Nie da się nie wspomnieć o Belzebong czy Dopelord a z klimatów bliższych nam o np. Broken Betty. Ale nasz zespół nazwałbym po prostu zespołem rockowym, zakorzenionym gdzieś w stonerze, który to stoner stawia, moim zdaniem, pewne ograniczenia, poza które zawsze chcieliśmy wychodzić.

Trzecia płyta jest w jakimś tam sensie symptomatyczna dla zespołu, sugeruje jego stabilizację, albo też jej brak – jak jest w przypadku Elvisa – stateczna dojrzałość, czy ciągłe niezadowolenie i poszukiwanie własnego miejsca?

Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, w naszym przypadku ta stateczna dojrzałość łączy się z ciągłym poszukiwaniem. Na każdej naszej płycie trochę się zmieniamy, staramy się rozwijać i eksplorować nowe tereny. Zawsze tak było. Tak więc jako zespół czujemy się dojrzali, wiemy na co nas stać, czego możemy od siebie wymagać i oczekiwać. To daje nam siłę do tego by nie stać w miejscu i ciągle próbować zaskakiwać samych siebie i słuchaczy. Jak wspomniałem wcześniej, na pewno zastrzykiem świeżej energii jest Wojtek, który nie tylko jako muzyk, ale jako człowiek o niełatwym charakterze nie pozwala na spokój i stagnację w zespole, he, he!

Jesteście znani z różnych, śmiesznych akcji, grania kowerów i uwielbienia dla Turbonegro – czy teraz, w ramach promocji nowej płyty planujecie jakieś „akcje”? Co sądzicie o zmianach w Turbonegro – ma to sens czy już jest „słabo”?

Trochę na pewno spoważnieliśmy, ale cały czas jesteśmy bandą lekkich oszołomów, taki chyba jest po prostu rockandroll; ludzie całkowicie normalni nie mają tu czego szukać. Nasze kowerowe, glamowe alter ego czyli Cats from Japan zawiesiliśmy na kołku i raczej nie planujemy do tego wracać. Na nowej płycie przypominamy za to naszą wersję „Search and Destroy” The Stooges, którą nagraliśmy 7 lat temu przy sesji do „Lazy”. Tę płytę promujemy więc tradycyjnie, jedynie teledysk, który przygotowujemy, może się komuś wydać kontrowersyjny, ale to raczej jakimś konserwatystom spod znaku krzyża. Co do Turbonegro to zawsze byłem daleki od tego, żeby zabraniać komuś grać w innym niż oryginalny składzie, tudzież krzywić się na reuniony itp. Twój zespół, masz ochotę grać, to graj, każdy oceni to sam. Wiadomo, że Hank był bardzo charakterystycznym i charyzmatycznym frontmanem, wybrał, niestety, inną drogę i życzę mu szczęścia, ale dlaczego pozostałych 5 facetów ma przestać grać tylko z tego powodu, że wokaliście się już znudziło? Nowa płyta jest takim klasycznym Turbonegro, nowy wokalista moim zdaniem się sprawdza, jest to cały czas ten sam klimat i ja całym sercem jestem za nimi. Nam też zarzucano, że bez Mecha to już nie ten sam zespół; chcieliśmy grać dalej a w poprzednim składzie wydawało się to niemożliwe. Każdy oczywiście ma prawo do własnego zdania i oceny, ale póki ktoś gra dobrą muzykę i robi to szczerze, zmiany w składzie są dla mnie na drugim planie.

Nowa płyta jest w zasadzie pierwszą, którą w 100% sygnuje nowy skład – z Mechem znaliście się od lat, zatem naturalne, szczególnie w kontekście upływającego czasu, jest pytanie o to, jak udało się w nowym składzie zasymilować? Jakie są zasadnicze różnicy między tamtym a tym Elvisem?

Z Wojtkiem też znamy się od lat, jest dobrym gitarzystą i fajnym kolegą, na pewno jego gra nadała naszej muzyce innego wymiaru i jak pisałem, wniósł zastrzyk świeżej krwi i energii. Dobrze się rozumiemy, zadomowił się już na dobre i jest integralną częścią zespołu. Jest kolejnym kompozytorem no i nie boi się używać aparatu gębowego, więc w końcu jest komu śpiewać chórki, he, he. Jest nawet głównym wokalistą w jednym numerze, który w dodatku stał się singlem, więc wyraźnie zaznaczył swoją obecność w Elvisie.

Nowa płyta i nowy wydawca – jakie są Wasze oczekiwania względem wytwórni, która ma opinię co najmniej kontrowersyjną? Czy spodziewacie się nagłego skoku jakościowego, czy po prostu „leniwie” przystaliście na propozycje ze strony MMP?

Miko

Miko

Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy zespołem, który może przebierać w potencjalnych wydawcach. MMP wydawało nam się firmą dosyć stabilną i o ugruntowanej pozycji a warunki jakie nam przedstawili były dosyć sensowne. Wydaje mi się, że do tej pory wywiązują się dobrze z założeń promocyjnych, płyta jest dostępna za granicą na czym nam zależało, zobaczymy co dalej. MMP był jedną z pierwszych wytwórni, do której się odezwaliśmy i po ich pozytywnym odzewie i wstępnych rozmowach postanowiliśmy dalej nie szukać. A wytwórnie nie zabijają się o to by mieć nas w swojej stajni więc wybredni raczej nie jesteśmy. Już teraz widzę, że MMP pozwoliło nam dotrzeć z promocją dużo dalej i szerzej więc chyba był to dobry wybór.

Czy teraz możemy oczekiwać wzmożonej aktywności zespołu, czy nadal będziecie działać „na swój sposób” – są jakieś naciski ze strony wytwórni, żebyście zaczęli grać więcej koncertów, czy dają Wam wolną rękę?

Jak powiedziałem na początku, sami staramy się mobilizować i działać. Jesteśmy już coraz starsi, nie wiadomo jak długo jeszcze będzie nam się chciało ciągnąć ten wózek, na razie jesteśmy pełni zapału, pozytywnie naładowani, dawno się tak nie czuliśmy, chcemy wykorzystać ten czas jak najlepiej. Sami chcielibyśmy grać więcej koncertów, planujemy już kolejna płytę. Nacisków ze strony wytwórni nie ma, mam nawet nadzieje, że dzięki nim uda się zagrać jakieś koncerty i dotrzeć w więcej miejsc.

Pewne wątpliwości budzi w pewnym sensie „kompilacyjny” charakter płyty – czy wynikało to z braku materiał u i pośpiechu czasowego, czy MMP nie chcieli po prostu wydawać ep – ki?

Materiał był tworzony z myślą o wydaniu go jako ep-ki na winylu, był potencjalny wydawca, z którym niestety w pewnym momencie urwał się kontakt. Zostaliśmy z gotowym materiałem bez wydawcy. Jednocześnie zbliżało się nasze 10-lecie wiec pomyśleliśmy, że możemy zaakcentować to takim właśnie wydawnictwem. Trafiły więc na płytę nasze niepublikowane utwory z początku działalności i materiał stał się przekrojowy. Oczywiście, jedni będą psioczyć, że to zapchajdziury, inni ucieszą się, że mogą posłuchać jak zespół brzmiał dekadę temu. Tak więc kilka czynników wpłynęło na to, że ta płyta wygląda w ten sposób a nie chcieliśmy już dłużej czekać i przedłużać jej wydania i dogrywać więcej nowych kawałków na innej sesji.

stateczna dojrzałość i ciągłe poszukiwanie

stateczna dojrzałość i ciągłe poszukiwanie

Co zdecydowało, że akurat te dwa utwory zalegały Wam na półkach? W sumie nie czuję, żeby nie pasowały do poprzednich płyt…

Jakoś tak wyszło, na „Lazy” chcieliśmy zrobić jak najwięcej nowego materiału i mieliśmy też już trochę inną wizję tej płyty, dlatego nie chcieliśmy wykorzystywać tych pierwszych numerów, dlatego sobie leżały aż przyszedł odpowiedni moment żeby po nie sięgnąć.

Nowy materiał prezentuje nieco inne oblicze elvisowej muzyki, zarówno od strony kompozycyjnej jak i produkcyjnej. Wiem, że nagrywaliście na tzw. setkę – czy ta forma wyzwoliła w Was takie podejście do nowych utworów czy też może owo „uspokojenie” i nieco improwizowany charakter muzyki był zamierzonym działaniem?

Bolek

Bolek

Robiąc materiał na płytę, nie zakładaliśmy, jak ma on wyglądać, po prostu każdy nas komponował coś w domu, potem aranżowaliśmy to na próbach i tyle. Nie wyznaczyliśmy konkretnego kierunku, w którym chcemy iść ale też nie stawialiśmy sobie żadnych ograniczeń. Takie utwory akurat nam wyszły, dużo jamowaliśmy na próbach i myślę, że stąd trochę taki improwizowany charakter tej płyty. Od dawna myśleliśmy o nagrywaniu na setkę, ale zawsze trochę się tego obawialiśmy; wiadomo, że jest to pewnego rodzaju sprawdzian dla zespołu. Rejestrując w sali prób szkice nowych piosenek stwierdziliśmy, że chyba jesteśmy na to gotowi. Przyłożyliśmy się jeszcze mocniej i dobrze przygotowaliśmy podstawy każdego utworu zostawiając trochę miejsca na improwizację w studiu.

Jeśli mielibyście określić procentowo – ile w nowych utworach jest improwizacji i tego luźnego lotu a ile konkretnej aranżacji – jakie tu mamy proporcje?

Nie jest tych improwizacji tak dużo jak by się mogło wydawać. Jeśli mam to określić procentowo to, powiedzmy, że jest to 20%.

Zastanawia mnie ta symptomatyczna dojrzałość w Waszym gronie – ostatni materiał The Black Tapes, też zawierający pierwsze demo i nowe kawałki, podobnie ukazuje zdecydowanie bardziej refleksyjne, uspokojone oblicze Kaset. Co wpływa Waszym zdaniem na taki stan rzeczy? Urodzone dzieci, ciężka praca, siwe włosy czy wrzody na żołądkach?

Być może z wiekiem człowiek robi się spokojniejszy, inaczej patrzy na życie? Pewnie ma to jakieś odzwierciedlenie w muzyce. Zawsze słuchaliśmy bardzo dużo różnej muzyki, także tej spokojnej i refleksyjnej. Jako zespół nie chcemy się ograniczać, nie musimy nikomu nic udowadniać i po prostu nadszedł czas, żeby dać wyraz naszym innym inspiracjom, innym emocjom. Nie oznacza to jednak, że czasem nie mamy ochoty przyłoić bardziej, co chyba również słychać na płycie.

Jak przyjmowane są te spokojniejsze kawałki na koncertach – udaje się je odtworzyć w 100% w wersji płytowej, czy dajecie sobie swobodę interpretacyjną?

Odbiór nowego materiału jest na koncertach jest bardzo dobry, nam również świetnie się go gra na żywo. Jeśli chodzi odtworzenie kawałków to większą swobodę mają bez wątpienia gitarzyści, ja z Mikołajem jako sekcja staramy się utrzymywać podstawę raczej bez zmian. Nie jesteśmy zespołem jazzowym, który na improwizacji opiera swoje występy, zawsze są to te same piosenki z lekkim szaleństwem w sferze gitar.

Na chwilę wrócę jeszcze do sesji nagraniowej – jak to wyglądało od strony logistyczno – technicznej? Trudno zaaranżować takie jamowanie połączone z nagrywką? Poszliście na żywioł, czy raczej każda pomyłka była tępiona?

Byliśmy dobrze przygotowani do tej sesji, zagraliśmy wcześniej naprawdę dużo prób więc byliśmy świetnie zgrani. Z takim fundamentem mogliśmy sobie pozwolić na trochę luzu już podczas nagrywania. Chcieliśmy, żeby nagrywka brzmiała jak najbardziej żywo i organicznie więc celowo nie dopieszczaliśmy wszystkich błędów jeśli nie były to ewidentne wysypki. Szło nam całkiem nieźle, czuliśmy się dosyć swobodnie i każdy numer rejestrowaliśmy średnio w 3 podejściach.

Zapanowała u nas w pewnym sensie moda na takie realizacje – wieś, stara stodoła albo wiejska świetlica, kury na podwórku, świece na podłodze, dżoincik, ew. piwko i jedziemy. Myślicie, że każdy rodzaj muzyki zyskuje na takim sposobie realizacji? Ja np. nie wyobrażam sobie, żeby w takim systemie nagrywać płytę hardcore’ową…

Wojciech Trusiewicz

Wojciech Trusiewicz

To chyba zależy od konkretnego przypadku, z tego co się orientuję to np. w tym samym studiu i w ten sam sposób nagrywał hardcore’owy Calm the Fire, więc chyba się da. Wiadomo, że taki sposób nagrywania nie do końca jest dobry jeśli się gra muzykę bardzo zawiłą technicznie, matematyczną itp. i może, dajmy na to, płyty deathmetalowe lepiej nagrywać w tradycyjny sposób, ale skoro potem te kawałki i tak gra się na koncertach to dlaczego ich tak nie nagrywać? Nie wiem, niech każdy rozstrzyga to sam.

Elvis nigdy nie był jakimś specjalnie „message’owym” bandem (ponownie txtów we wkładce brak…), czy jednak tym razem w lirykach coś ciekawego się pojawiło, coś, o czym warto wspomnieć, choć raczej misjonarzami nadal nie zostaliście…

Message’owym może faktycznie nie byliśmy, ale teksty zawsze są przemyślane i niosą jakiś przekaz. Teksty piszę głównie ja, są to moje osobiste spostrzeżenia na temat otaczającego nas świata, moje emocje i refleksje. Już kiedyś mieliśmy pomysł, żeby teksty umieścić w necie i chyba trzeba będzie to zrobić. Co do nowej płyty jest tam np. tekst krytykujący pewną instytucję, jest tekst o miłości. Po prostu życie…

Żyjemy w erze muzycznych talk szołów czy teleturniejów, sam nie wiem, jak to nazwać – czy Was, ludzi, którzy wiedzą, ile trzeba potu zostawić na scenie, żeby coś osiągnąć, dziwi czy raczej śmieszy ten owczy pęd do sukcesu za wszelką cenę – na zasadzie: „pokażę dupę, wyjdę na ciula, ale zaistnieję”? Myślicie, że w ten sposób może pojawić się na scenie jakiś wartościowy wykonawca, czy to raczej w 100% gówniana komedia?

Elvis liebt Berlin

Elvis liebt Berlin

Faktycznie jest teraz zalew tego typu programów i muszę przyznać, że zdarza mi się to oglądać jako formę kabaretu he,he. Pełno jest tam ludzi, którzy faktycznie mają jakieś umiejętności, ale są zupełnie pozbawieni jakiejś wizji swojej muzyki, mam wrażenie, że jest im wszystko jedno, co będą śpiewać, byle by załapać się na jakąś popularność. Cóż, takie czasy, celebrytów i gównianej muzyki pop. Niemniej jednak myślę, że w tej całej masie jest możliwe, że trafi się ktoś wartościowy. Dzisiaj naprawdę dużo ludzi robi muzykę, śpiewa, jest mnóstwo zespołów. Nie każdy ma szansę pokazać to ludziom, grać koncerty, zwłaszcza jeśli jest z małego miasta lub wsi. A że poziom polskiej muzyki w ogóle pozostawia wiele do życzenia to i w takich programach dominuje raczej chujnia.

Na koniec – to pytanie paść musi. Mamy w zasadzie ep – kę; czy zatem będziecie szykować nowy matex szybciej niż zwykle, czy „The Story So Far” musi nam starczyć na najbliższą pięciolatkę?

Jesteśmy pełni energii więc bardzo byśmy chcieli nagrać nowa płytę w miarę szybko. „The Story So Far” wyszło niecałe 2 lata po „Favourite State Of Mind” więc nie jest tak źle. Mamy już jakieś pomysły na nowe piosenki, więc niebawem zabieramy się do pracy. Czekajcie a my postaramy się Was nie zawieść.

Ostatnie słowo na niedzielę dla Was – pozdrówcie ulubionego księdza i jego żonę…

Wielka Polska Katolicka!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Wygoda, Zbyszek Kaczmarek, fisty photography