DROWN MY DAY – techniczne odwracanie krzyża

Ostatnimi czasy – sam nie wiem, czy spowodowane jest to wiekiem – głuchym na hałaśliwe dźwięki i im bardziej metalowy band, tym mniej słyszę. Tylko od czasu do czasu trafia się szpilka, przekłuwająca moje biedne uszy i takie wydarzenie miało miejsce przy okazji debiutanckiego długograja Drown My Day. Zasadniczo największym plusem „Confessions” jest fakt, że muzykanci skutecznie umykają pokusom melodyjnego ugłaskania muzyki. Dzięki temu dostajemy deathcore’owego obucha, łojącego łeb aż miło, w dodatku całkiem sprawnie operującego techniczną ekwilibrystyką. Niby nic nowego, ale zespół jest całkiem autentyczny w wykuwaniu ołowianych riffów. Może to i nowoczesne jest, przede wszystkim jednak potężne, dobrze nagrane/zagrane i bezkompromisowe. Polecam degustację a na przystawkę rozmowa z  Maćkiem „Groov” Korczakiem, odpowiedzialnym za krzyki i ryki oraz gitarzystą Sławkiem Wojtasem. 

Trochę musieliśmy czekać na nową płytę Drown My Day. Co się z Wami działo przez ostatnie dwa lata? Jakie wydarzenia utkwiły Wam w głowach, o czym zaś chcielibyście zapomnieć?

Groov: Przede wszystkim zagraliśmy masę pojedynczych koncertów i parę dobrych tras koncertowych. Zaczęliśmy się pojawiać także na coraz większych i przede wszystkim coraz lepszych festiwalach. Generalnie jesteśmy świadomi, że jeśli nie weźmie się swojego losu we własne ręce, to zespół jako nazwa po prostu gdzieś przeminie i band zostanie zapomniany. Wykorzystaliśmy wolny czas właściwie do maximum. Kiedy była tylko okazja to jechaliśmy na drugi koniec kraju bądź też DMD głównyza granicę aby trochę pohałasować.

Gracie muzykę, która stoi dość szerokim rozkrokiem między metalcorem a death metalem, sami opowiadacie się za tym ostatnim gatunkiem. Skoro tak, to jaka jest wasza definicja death metalu, gdzie są punkty wspólne z Drown My Day?

Groov: Przede wszystkim to ludzie, którzy nas słuchali od paru lat, zaczęli mówić, że Drown wraz z wydaniem „Confessions” to obecnie bardziej death metal aniżeli core. Czy to prawda – nie mnie oceniać. Fakt faktem, będąc pośrodku tak naprawdę dwóch różnych gatunków i środowisk ludzi jest po prostu ciężko. Jednych ani drugich nie zadowolisz do końca (śmiech). Jednym będzie przeszkadzać, że nudzą Cię breakdowny i nie lubisz popowych coverów zrobionych na „niby metal”, a drudzy wyszydzą bo założyłeś czapeczkę z daszkiem i nie masz długich batów. Myślę, że podobnie miał Frontside ponad dekadę temu gdy wydali „Nasze Jest Królestwo”, a potem „I Odpuść Nam Nasze Winy”. Muzycznie był to bardziej death metal, jednakże zespół wyrósł przecież na hardcore’owych korzeniach i w takim też środowisku się obracał. Własnej definicji death metalu nie posiadam. To przecież klasyki gatunku ją dawno ustaliły. Death metal zmienił się przez lata i tak naprawdę nawet w tym gatunku mogą być dwie kapele niby grające to samo, ale dwie różne rzeczy. Nijak ma się sam death metal do technicznych wywijasów na gryfie gitary. I również mam nadzieję, że Drown ma coraz bardziej doszlifowany, własny styl. Punkty wspólne? W „Got Some Guts?” śmiejemy się czasami, że jeden riff to takie Necrophagist trochę (śmiech).

Zaskakującym elementem, który usłyszałem na „Confessions” są wyraźne ukłony w stronę djentu – czy to przypadek, czy faktycznie staracie się być mocno na bieżąco, jeśli chodzi o to, co w podziemiu ryczy?

DSławek: Staramy się, aby nasza muzyka brzmiała nowocześnie, dlatego rzeczywiście, świadomie bądź nie, podłapujemy nowe, modne trendy w muzyce. Nie chcemy grać muzyki dla dinozaurów (śmiech). Uważam, że brzmienie Drown My Day jest dosyć mocno ukształtowane, stąd tego typu nawiązania tylko ubarwiają, a nie redefiniują nasz styl.

Śledzicie ekstremalną scenę – czy są rzeczy, płyty wydarzenia, które szczególnie wywołały w was jakieś reakcje, pozytywne/negatywne?

Groov: Bez bicia przyznam się, że nie śledzę już tak mocno sceny jak kiedyś. Nie wiem, czy to z braku czasu czy po prostu ze zmęczenia. Wydaje mi się, że przez to, iż muzyka jest teraz ogólnodostępna, a dobrych kapel jest coraz więcej, ciężko znaleźć w tym wszystkim coś dla siebie. W zeszłym roku najczęściej katowałem ostatni krążek Cattle Decapitation. To co tam się dzieje na wokalu to dla mnie ogromna inspiracja. Spodobały mi się także nowości od Dying Fetus i Aborted. W tym roku chyba najciekawiej wypadło Suffocation, osobiście dla mnie nagrali najlepszą płytę po reaktywacji. Miałem okazję zobaczyć zespół w tym roku na żywo – dla mnie miazga. No i ze świeżych tematów to oczywiście powrót Carcass – nagrali bardzo porządną płytę, nie jest to majstersztyk na klasę chociażby „Heartwork” – ale póki co nie schodzi mi z odtwarzacza ich krążek.

Jak na razie nowa płyta to Wasze najbrutalniejsze dokonanie. Zrezygnowaliście z melodyjnych wtrętów, każda sekunda to okrutny, brutalny wyziew – co spowodowało taki lekki zwrot w stosunku do poprzednich materiałów? Tym bardziej, że ewolucja zazwyczaj przebiega w odwrotnym kierunku.

Groov: To po prostu jakoś tak samo wyszło. Wydaje mi się, że każdy, kolejny nasz krążek przybiera na brutalności i jest po prostu bardziej metalowy. Prawda jest też taka, że zaczęliśmy cieszyć się i jarać trochę inną muzyką niż 8-10 lat temu. Wtedy najczęściej mogłeś u nas w odtwarzaczu znaleźć płyty kapel typu Parkway Drive. Było to coś nowego i świeżego. Dużą rolę pewnie odegrała też zmiana gitarzysty dwa lata temu. Sławek napisał na „Confessions” dwa numery – „F.O.F.A.B.” i „Dr Raus”, które świetnie wpasowały się w resztę materiału.

Czuć w tej płycie wyraźne ciągotki w stronę technicznego grania. W zasadzie przedrostek „tech” idealnie do Was pasuje. Czy komponowanie muzyki zaawansowanej technicznie jest bardziej pracochłonne, wymaga innego podejścia czy w waszym przypadku to bardziej naturalne i intuicyjne działanie?

Sławek: Z technicznymi riffami jest o tyle łatwiej, bo istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś już tak zagrał. Z kolei oparcie całego utworu na dwóch, trzech riffach jest proste, bo nie trzeba się tyle głowić nad kompozycją. Chcemy, aby nasza muzyka była ciekawa instrumentalnie i jak najmniej wtórna; może dlatego dużo kombinujemy, chociaż nie uważam, żeby nasze utwory były jakoś szczególnie złożone. Pisanie skomplikowanych kawałków jest rzeczywiście czasochłonne, ale właśnie w ten sposób podchodzimy do grania.

 techniczne odwracanie krzyża

techniczne odwracanie krzyża

Patrząc na okładkę płyty i tytuł od razu widać, że nie będzie łatwo jeśli chodzi o przekaz. Jakie słowa, idee, kryją się pod tym tytułem, obrazkiem?

Sławek: Powiem tak, „Confessions” nie jest koncept albumem. Niektóre teksty na płycie są faktycznie osobiste, mogą kojarzyć się z pewnego rodzaju spowiedzią, inne z kolei czerpią z filmów i kultury ogółem. Jeszcze inne są po prostu rasowymi, death metalowymi manifestami. Okładka albumu stanowi próbę interpretacji tytułu płyty z różnymi dodatkami, jak na przykład klasyczny już odwrócony krzyż. Chociaż w zasadzie, to nie wiadomo jaki krzyż powinno się nazywać odwróconym.

Uważacie, że można słowami piosenek rockowych zmieniać ludzi, albo chociaż dać im coś do myślenia?

Sławek: Na pewno tak, ale główną siłą rocka jest energia i ekspresja płynąca z samej muzyki i jej wykonania. Teksty mogą jednak powodować, że utwory mają głębszy wymiar. Sam niejednokrotnie odnajdywałem jakieś fragmenty, które mnie do czegoś zainspirowały, pomogły zrozumieć pewne kwestie, wnosząc świeże spojrzenie i bagaż cudzych doświadczeń. Muzyka jest bardzo atrakcyjną formą szerzenia idei itp., bowiem dzieje się to niejako „przy okazji”. Ludzie słuchają wykonawcy początkowo głównie dla samej muzyki, ale z czasem rośnie znaczenie także i warstwy tekstowej.

Jak wygląda przygotowanie muzyki – skupiacie się na technice, czy kompozycji. Pytanie ważne w kontekście pewnej wypowiedzi, w myśl której w dzisiejszych czasach wymyślono już wszystkie, możliwe riffy i harmonie, dlatego jedynym sensem jest skupienie się na technice i obmyślanie różnych, zaskakujących rozwiązań aranżacyjnych…

Sławek: Technika jest narzędziem, środkiem wyrazu, a nie celem samym w sobie, dlatego zawsze skupiamy się na kompozycji, na którą patrzymy bardzo całościowo. Oczywiście, wszystko zaczyna się od jednego riffu, ale dalszy ich dobór nie może być przypadkowy. Jasne, że jest ciężko wymyślić coś nowego, ale sprawę ułatwia fakt, że jako ludzie różnimy się od siebie, inne rzeczy nas inspirują, inne nas ukształtowały artystycznie, dlatego w naszych dziełach zostawiamy jakiś swój pierwiastek. Jeśli dodatkowo zmieszamy wkład całego zespołu, możemy otrzymać coś na swój sposób niepowtarzalnego.

Sesja nagraniowa – dzisiaj mamy pełno możliwości, studia takie i owakie, jednak mam nieprzyjemne wrażenie, że od jakiegoś czasu wszystkie death metalowe płyty brzmią dokładnie tak samo. Wprawdzie są jakieś tam wyjątki (Portal itp.), jednak brutalna scena, po flircie z melodiami, hardcorem i grindem, doszła tym razem autentycznie do ściany. Czy widzicie możliwość pchnięcia tej muzyki, szczególnie pod względem produkcyjnym, do przodu?

Sławek: Nie jestem ekspertem on realizacji i produkcji, ale wydaje mi się trzeba wypierdolić/wypieprzyć te wszystkie gadżety i zabawki do śmieci i nagrywać tak, jak robiło się to kilka, kilkanaście lat temu. Mniej plastiku, więcej duszy i naturalnego brzmienia sprzętu. Nie wiem, czy jest to kwestia braku czasu, zbyt małego budżetu czy osobistych preferencji, ale moim zdaniem to właśnie nagrywanie płyt zbyt szybko i zbyt łatwo powoduje wrażenie, o którym mówiłeś.Live

Płytę wydała stajnia Noizgate – dlaczego oni? W Polsce nikt nie był zainteresowany?

Groov: Kiedy własnymi środkami wydaliśmy w 2010 roku ep „Forgotten” byliśmy świadomi, że to poniekąd być, albo nie być dla zespołu. Jedno demo i dwie ep – ki na koncie, zespół grał wtedy już cztery lata i trzeba było pomyśleć nad czymś większym. Wysłałem „Forgotten” praktycznie wszędzie, gdzie się tylko dało. Dostaliśmy masę odpowiedzi. Duża część oczywiście także nie była w ogóle zainteresowana tym co gramy, ale to przecież zrozumiałe. Krajowe wytwórnie milczały jak grób. Zero odpowiedzi, zero maili – po prostu nic. Zresztą łatwo zauważyć, że w naszym kraju muzyka będąca gdzieś na pograniczu death metalu i hardcore’a jest po prostu martwa dla mediów, większych festiwali etc. Propozycja ze strony Noizgate była jasna i konkretna. Nie zastanawialiśmy się długo, wzięliśmy się do pracy nad longplayem i tak w kwietniu tego roku pojawiło się „Confessions”. Jesteśmy jak najbardziej zadowoleni.

DMD Live1Kwestie promocyjne, koncerty itp. można znaleźć na waszym FB, mnie interesuje za to do kogo w zasadzie adresujecie muzykę? Bo raczej nie sądzę, że uda się przebić do środowiska death’owych betonów. Czy pozostaje zatem scena hc/deathcore/metalcore, czy macie jakiś pomysł, jak dotrzeć do szerszej publiczności?

Groov: Tak jak wspomniałem wcześniej – będąc pośrodku dwóch gatunków jest po prostu bardzo ciężko. Jako zespół też nigdy na siłę się nigdzie nie wciskamy. W kraju, kiedy odbywa się koncert jakiejś kapeli, która gra stylistycznie podobnie do nas nie próbujemy na siłę pchać się jako support, tak jak to robią niektóre bandy. Owszem, zdarzają się takie przypadki, bo któż nie chciałby zagrać przed jedną ze swoich ulubionych kapel? Ale to naprawdę bardzo rzadka sytuacja. By nie odbiegać zbytnio od pytania – nie mamy raczej konkretnego targetu ze swoją muzyką. Cieszy mnie ogromnie, kiedy ktoś ze stricte death metalowego środowiska napisze do nas, że mimo tego iż nie trawi w ogóle takiego grania podchodzącego pod deathcore to darzy Drowna ogromnym szacunkiem i naprawdę lubi to co robimy.

Zachodnia wytwórnia gwarantuje coś takiego jak koncerty poza Polską, czy bazujecie na swoich, wypracowanych kontaktach?

Groov: Jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Noizgate – wytwórnia pomogła nam pojechać na 10 dniową trasę z metalcore’owcami Placenta z Berlina. Odwiedziliśmy kilka dużych miast w Niemczech, zahaczyliśmy także o Belgię i Luksemburg. To był naprawdę fajnie spędzony czas. Mimo, że frekwencja na niektórych koncertach była po prostu marna,DMD Drum2 to na każdej kolejnej trasie uczymy się coraz więcej. Po wydaniu płyty, o dziwo, nie dostaliśmy żadnych konkretnych propozycji ze strony labelu. Większość koncertów i tras ogarniam sam na własną rękę. Scena tak żyła od zawsze i czasami bardzo się cieszę, kiedy widzę ile w Drownie jest tzw. DIY. Miejsce, w którym jest zespół to po prostu nasza ciężka praca. Dziwię się widząc ile jest młodych kapel, które nagrywają naprawdę fajne ep – ki, ale nie biorą się za bardzo do pracy, by coś więcej zdziałać. To już nie są czasy, kiedy demówki sprzedają się w nakładzie kilkuset bądź kilku tysięcy kopii. Niestety, większość kapel nadal żyje w świadomości, że po nagraniu kilku dobrych utworów nagle do ich sali prób zapuka miły Pan menadżer, właściciel wytwórni/agencji koncertowej i zaproponuje sympatyczny deal dla młodych, uzdolnionych muzykantów.

Ostatnie słowo dla Was…

Groov: Dziękujemy bardzo za bardzo fajne i ciekawe pytania. Na jesień i zimę planujemy odwiedzić sporo nowych i dobrze znanych nam miejsc. Śledźcie nas na facebook’u i wpadajcie na koncerty. Dzięki!

Rozmawiał Arek Lerch

Rysunek awatara: Robert Borbas

Zdjęcia: Baz Boski

The Eye Of Every Storm