DISWEATHER – Gitara pracująca

W poszukiwaniu zespołów, które chcą po sobie zostawić coś więcej niż wspomnienie jednego koncertu i płytę obrastającą kurzem na półce z wyprzedażami, zawędrowaliśmy aż do 3M. Tu, w Gdańsku konkretnie, stacjonuje Disweather, który niedawno popisał się płytą „4/4”. I tu mam zgryz, bo doprawdy, trudno przypiąć im jakąś łątkę. Skubańcy, nie dość, że za bębnami trzymają urokliwą niewiastę, to jeszcze nie dają dziennikarzowi szans, by  w spokoju mógł sklasyfikować ich muzykę. Być może ów obraz wyjaśni śpiewający gitarzysta zespołu – Jan Dąbrowski.

Dyskutuj o rzeczach ważnych i gównianych, czystych mieszaj z błotem, a brudnych czyść i wkurw tym wszystkich. Za kilka lat ludzie właśnie to zapamiętają, a nie to, czy ktoś zagrał bezbłędnie w 34 sekundzie i czy stroiliście idealnie…

Na początek kilka słów wyjaśnienia, bo na razie nie jesteście może bardzo znani, choć zasługujecie, by lud się dowiedział o Waszym istnieniu. Skąd, co i kiedy się zadziało, że pojawiliście się na muzycznym świecie?

Pewien znajomy spytał mnie, czy nie chciałbym pograć na gitarze w jednym zespole. Przygotowywał się on do występu na konkursie piosenki… hmm… alboD3 harcerskiej, albo przedwojennej. Chuj wie. Z tego pierwszego składu zostałem tylko Ja i Piłat. Dagmara zgłosiła się do nas potem, a od niedawna mamy nowego basistę, Szymona. W sumie, poznaliśmy się w Monarze – mieli kiedyś taki projekt, gramy bez narkotyków, i w ramach tegoż udostępniali salkę prób za darmo (śmiech).

Ha, ha. Dobre – graliście narkotyczną muzykę bez narkotyków w Monarze. I za to już jest piątka. Wspomniałeś o Dagmarze. To nadal jest ewenement – dziewczyna za garami, w dodatku nie kuchennymi. Rozumiałbym – basistka, ale bębny… Spotykacie się czasem ze zdziwieniem, że dziewczyna zajmuje się tym, bądź co bądź, fizycznym instrumentem?

No, jest to stała atrakcja i punkt katalizujący zdziwienie odbiorców. Trochę mnie to zastanawia, bo można znaleźć pełno babskich zespołów, czy zespołów z perkusistkami, tylko nie jest to aż tak często spotykane. Pojechaliśmy kiedyś na koncert do Czarnej Wody – graliśmy na zewnątrz, za naszą dość prowizoryczną sceną zebrała się spora grupka podpitych wujasów z wąsami, bacznie obserwujących każdy ruch Dagmary. Potem ledwo stamtąd uszliśmy, namowom do picia i balangowania nie było końca. Bywa ciekawie…D1

Fakt, to atrakcyjny punkt zespołu. Niewątpliwie dobrze sprzedacie się medialnie. Problem w tym, że w zasadzie trudno sklasyfikować Waszą muzykę, bo rozpiętość inspiracji, pomysłów i stylistyk jest dość spora. Zatem – dla niezorientowanych – co tak po prawdzie gracie?

Gramy noise rock pieprzący się z grunge i płacący alimenty glam rockowi. Głównie inspiracje z lat 90 – Sonic Youth, Nirvana, ale też Shellac, Bowie, Destroyer, Gorillaz, jakieś polskie specjały, Lao Che, Myslovitz, ale też Radiohead, Marillion, Tool. Znajdą się też pojeby w stylu Hella, Death Grips, punkowcy. Moje nastawienie do muzyki wychodzi z punka, nie mogę w tej kwestii mówić za cały zespół, ale dogadujemy się na podobnych falach…

To dość bezpieczna definicja, bo pozwala Wam na bardzo swobodne podejście do własnej muzyki. W zasadzie możecie zagrać bardzo wiele rzeczy. Ja dodałbym jeszcze elementy indie rocka. Czy taki rozstrzał stylistyczny pomaga, czy raczej przeszkadza, chociażby w związku z koncertami. Możecie zagrać z każdym,choć tak po prawdzie do nikogo nie pasujecie…

Niestety, większość koncertów gramy z zespołami metalowymi, głównie thrash, metalcore, czy cokolwiek, nie znam się dobrze na tych definicjach. A to dlatego, że mamy dużo znajomych z tych kręgów, oraz takich zespołów jest po prostu całe mnóstwo no i są pod ręką. Jakbyśmy grali koncert z indie rockowcami, to pewnie bylibyśmy zbyt ciężcy klimatem, a jak gramy z metalami to też odstajemy. Przekleństwo niszy i dużego rozstrzału. Trzeba uważać co dodajemy do tego gara, żeby nie wyszło coś bez rąk i nóg, kolaż zespołu. Trochę to trudne, ale każdemu może się spodobać przynajmniej jakiś jeden kawałek, bo są dosyć różne (śmiech)!

No właśnie – różne – jest i Nirvana, ale dużo dziwnych przerywników, psychodelicznych lotów, soników itp… Skąd to się bierze – bo momentami trąci to lekką schizofrenią: słuchając tej płyty miałem wrażenie, że spotykam się z kilkoma różnymi zespołami…

Wydaje mi się, że łącząc te różne światy, można otrzymać jakąś nową jakość. Nie mogę się nudzić i stać muzycznie w miejscu. Nie robiliśmy tego materiału w określonym czasie; wpadły tam utwory paroletnie, nowsze i zupełnie świeże, ciężko mi pisać cały czas taką samą muzę. Staram się jednak zawsze, pomimo różnych klimatów, posiadać między nimi jakiś łącznik, wspólny mianownik, który łączyłby je zbiorową pępowiną i scalał w coś… hmmm… w twór muzyczny. Kiedy tak pomyślę, rzeczywiście, ma to trochę formę kolażu. Poza tym, płyta została podzielona na cztery części, utwory na poszczególnych odsłonach były w inny sposób nagrywane, a to na setkę, a to akustycznie, itp…

Czyli trochę eksperymentalnie. Czy na koncertach też staracie się tego ducha eksperymentu oddać – jak daleko spontaniczne są Wasze występy?

Robimy dużo sprzężeń, przerywników, grania śrubokrętami, czy pałeczkami na gitarach. Mam mały kontakt z publiką, coś tam czasami powiem, co zależy od tego w jakim stanie trzeźwości jestem, ale nie ze wstydu, czy coś w tym stylu. Kiedy gram, mój umysł odcina się zupełnie od tego co się dzieje dookoła, jestem ja i reszta zespołu, gramy a wtedy nic innego nie istnieje. To jest dobre, bo czuję się jak jakiś pieprzony mnich, który osiąga oświecenie, i ma wszystko w dupie, bo dotyka absolutu. Czasami gramy rozstrojeni, cudownie wtedy brzmimy. Mamy z Piłatem taki żart – żeby nastroić swoją gitarę musi upuścić ją na ziemię – ona ma swój specjalny system czyli stroi się sama. Gitara pracująca… No i od czasu do czasu jeszcze je skopiemy – cudownie wyją z rozkoszy.

No i ciśnie mi się tu na usta słowo shoegaze, które idealnie pasuje do opisu Waszego koncertu. Co ty na to? Raczej nowy Jesus And Mary Chain niż Nirvana…

No właśnie, ale nie wydaje mi się żeby to był taki shoegaze, muza jest podobna, ale jednocześnie inna. W sumie, Nirvana też była trochę shoegaze’owa z ich  trwającymi w nieskończoność, noise’owymi orgiami. Byłem na The Jesus And Mary Chain na OFF Festivalu – wypadli na zblazowanych zblazowańców, znudzonych nudą. Lubię szugejz, ale nie powiedziałbym, że się z nim utożsamiam, zresztą,  z Nirvaną też się nie utożsamiam, chociaż ją uwielbiam.

Okładka

DISWEATHER – 4/4  Czy to będzie najlepsza płyta 2016 roku? Nie. Dlaczego? Bo arogantów ten biznes nie lubi. Nie lubi ugłaskanych, oczywistych produkcji. I nie lubi, kiedy zespół wszystkich wokół próbuje zrobić w konia. A taki jest właśnie album „4/4”. Prosty i pozornie przewidywalny, ale po lekturze nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czego słuchaliśmy. Niby ugłaskany, może nawet melodyjny, ale w rzeczywistości poszarpany,  jakby zespół bawił się z konwencjami i muzyczną rockową spuścizną, złośliwie stawiając wszystko do góry nogami. Muzyka jaka znalazła się na płycie w zasadzie wcale nie jest łatwa do zagrania, ale przecież daleko jej do technicznych wygibasów, zespół wręcz nie lubi tych, co biegłość instrumentalną stawiają ponad wizję. I tu dochodzimy do sedna. Disweather to właśnie banda z wizją, którą w dodatku z uporem realizuje. Główny wątek to rockowa, zgrzytliwa mieszanka nojzu, grunge i psychodelii. Powstaje  tego paranoiczny miks, gdzie obok siebie egzystują dinosaurowe melodyjki („4 Plates”), szugejzowe odjazdy w stylu TJAMC („Cars Got Fast These Days” czy dziwaczny, szumiący „Lights”), filmowe interludia („Khrushchev’s Shoe” czy „Pandora’s Vox”) i niby punkowe, zgrzytliwe bójki („Standstill”). Ważny jest przedrostek „niby”, bo w każdym z numerów zespół długo nie wytrzymuje i musi złamać aranż jakimś dziwnym zagraniem czy sprzężeniem. Ale z drugiej strony potrafi być niemalże romantyczny w breedersowym „Hangman” czy ładnie (!!) zaaranżowanej balladzie, która oczywiście kończy się rozpierduchą („Script for Losing Monday”). Ta wyliczanka jest potrzebna, żeby uzmysłowić rozpiętość inspiracji i eksploatowanych pomysłów. Do tego dodajmy niechlujne wykonanie oraz fakt, że zespół ma wyraźnie „wywalone” na ewentualne opinie słuchaczy i otrzymujemy całkiem intrygujący materiał. Niby niczego nowego nie oferuje, a jednak brzmi świeżo. Niby znajome dźwięki, ale podane w fajny, zawadiacki sposób. Jest w tym coś z sonikowej arogancji w zabawie muzyką, trochę młodzieńczej buty a nade wszystko sporo talentu w budowaniu własnej wizji rockowego hałasu. Nie sądzę, by zespół w jakiś sposób zmienił bieg Wisły, ale jeśli dalej będą rozwijać swoje obsesje, może się okazać, że faktycznie, zgodnie z deklaracjami, uda im się wkurzyć każdego człowieka ze spiętą dupą. I jeszcze o nich usłyszymy. 

Chains faktycznie, blaza, ale co się dziwić. Natomiast szumiąco – sprzęgający się szugejz i soniczna psychodelia to coś co może ożywić/ożywia dzisiejszy niezal. Myślisz, że „4:4” stanie się czymś w rodzaju takiej deklaracji i indie – wersji „Confusion is Sex” czy trochę za daleko się posuwam w tych moich przemyśleniach?

Kurwa, fajnie by było – życzę tego sobie, zespołowi i tej płycie. Jakby się każdy tak posuwał w przemyśleniach, to rzeczywiście tak by się stało. Musimy zacząć grać więcej koncertów, jeździć, pić i mówić nierozsądne rzeczy, za które ludzie będą nas pamiętali, tworzyć jakąś muzyczną społeczność, spotykać się z innymi zespołami, kręcić się jak pieprzona karuzela i wydawać dzieci. Czeka nas dużo pracy, która, mam nadzieję, kiedyś się opłaci.

Czyli zamiast siedzieć na sali i ćwiczyć, trzeba wyjść między opłotki i grać tak, by ludzie Cię zapamiętali, że jesteś albo pierdolnięty, albo zupełnie odklejony. Nie uważasz, że takich zespołów jest dzisiaj mało? Wszyscy chcą grać na najlepszym sprzęcie i być do bólu profesjonalni. A potem wychodzicie Wy czy Złota Jesień i widać całą biedę tych „profesjonalistów”. Zresztą, dlaczego zapamiętaliśmy do dzisiaj „Confusion is Sex” i „Filth”? Przecież to obleśne i źle brzmiące płyty, pełne aroganckiego hałasu. Pamiętasz coś jeszcze z 1983 roku? Nie. No właśnie…

Ano właśnie, siedząc w studiu i szlifując diamenty, nie wyrobisz charakteru zespołu. Zjaraj się, zerwij struny, pofałszuj i zapomnij tekstu, dostań wpierdol i poratuj kogoś fajką. Pojedź gdzieś ze swoim zespołem, prześpij się na podłodze, i na mega-kacu rusz na koncert. Dyskutuj o rzeczach ważnych i gównianych, czystych mieszaj z błotem, a brudnych czyść i wkurw tym wszystkich. Za kilka lat ludzie właśnie to zapamiętają, a nie to, czy ktoś zagrał bezbłędnie w 34 sekundzie i czy stroiliście idealnie. Zespołów takich jest mało, bo społeczeństwo się trochę bardziej dorobiło i ludzie z kasą od rodziców wynajmują sobie ekskluzywne studia, zamiast napieprzać muzykę w garażach. Trzeba wypruć sobie dużo żył, żeby nie być nijakim.D2

No to dotarliśmy do sedna sprawy. Czy realizator jak nagrywał Waszą płytę, popełnił ze zgryzoty samobójstwo?

Realizator to cudowny chłopak naszej cudownej Dagmary, Michał Mjolnir Daschke, sam gra w black metalowym (nie wiem jak się dokładnie określają…) zespole. Nagrywaliśmy już z nim wcześniej, trochę się znamy, trochę się z nami już namęczył. Na pewno nie wyrwał sobie włosów z głowy, bo jest łysy. Wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć, dobrze się przy tym bawiliśmy, chociaż trochę było roboty przy ogarnianiu tego wszystkiego.

Płytę wydaliście, jak przystało na niezależnych, własnym sumptem?

Tak… nie wiem, czy to się nam opłaca, ale przynajmniej nikt nas nie doi z kasy i nie mówi jak mamy grać.

No to na koniec zdradź, gdzie, kiedy i kogo w najbliższym czasie macie zamiar wkurzyć…

W przyszłą sobotę 16.04 gramy koncertos w Paszczy Lwa, nie wiem czy to pub, czy klub, czy speluna. Tam będzie nas można poszczypać w policzki i obrzygać. Chciałbym wkurzyć każdego człowieka ze spiętą dupą i światopoglądem konia pociągowego. Pozdrawiam rodaków.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu