ECHOES OF YUL – Granie intymne

Całkiem niedawno kolega Bartosz gimnastykował się, chcąc nadać namacalną formę swoim odczuciom względem The Healing. Wyszedł z tego Album Tygodnia, posypały się pochwały, ale także dała o sobie znać lekka dezorientacja, bo faktycznie, dzisiaj Echoes of Yul to jeszcze bardziej niejednoznaczna tkanka w muzycznym, nadwiślańskim organizmie. Dzisiaj bliższa ambientowym meandrom, stawiająca na  klimat zamiast drażnić industrialnymi naleciałościami. Jeśli nadal nie wiecie, z czym mamy do czynienia – zapraszam na rozmowę z kreatorem przestrzeni – Michałem Śliwą.

Ustalmy pierw z czym mamy do czynienia – projekt? Zespół? Idea? Nie doskwiera Ci samotność?

Jednoosobowość EOY to efekt trochę przypadku a trochę konieczności. Gram na wszystkim, ale wolę jak Echoes traktowany jest w kategoriach zespołu bo dopuszczam możliwość że będą pojawiać się goście albo nawet ktoś zawita na dłużej. A co do samotności? Doskwiera mi raczej nadmiar tematów którymi trzeba zajmować się przy okazji grania. W przypadku grania w pojedynkę rzeczywiście trochę brakuje elementów „chemii”, która wytwarza się gdy gra więcej osób, ale muzyka dzięki temu staje się bardziej osobista . To jest po prostu „coś za coś”.

No właśnie – zespół to mocowanie się z drugim człowiekiem. Tu mocujesz się de facto sam ze sobą. Czy można te dźwięki potraktować jako coś w rodzaju zapisu takich zmagań?

To ciekawy punkt widzenia. I wydaje mi się, że tak jest. Granie solo wymaga sporej dyscypliny i odpowiedniej dawki autokrytyki. Zmagasz się zarówno z oceną całości jak i zwyczajną materią muzyczną oraz swoją ułomnością jako muzyka. Choć z plusów wynika z tego na przykład absolutny brak konfliktów, które gdy grałem w zespołach z innymi, zawsze były głównym problemem i powodem rozpadu kolejnych projektów. Bez drugiego, trzeciego ego zdecydowanie taka sytuacja jest bardziej komfortowa.

Ale o tym za moment. Wracając do „100 lat samotności” na sali prób – nie przydarzył Ci się moment, w którym zatęskniłeś za czymś w rodzaju „obiektywnego spojrzenia” na preparowane dźwięki? Inaczej – nie bałeś się, że sam całkowicie zatracisz dystans, bez czegoś w rodzaju „punktu triangulacyjnego”?

Tak, zdarza się i wtedy najlepiej taki utwór odłożyć do szuflady. Choć w większości przypadków wydaje mi się, że potrafię zdobyć się na dystans do własnej muzyki. Zwykle na którymś etapie tworzenia dodatkowo „testuję” utwory na znajomych i to jest zawsze dobra próba: im więcej konsternacji na twarzach, tym lepiej (śmiech).

Granie intymne

Granie intymne

Konsternacja była też i przy nowej płycie – szczególnie, że nową muzyką znowu odjeżdżasz w rejony, które trudno nazwać. O ile wcześniej pojawiały się ukłony w stronę industrialu, tym razem mamy do czynienia… właśnie, z czym? Rytuałem?

„The Healing” widzę jako naturalny rozwój formuły Echoes of Yul w stronę bardziej minimalistycznego i w pewnym sensie intymnego grania. Starałem się żeby nowa płyta była po prostu bardziej ludzka, opierająca się bardziej na emocjach niż hałasie.

Ale czuję też w niej większą równowagę, bo jest to chyba najbardziej kompleksowe i spójne dzieło EoY. W pewnym sensie transowość (wiem, nadużywam tego określenia…) materiału określa jego „słuchalność”. Czy było to założenie, chciałeś wciągnąć słuchacza w taką zamkniętą, narkotyczną przestrzeń?

Nie miałem takiego założenia, ale ucieszę się jeżeli ktoś moją muzykę tak odbierze. Przy kompilacji materiału na płytę starałem się zachować spójność albumu przy jednoczesnym zachowaniu dramaturgii.

Jestem ciekawy, jakiego sprzętu używasz. Czy są to rzeczy standardowe, czy raczej masz jakieś swoje stare sprzęty, poszukujesz mało znanych zabawek, by na nich budować swoje dźwięki?

Używam standardowych narzędzi: gitar, syntezatorów i wszystkiego co w danym utworze wydaje mi się użyteczne: zabawek, akordeonu, thereminu. Bardzo lubię efekty gitarowe ze wskazaniem na te typu delay/echo/looper.

Muzyka EoY jest dla mnie rodzajem obrazu, dzieła, wzbudzającego emocje, nastroje. Czy czujesz się w pewnym sensie takim malarzem?

Bliżej mi do fotografii niż malarstwa. I jeżeli szukałbym obrazowych porównań to właśnie w tym medium. Utwory jako fotograficzne obrazy z charakterystycznym ziarnem, rozmyciem i zniekształceniem.

Ciekawą dla mnie opcją jest fakt, że nowa muzyka jest dość – hmmm – optymistyczna w klimacie. Zazwyczaj tego typu projekty muzyczne starają się raczej generować atmosferę grozy itp, co wydaje się łatwiejsze. Łatwiej przestraszyć, niż wprowadzić w miły, kontemplacyjny nastrój. Czujesz, że wywołanie stanu zadowolenia wymaga większego skupienia u twórcy?

Staram się unikać dosłowności i zarówno klimat wymownie „posępny” jak i „pogodny” nie są moim celem; cieszy mnie to, że odbiór „The Healing” jest niejednoznaczny. Ty słyszysz optymistyczny klimat, inni nastrój rezygnacji. Jest w tym coś wspaniałego i to dla mnie duża pochwała, że każdy odbiera tą samą muzykę jako inną historię.

Na „The Healing” przykuwającym uwagę elementem jest warstwa rytmiczna – z jednej strony subtelna, z drugiej hipnotyzująca. I tutaj Twoja muzyka zmierza w stronę… niemal triphopowych form, czegoś w rodzaju „neo-trans-soul”. Co Ty na to – będzie pusty śmiech czy się zgodzisz?

W pełni się zgadzam. Jesteś pierwszą osobą, która mnie nie zna, a dostrzegła ten niezmiernie ważny dla mnie element. Jestem fanatycznym wielbicielem starych płyt z Motown. Weźmy na przykład Fullfillingness` First Finale Steviego Wondera, jeden z moich ulubionych albumów: pogodny soul jego pierwszych płyt tu przybrał momentami bardzo intymną i niewesołą aurę. Dodaj do tego nowsze trendy „neo-soulowe” (od Pigeonhed po Imana Omari). Uwielbiam taką muzykę, choć oczywiście, nigdy nie chciałem, żeby moje inspiracje były jednoznacznie słyszalne w muzyce Echoes of Yul, ale z pewnością są gdzieś głęboko obecne.Echo 3

Jako, że jestestwem naszego współczesnego życia jest „piekło porównań”, stwierdzę, że wyczułem pewne powinowactwo stylistyczne z projektem kIRk. Rzecz jasna – pomijając trąbkę i wątki jazzowe. Znasz? Słyszałeś? Oponujesz?

Nazwa obiła mi się o uszy, ale nie znam muzyki tych panów – zdecydowanie po tym pytaniu nadrobię zaległości. Dla mnie jest to raczej „błogosławieństwo porównań”. Wychowałem się na katalogach mailorderowych w erze przedinternetowej i właściwe, rzeczowe i odnoszące się do innych zespołów porównanie było wtedy najlepszym opisem. Nie mogłeś posłuchać muzyki i byłeś zdany tylko na krótkie zdanie typu: „Helmet meets The Jesus Lizard meets King Crimson”. W ten sposób kupiłem płytę Dazzling Killmen (śmiech). Mam wrażenie, że współcześnie kwestia bezpośrednich porównań zeszła na dalszy plan bo każdy może od razu porównać słowo z dźwiękiem, co podejrzewam może być uciążliwe dla dziennikarzy – aktualnie w recenzjach dominują przymiotniki zamiast konkretów. Do tego zobacz jak „rozmyły” się niektóre definicje. Post-rock dwadzieścia lat temu oznaczał kompletnie inną muzykę niż teraz gdy właściwie każdy zespół używający delaya dostaje automatycznie przedrostek „post”. Ciekawy jestem jak wygląda to z Twojego dziennikarskiego punktu widzenia?

Definicje zawsze były potrzebne i zawsze były i będą kontrowersyjne. Słówko „post” jest dla mnie świetnym wytrychem, by dziennikarz nie musiał za długo myśleć. O wiele bardziej denerwującym określeniem jest np. „crossover”, który organicznie przynależy do mariażu metalu z punkiem, a w latach 90. został zawłaszczony do opisywania kapel łączących rock z rapem czy funkiem. Ale wracając do tematu: czy w swojej pracy dajesz sobie miejsce na coś w rodzaju „improwizacji”? Czy w przypadku tak generowanej muzyki jest w ogóle szansa na coś takiego? A jeśli tak – to czym różni się np. od improwizacji na „żywym” instrumencie. Zakładając, że klawisze i sample to martwa natura…

Klawisze czy samplowanie to zdecydowanie nie martwa natura czasem wydaje się że są bardziej nieprzewidywalne niż gitara. Większość utworów EOY w pierwotnej formie wychodzi od swego rodzaju „improwizacji” na gitarze. To zawsze jest kręgosłup: często mały fragment wycięty z wielogodzinnych „poszukiwań”. Ale mój „warsztat” kompozytorski jest odległy od improwizacji a`la Derek Bailey, bliższy budowaniu z często niemuzycznych fragmentów większej całości. Nagrywam kolosalne ilości śladów i instrumentów, a potem to wszystko redukuję, stroję i aranżuję. Czasem wychodzi z tego „Pałac Idealny” a czasem igloo (śmiech).

Co planujesz na najbliższe miesiące? Jakieś nowe wyzwania?

Do końca roku skupiam się na Echoes of Yul: mam kilka remiksów do zrobienia, w grudniu ukaże się jeszcze mała niespodzianka od EOY, a w styczniu albo lutym winyl „The Healing”. Potem planowałem zrobić sobie trochę przerwy od grania, ale wątpię czy mi się uda…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu