DRIP OF LIES – Energia, która pierdolnie w głowę…

Hardcore brudny, motoryczny, pełen wściekłości, skąpany w czerni i obsiadły przez kruki. Innymi słowy d-beat / crust. W takiej właśnie stylistyce realizuje się warszawska horda Drip of Lies. Zespół to młody stażem, ale wyjątkowo dynamicznie działający, co w nieprzychylnych jakiejkolwiek kreatywności polskich warunkach, zasługuje na konkretny szacun. Chłopaki objeżdżają systematycznie Europę, głosząc apokalipsę wg samych siebie, a już niebawem powinni przypuścić soniczny atak za pomocą longa, do którego nagrania się przymierzają. Zanim dojdzie do realizacji tego planu, przeczytajcie wywiad, jakiego udzielili nam członkowie Drip of Lies – wokalista Doman i gitarzysta Pav. (Sebastian)

Dziś rozpoczynacie trasę, która zabierze was w wiele miejsc – na rozpisce są Czechy, Niemcy, Włochy, Szwajcaria, Belgia, Holandia. Niewiele młodych grup jest w stanie zabukować sobie taką turę, wymaga to chyba całkiem sporo zachodu?

Doman: Wszystko to ogarnia Paweł. Gdyby nie jego kontakty, to marne szanse byłyby na organizację tej trasy.

Pav: Wszystko to kwestia wysiedzenia kilku godzin na necie i rozesłania setek maili, z których jakiś rezultat da dwadzieścia. Mam namiary na konkretne miejsca, które poznałem grając w The Fight lub o których dowiedziałem się od kogoś innego. Piszę do przyjaciół, rozsyłam maile po klubach… W taki sposób to funkcjonuje.

W każdym razie nie pierwsza to wasza trasa i nie jeden raz graliście już za granicą.

Doman: Tak, ostatnia nasza trasa miała miejsce w kwietniu. Zaliczyliśmy wtedy Niemcy, Czechy, Słowenię, Chorwację, Rumunię, Węgry i Słowację.

Pav: Słowem kółeczko po środkowej Europie, którego najdalej wysuniętym na południe punktem była Chorwacja.

Doman: Za kilka miesięcy szykuje nam się większa trasa po Bałkanach. Dostaliśmy już zaproszenie, ale zobaczymy jak to się dalej potoczy.

Pav: Chcemy dotrzeć do Grecji i wrócić przez Włochy (śmiech).

Dwa słowa o waszej muzyce… Zapytam wprost: dlaczego takie brzmienie? Dlaczego właśnie d-beat / neo-crust? Co porwało was w takim graniu?

Pav: Po prostu najlepiej się w nim odnajdujemy. Ja osobiście słucham dużo takiej muzyki, ale ogólnie rdzeń tego zespołu jest na maksa punk rockowy. Wychowaliśmy się na punkowej klasyce, a dalej każdy ewoluował w innym kierunku. To, co teraz robimy jest swoistym punktem stycznym naszych zainteresowań. Tego słuchamy i to sami chcemy usłyszeć. Zawsze chciałem nagrywać płyty, które będę mógł włączyć i powiedzieć sobie: „Ooo, spoko granie!”.

Doman, w trakcie koncertu powiedziałeś dziś, że wszystkie twoje teksty opowiadają o nieszczęśliwej miłości. To żart czy jednak jakaś przewrotna prawda w tym się kryje?

Doman: Jest w tym trochę prawdy, choć może niekoniecznie piszę o miłości. Dla nas jako ludzi, którzy wychowali się na punku, idee takie jak wegetarianizm, antyfaszyzm czy antymilitaryzm są oczywiste. Czasem nawet, gdy stykam się z kimś spoza sceny, odczuwam dyskomfort, kiedy on tego nie rozumie. Sam nie czuję jednak potrzeby, aby poruszać takie treści czy wręcz agitować. Bardziej emocjonują mnie przyziemne sytuacje, np. to, że potrafię się wkurwić tak bardzo, że trudno jest mi się uspokoić. To jest moim zdaniem bardziej prawdziwe, a przez to warte opisania. Najłatwiej jest mi też pisać o tym, co dotyka mnie najmocniej.

Pav: Jasno określamy się za czym stoimy, ale poruszanie tych treści w tekstach mija się trochę z celem. Wszystko zostało już powiedziane ze sceny setki razy. Nam chodzi raczej o energię, która pierdolnie słuchacza w głowę.

Powiedzieliście, że rdzeń zespołu jest totalnie punkowy. Jestem ciekaw jak odparlibyście zarzut, że muzycznie uprawiacie nie punk rocka, lecz metal? Wiem, że to idiotyczne pretensje i dopierdalanie się dla samego dopierdalania, ale jednak takie głosy czasem się podnoszą.

Doman: Niektórym punk kojarzy się tylko z zespołami typu Rancid, które moim zdaniem mają z nim niewiele wspólnego. Sam dorastałem przy kapelach spod znaku ’77, potem był hardcore, metal, znowu punk itd… Dla mnie kluczowe jest nastawienie. Jeśli jesteś gotów wsiąść w samochód, jechać sześć godzin, rozstawiać się czterdzieści minut, zagrać dwadzieścia i potem spać na podłodze, to to jest właśnie punk.

Pav: Punk to stan umysłu, a nie konkretne brzmienie. Czy gramy metal, czy gramy jak Zielone Żabki jest już marginalną sprawą.

Doman: Ogólnie takie sztywne definiowanie punka mamy w chuju.

Zauważyłem naklejkę z hasłem „Warszawa pierdoli nazioli” na futerale od gitary jednego z was. Ciekawi mnie wasze zdanie na pewien temat… Już kilka razy zetknąłem się ze zdjęciami zespołów hardcore’owych, na których któryś z członków miał na sobie koszulkę Burzum. Wiadomo, że raczej na pewno ci ludzie nie podpisują się pod poglądami Varga, niemniej czy waszym zdaniem można słuchać muzyki pomijając zupełnie ideolo, jakie za nią stoi?

Pav: Za siebie mogę powiedzieć, że jeśli jeden gość w danym zespole jest chujowy, to za chujowy uważam i sam zespół, choćby nie wiem jak zajebistą muzykę grał. Staram się nie słuchać takich kapel.

Doman: Prawda jest też taka, że stykałem się z członkami różnych lubianych przeze mnie kapel i niektórzy okazywali się skończonymi chujami. Wtedy od razu cały wizerunek grupy upadał w moich oczach. Jeśli chodzi o Burzum, to Varg po wyjściu z więzienia powiedział w jakimś wywiadzie, że pierdoli nacjonalistyczną scenę black metalową i interesuje go tylko muzyka, jaką tworzy. Ciężko jednoznacznie wypowiedzieć się na jego temat. Sam mam znajomych chodzących w koszulkach Burzum i wiem, że mają dobrze poukładane w głowie, więc nie stanowi to dla mnie jakiegoś problemu.

Już listopad, a wy mieliście poważne plany nagraniowe na tę jesień…

Pav: Wciąż je mamy, ale będzie trzeba przesunąć nieco sesję. Na początku wakacji postanowiliśmy sobie nagrać dużą płytę, ale byliśmy w ciągłych rozjazdach. Pewnie, że można było zebrać się jakoś i zrobić wszystko w tydzień na pełnej spince. Lepiej jednak usiąść i dopracować wszystko na spokojnie, tak, by materiał miał ręce i nogi. Robienie czegokolwiek na chybcika nie ma sensu.

Doman: Każdy z nas jest dość mocno zajęty, większość gra w innych kapelach, pracuje…

Pav: 70% numerów z dzisiejszego setu to praktycznie całkiem nowe rzeczy. Po powrocie z trasy, zaczniemy grać próby i nagramy wreszcie album.

A jaki był odzew na debiutancką EP-kę? To międzynarodowe wydawnictwo, więc ciekawi mnie czy gdzieś poza Polską szczególnie się spodobała?

Pav: EP-ka jest już niemal praktycznie wyprzedana. U niemieckiego wydawcy zostało parę sztuk, koleżka z Hiszpanii też mówił, że rozchodzi się nieźle. Jeździłem trochę po Europie w wakacje i rozglądałem się za nią, więc wiem, że nikt tego na siłę nie wciskał dystrybutorom. Jak na zespół istniejący raptem od dwóch lat, nie mamy powodów do narzekania. W polskich distrach też zostały już w zasadzie końcówki nakładu.

Domyślam się, że w przypadku pełnowymiarowego albumu priorytetem będzie wersja winylowa?

Pav: Tak, duża płyta także ukaże się w kooperacji hiszpańsko-niemiecko-polskiej, na winylu i kompakcie. Koniec zimy 2011 roku to najbardziej realistyczny termin jej wydania.

To chyba najrozsądniejsza forma wydania winylu – we współpracy kilku wydawców?

Pav: Oczywiście. Ale spoko, winyl wrócił. Na zachodzie jest znów popularny od kilku lat, a teraz w Polsce ludzie teraz coraz częściej go kupują. No i bardzo dobrze.

A taka wytwórnia jak Rebel Snowman to wasze przedsięwzięcie?

Pav: Tak, ja ją założyłem, choć to wytwórnia w cudzysłowiu. Po prostu dołożyłem się do wydania EP-ki. Rebel Snowman to bardziej grupa pięciu osób organizujących koncerty w Warszawie. Robimy dużo imprez DIY, także gigów na trasach zespołów, które przejeżdżają przez Polskę

A Drip of Lies też gra na tych imprezach?Pav: Nie, my nigdy na nich nie występujemy (śmiech). Nie byłbym w stanie angażować się w koncert jako organizator i jeszcze sam na nim zagrać. Za dużo jest roboty, której ogarnięcie wymaga całej uwagi. Nie mogę sobie pozwolić na spuszczenie imprezy z oka choćby na godzinę.

Ostatnie pytanie: kim lub czym jest smutny chuj?

Doman: O smutny chuj (śmiech)!

Pav: To takie nasze własne „o do licha”. Pojawiło się po raz pierwszy w trakcie kłopotliwej sytuacji w Chorwacji, kiedy na granicy wjebali nam wysoki mandat.

Doman: Wybieraliśmy się na plaże, wszyscy w super nastrojach, gdy nagle zatrzymali nas celnicy. Przetrzymano nas kilka godzin i dojebano mandat, który jeszcze długo spłacaliśmy.

Pav: Okazało się, że przewozimy broń.

A co to była za broń?

Doman: Taka mała teleskopowa pałka. Żeby było zabawniej, wyprodukowana w Chorwacji.

Pav: Gdzieś tam się walała na dnie wozu, a celnicy z uśmiechem na twarzy wyciągnęli ją ze słowami: „Ooo, 350 euro się należy!”. Wtedy właśnie Kuba powiedział „O smutny chuj!” i tak przylgnęło do nas to przekleństwo.

Jak najmniej takich przygód w takim razie, ale o tej porze roku i tak nie macie chyba co wybierać się na plażę…


Rozmawiał Sebastian Rerak