DR MISIO – złodziej emocji

Pogo zamyka paszcze wszystkim malkontentom, którzy narzekali, że Dr Misio to zespół i jednorazowy wybryk Arka Jakubika. Nie ma wybryku, nie ma „Mr Huia”, jest poważna muzyka i konsekwentne budowanie „misiowego” klimatu. Bardziej poważne, nieco stonowane spojrzenie na pokolenie zagonionych szczurów, co pierwszą siwiznę mają już za sobą. Smutek jest, zabawa trwa. Bez pokazywania dupy, za to z dużym obnażeniem emocjonalnym. O tych i innych sprawach rozmawiałem z Arkiem Jakubikiem i gitarzystą Pawłem Derentowiczem…

Słuchając debiutu Dr Misio, stworzyłem na własny użytek teorię, że ten zespół jest taką dźwiękową inkarnacją twórczości Wojtka Smarzowskiego…

Arek Jakubik: Jest w tym dużo prawdy, ale bardziej pod kątem sytuacji wizualnej zespołu. Muzycznie, Smarzolowi nie jest do końca z nami po drodze, jeśli już, to pewnie literacko, bo jest fanem Świetlika i Vargi. Ponieważ jednak reżyserował teledysk do piosenki „Młodzi”, przyczynił się do pomysłu związanego z założeniem „oldskulowych” ciuchów – chodzi oczywiście o siatkowe podkoszulki – „żonobijki”, klapki Kubota, pogrzebowe garnitury, bawełniane gacie itp. To mieściło się w koncepcji scenariusza i od tamtej pory Dr Misio funkcjonował w takiej, PRL-owskiej siermiędze, a ten wizerunek jest przecież bliski klimatom Smarzowskiego.

Jak w zasadzie doszło do Waszego spotkania – wydaje mi się, że funkcjonowaliście w różnych przestrzeniach, Arek zajęty był karierą aktorską. Przypadek?

Paweł Derentowicz: Kilkanaście lat temu spotkaliśmy się na płaszczyźnie zawodowej i imprezowej. A imprez było sporo, zawsze kończyły się śpiewaniem i szaleństwem; poczuliśmy wtedy, że jest fajna jazda, że Arka rozrywa od środka i kiedyś w końcu padło hasło – może by tak sobie pograć? Na początku – był to taki tenis po pracy, potem okazało się, że mamy paręmisio ok 002 piosenek, że zaczynamy grać kawałki i zaczął się konkret.

Zazwyczaj określa się Dr Misio jako kapelę rock’n’rollową, ja jednak czuję w tym trochę innych klimatów, chociażby nową falę… Czy było między Wami coś takiej jak docieranie stylistyczne? Bo śpiewający aktorzy to jednak mało rock’n’rollowe połączenie…

Arek: Mam taką teorię, że Dr Misio to pięć niezależnych bytów, mentalnych planet. Paweł, jak byś nazwał to co gramy?

Paweł: To najgorsza rzecz o jaką możesz mnie zapytać… Nigdy muzyki nie szufladkowałem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jak mi się coś podoba, to gram. Jazz, rock, czy klasyka. Trudna sprawa…

Arek: Chciałbym tu przywołać wspomnienie zespołu Pawła, trochę dzisiaj zapomnianego, o nazwie Holloee Poloy, w którym śpiewała Edyta Bartosiewicz. Płyta „The Big Beat” oparła się próbie czasu i robi dzisiaj niesamowite wrażenie, szczególnie za sprawą jego schizofrenicznej gitary. Z kolei nasz basista grał przez wiele lat ze Staszkiem Sojką, perkusista występuje z Izraelem, a klawiszowiec uczy muzyki w przedszkolu. Ja lubię Rage Against The Machine, a kiedyś śpiewałem covery AC/DC, nieudolnie naśladując Briana Johnsona. Prawdziwie eklektyczna zbieranina. Pierwsza płyta Dr Miso to było macanie się. Ci co jej nie lubią, powiedzą, że Dr Misio nie wiedział co i jak chciał grać. Musiało upłynąć parę lat, byśmy mogli nagrać płytę „Pogo”, która jest jednorodna, spójna, nie ma takiego skakania ze stylu na styl. Chociaż kiedyś zaczęliśmy gadać o numerze „Metro”. Wyszło, że w drugiej części refrenu pojawia się mocna gitara à la Tom Morello. Pamiętam Olafa Deriglasoff’a, producenta muzycznego, który mówił – grajcie ten fragment mocniej, mocniej! A potem, kiedy pojawia się zmiana metrum, kawałek zaczyna brzmieć… jakby go wymyślił Ritchie Blackmore. I w tym samym numerze pojawia się w refrenowych chórkach seattlowska skala, jak z Kurta Cobaina. W jednej kompozycji tyle wpływów. A jednak pozostaje spójna…

Paweł: Dla mnie zróżnicowanie debiutu było zaletą; uważam, że eklektyzm gdzieś tam na „Pogo” pozostał i cały czas funkcjonuje. Jeśli jest to rodzaj muzyki – to powiedziałbym, że Dr Misio gra „eklektyczny rock”.

Wnioskuję z tego, że Dr Misio to bardzo demokratyczny twór…

Paweł: Nie lubię demokracji i uważam, że w naszym zespole jej do końca nie ma.

Arek: Na pewno trzeba siebie słuchać, inspirować się wzajemnie, czasem jest też potrzebna awantura, ale decyzji nie możemy podejmować wszyscy. Z drugiej strony Dr Misio ma otwartą formułę, każdy przynosi pomysły – jak spojrzysz na „stopkę”, to wszyscy mają tam swoją działkę w wymyślaniu muzyki.

Paweł: Wrzucamy pomysły do pralki, one się mielą i coś tam z tego na końcu wyskakuje. Poza tym ważna jest osoba producenta, którzy rzuca na to wszystko okiem i mówi: ok, to zostawiamy a to wrzućmy jeszcze raz do pralki.

Przy okazji pierwszej płyty było oczywiste, że wszyscy traktowali Dr Misio jako „zespół Arka Jakubika”. Czy przy okazji „Pogo” sprawa się już „przegryzła”? Zyskaliście świadomość społeczną jako zespół?

Arek: Ja tego nienawidzę, bo Dr Misio to zespół. Natomiast, kiedy organizatorzy, przygotowując koncerty, wrzucają coś takiego na plakat – nie protestuję. Zdaję sobie sprawę, że to wymóg promocyjny, cena jaką musimy zapłacić – gęba Jakubika, który musi to firmować. Ale powtarzam, że Dr Misio to 5 facetów…

złodziej emocji

złodziej emocji

Istotnym elementem są teksty, dość boleśnie rozprawiające się z naszym, siermiężnym życiem, jednak pisane przez autorów z zewnątrz. Jak wygląda ta sprawa od kuchni – dostajesz gotowe liryki czy powstają one na podstawie Twoich sugestii?

Arek: Pracuję w słowie i mam do niego ogromny szacunek. Jeśli chodzi o Świetlickiego – dostaliśmy zgodę, że możemy brać wszystko a jak wiadomo, kolega Marcin sporo w życiu napisał. Wybieram te jego teksty, które są mi bliskie emocjonalnie, z którymi się utożsamiam i które będą pasować do naszego zespołu. Inaczej jest z Krzysztofem Vargą – od wielu lat się kumplujemy i łączy nas nić pozawerbalnego porozumienia. Często, kiedy przynosi nowy tekst, dziwię się – stary, ja tak mam! skąd o tym wiedziałeś?! Łączy nas więcej niż można się spodziewać. Jego teksty są u mnie trafione w punkt, jakbym w splot słoneczny dostał. Obrabiam je, wyciągam rzeczy, do których mam emocjonalny stosunek. Krzysiek i Marcin zaakceptowali, że ja jestem takim złodziejem emocji, że muszę im to zabrać, przepuścić przez siebie i pod każde słowo podłożyć swoje wspomnienia. Po to, żeby nie być odtwórcą, tylko podmiotem lirycznym każdej piosenki.

Dla mnie jest to dosyć paradoksalna sprawa – bawicie ludzi, jednocześnie ich obrażając i dołując. No a panowie po czterdziestce szczególnie dostają w łeb…

Paweł: Arek ma to „coś”; wiesz, jeden powie „ty chuju”, „jesteście starymi chujami” i zabrzmi to jak obelga. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Arka, serwującego takie teksty ze sceny, to wymiękłem. Widziałem, że ludzie nie bardzo wiedzieli jak zareagować. Jedziesz dalej i widzisz, że oni się z tego cieszą. Oprócz tego – my się bawimy muzyką, są pozytywne emocje, ale przekaz jest taki, że można się pociąć; to jest dziwne, ale jednocześnie fajne…

Arek: Bardzo chętnie wszedłem w stylistykę oldskulowego PRL-u, tych podkoszulków, itp… Gdybyśmy mieli w naszym wieku założyć punkowe glany, bojówki, t-shirty z hasłami i grać „Psa”, „M jak morderstwo” czy „Śmierć w Tesco” , mogłoby to wyglądać odrobinę żenująco. Dlatego potrzebny był cudzysłów, odrobina wentylu bezpieczeństwa. Przekaz jest bardzo na serio – o miłości, przemijaniu, starzeniu się, śmierci i to wszystko w naszym wydaniu , podane jeden do jednego, mogłoby być odrobinę pretensjonalne. Ale jak się schowaliśmy za taką trochę „misiową” estetyką, to to po prostu przechodzi i działa jeszcze lepiej. Przekaz się broni, a ludzie odbierają to pozytywnie.

Ktoś jednak już Wam zarzucał, że przekaz jest mocny, kontrowersyjny, a Ty w jakimś programie śniadaniowym byłeś miły i bardzo „ugłaskany”. Pewnie ludzie czekali, że zaczniesz kląć…

Arek: Albo zdejmę spodnie i pokażę gołą dupę (śmiech). Dobre pytanie. Zmagamy się z tym za każdym razem, kiedy stajemy przed wyborem – gdzie jest ta granica, za którą Dr Misio nie powinien się posunąć, chcąc grać muzykę jaką gra, mając rzesze fanów o takiej wrażliwości. Gdzie jest granica dawania dupy?… Ja sobie tę granicę postawiłem w sposób bardzo wyraźny – dla naszego zespołu zrobimy wszystko, pójdziemy nawet do piekła, jeśli tylko ktoś będzie mógł się dowiedzieć, że istnieje Dr Misio i gra zajebistą muzę. Pójdziemy do „dzień dobry tvn” i każdej telewizji, bo kochamy naszą muzykę i chcemy o niej mówić, informować, żeby dotarła do każdego. Mamy świadomość, że nie jesteśmy zespołem z list przebojów, że nie będzie nas puszczać radio. Gramy alternatywną muzykę i chcemy ją po prostu grać wszędzie.

Paweł: Robi się to wszystko po to, żeby później się okazało, że na koncercie w Strzelcach Opolskich tańczy babcia z dziadkiem…

Arek: I tańczą do „Mr Huia”, śpiewają refren. A być może „Mentolowe Papierosy” zobaczyli właśnie w „pytaniu na śniadanie”. Dlatego przyjdą na nasz koncert. Nie zmienimy się i nagle nie zostaniemy klezmerami, którzy będą grać fajne kawałki do tańca, tylko gramy swoje. Choć miałem przez chwilę problem, kiedy rok temu Universal zapytał, czy pojedziemy na festiwal TopTrendy właśnie z „Mentolowymi Papierosami”. Zagraliśmy w końcu i nikt się na nas nie obraził. Myślę, że dzięki temu parę osób dowiedziało się o naszym istnieniu. Dostaliśmy nawet nagrodę dziennikarzy, był to w sumie fajny wyjazd…

Powiedzieliście, że dla zespołu zrobicie wszystko. A czy jest coś, czego byście nie zrobili? Bo np. Behemoth robi ciągle przewały i każda blokada tego zespołu powoduje, że jeszcze bardziej zyskują na popularności… Brak granic – najlepszą promocją?

Paweł: Ja chyba za głęboko w te satanizmy bym nie wchodził. Mogę pójść na koncert, ale trochę się obawiam odwoływać do takich sytuacji.

Arek: Prowokacja dla samej prowokacji i to jeszcze wyrachowanej, kompletnie mnie nie interesuje. Znam Nergala i wierzę mu. On tego nie robi z wyrachowania. Gra po prostu swoją znakomitą muzykę. Przekładając to na Dr Misio… Wiesz co – te koncerty, zwłaszcza w starej, oldskulowej odsłonie, były w pewien sposób prowokujące, obrażające ludzi: polewanie wodą, zdejmowanie spodni, pokazywanie gaci, itp… – a wszyscy patrzą, czy coś spod tych gaci nie wyleci. Bałem się, żeby ta prowokacja czy koncertowy show nie stały się ważniejsze od samej muzyki. Dlatego zrobiliśmy świadomie krok w tył. Wyrzuciliśmy „żonobijki” i oldskulowe artefakty do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, założyliśmy eleganckie garnitury i gramy po prostu swoją muzykę. Oczywiście, czasami ten „Mr Hui” z nas wychodzi, bo to jest pewien rodzaj energii i wrażliwości. Ale sama wyrachowana prowokacja nas nie interesuje. Bo żeby podbić napięcie, podnieść poprzeczkę, to trzeba by teraz już zdejmować gacie i pokazywać swojego pindola, a chyba nie o to chodzi.

Paweł: Prowokacja to nie jest szczęśliwe słowo bo po prostu można zrobić wszystko do momentu, kiedy jest to szczere, naturalne i prawdziwe. Kiedy zaczyna się kombinowanie, wtedy to nie działa. Ludzie od razu to wyczuwają, w związku z tym nie ma tej granicy. Granicą jest tylko szczerość, emocje, które masz w sobie. Zresztą, ja tam za dużo możliwości nie mam, stoję sobie tylko z gitarą.

Arek: Mógłbyś przecież zrobić pauzę, zdjąć spodnie i szczerze pochwalić się, czym cię natura obdarowała… (śmiech).3

Czy ten krok w tył w jakiś sposób koreluje z obecnością ludzi na koncertach, bo czasami miałem wrażenie, że 40% osób przychodzi zobaczyć Arka, który chodzi na czworakach po scenie…

Paweł: Zagraliśmy parę koncertów i było bardzo fajnie, ludzie kupili to co mieliśmy do zaproponowania. Nie było gorzej niż przed tym, choć oczywiście, było skandowanie – „zagrajcie chuja!”

Arek: Kochamy naszych fanów i kiedy będą żądali, żeby w trakcie bisów zagrać ten kawałek, to nie powiemy im „fuck off”, bo gramy koncert dla nich. Jednak w repertuarze, który mamy do zaproponowania, estetyce i wrażliwości, tamten etap jest przeszłością. Ale zdarza się, że ludzie proszą o coś takiego i my w to wchodzimy.

A rock’n’rollowe życie jest – co się zdarza za kulisami?

Paweł: Zbiliśmy jeden kryształowy żyrandol… Ale telewizor nie poleciał. Mamy swoje lata na takie szaleństwo.

Arek: Powiem tak… Podstawą jest wielki, amerykański „misiobus”. Mamy takiego. I ten „misiobus” jest po koncercie zapakowany jak śledzie wybranymi fanami – zabieramy ich i zaczyna się impreza. Dr Miso to rock’n’rollowa kapela i nic się od lat nie zmienia.

Czy w kontekście tekstu „Modlitwa” z nowej płyty – wystąpilibyście w programach typu Must Be The Music itp.?

Paweł: Ja nie oglądam telewizji i nie wiem, jakie są teraz modne programy…

Arek: Powiem Ci, że ja się od takich programów trzymam z daleka. Miałem propozycję udziału jako juror w jednym z takich „talent show” i… – o! – tu była właśnie taka granica. Producent programu „pojechał” oczywiście maksymalnie – że Dr Misio będzie promowany, że wystąpimy w finałowym odcinku, ale ja po prostu takich rzeczy nie potrafiłbym robić. Mam straszny problem, żeby ludzi oceniać, krzywdzić, mówić im co jest dobre, a co złe. Dlatego gramy swoje i tyle…

Debiut ukazał się jako wznowienie w wersji z DVD, czy możemy zatem oczekiwać, że w przypadku „Pogo” też knujecie jakieś niespodzianki? Będzie znowu edycja specjalna?

Paweł: Będzie edycja specjalna, znajdą się na niej cztery nowe kawałki, które nagraliśmy i nie weszły na płytę oraz koncert, który zagraliśmy na Woodstocku. Mamy zarejestrowany materiał na pięć kamer, przez ludzi, którzy przez nas zostali specjalnie poproszeni o realizację. Jestem tego ciekaw, bo to nagranie, ten dźwięk pokażą prawdę o tym koncercie…

Arek: Jeszcze jedna fajna wiadomość – dostaliśmy informację, że pierwsza i druga płyta Dr Misio zostanie wydana winylach!

Na koniec pytanie do Ciebie, Arku, o twoją najnowszą produkcję, czyli film traktujący o wydarzeniach wołyńskich. Nie obawiacie się eskalacji kontrowersji, w kontekście sytuacji na wschodzie? Moment jest ciężki…

Arek: Przyjmując propozycję udziału w filmie Wołyń w jednej z głównych ról – Macieja Skiby – musiałem sobie postawić wyraźną cezurę. Aktor jest od tego, żeby opowiadać, jak mu się podoba scenariusz, jak pracowało się na planie z reżyserem i z aktorami, wreszcie jak sam pracował nad swoją rolą… Natomiast o polityce i historii niech rozmawiają politycy i historycy. To co ja sądzę o tamtych wydarzeniach to jest moja sprawa. Mam do tych wydarzeń swój prywatny stosunek, bo moja rodzina od strony ojca stamtąd pochodzi. Znam z opowieści jak moi dziadkowie w 1945 roku przerażeni tym co się dzieje we Lwowie, wsiedli do pociągu i bez grosza przy duszy, na bosaka, uciekali stamtąd. Głodni i przerażeni wylądowali na pierwszej stacji tej nowej Polski, w Krośnie i tam jakaś zupełnie obca rodzina zaopiekowała się dziadkiem Franciszkiem i babcią Anielą. Nakarmili, odziali, dali się wyspać i odprowadzili po paru dniach na następny pociąg. W ten sposób moi dziadkowie wylądowali w Gliwicach. O tamtych wydarzeniach w naszej rodzinie mówiło się otwartym tekstem i dla mnie to rzecz, o której wiedziałem od zawsze. Pytasz, czy to jest dobry czas by ten film powstawał, w kontekście Ukrainy… Cytując słowa reżysera i chowając się za jego plecami, odpowiem, że nigdy nie było i nigdy nie będzie dobrego czasu, żeby zrobić film o Wołyniu. A zwłaszcza w dobie pojednania polsko-ukraińskiego taki film powstać musi, bo najgorszą rzeczą jest zamiatanie tamtych spraw pod dywan. O rzezi wołyńskiej trzeba rozmawiać tak samo, jak się rozmawia o Katyniu i Powstaniu Warszawskim…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Radek Polak